Ocena: 2

Oneida

Nice. Splittin' Peaches EP

Okładka Oneida - Nice. Splittin' Peaches EP

[Ace Fu; 16 listopada 2004]

Cofnijmy się w czasie do roku 2002, kiedy światło dzienne ujrzał longplay zespołu Oneida „Each One Teach One”. Niektórzy pewnie pamiętają, inni mogą doczytać, a reszcie przypomnę, że album ten składał się z dwóch krążków. Na pierwszym znajdowały się dwa utwory, o których większość mających okazję je słyszeć ludzi, wolałaby zapomnieć. Drugi dla odmiany zawierał kilka całkiem udanych numerów. Można powiedzieć, że ta płyta to streszczenie twórczości Oneidy – doskonale symbolizuje dualizm artystyczny, jaki towarzyszył nowojorczykom niemal od początku działalności. Z jednej strony zespół zdolny był do nagrywania ciekawych, eksperymentalnych utworów, z drugiej bardzo często wpadał w pułapkę własnej tendencji do udziwniania. Zeszłoroczna płyta „Secret Wars” była rozwinięciem tej pierwszej ścieżki poszukiwań. Ostatnie dzieło grupy – „Nice. Splittin’ Peaches” – to dla równowagi kontynuacja tej drugiej.

Całość zaczyna się całkiem przyzwoicie. „Summerland” przypomina tę ciekawszą stronę Oneidy ostatnich lat, brzmi jak utwór zarejestrowany podczas sesji do ostatniej studyjnej płyty. Drugi „In My Head” za to wpada już za bardzo w hipnotyzujący trans, przywołując na myśl jakieś narkotyczne odjazdy. Trzeci na płycie „Song Y” to z kolei niezbyt udana zabawa z elektroniką przy monotonnym rytmie perkusji. Przed katastrofą ratuje go na szczęście niewielka długość. Problem polega na tym, że gdyby te kawałki stanowiły cały materiał, jaki przygotował zespół, nie byłoby jeszcze źle. Można by wtedy mówić o chwilowej obniżce formy. Tak jednak nie jest, a wspomniane trzy utwory trwają zaledwie osiem minut, czyli jedną trzecią czasu, jaki należy poświęcić, aby przebrnąć przez cały krążek. I w tym miejscu należy nadmienić, że słowo „przebrnąć” jest bardzo adekwatne do położenia, w jakim znajdzie się potencjalny słuchacz „Nice. Splittin’ Peaches”. Dochodzimy bowiem do punktu, gdzie zaczyna się „Hakuna Matata”. Wariant, który już niestety znamy, został tym razem przez nowojorczyków przeciągnięty grubo powyżej granicy wytrzymałości ludzkiej cierpliwości. Prawie piętnastominutowy, monotonny, przerażająco nudny i zupełnie nieoryginalny pejzaż (czyżby afrykańska pustynia?) ostatecznie przesądza o jakości całego wydawnictwa. Utwór „Hakuna Matata” idealnie nadaje się na imprezę, jeśli w mało dyskretny sposób chcemy dać znajomym do zrozumienia, że wolelibyśmy, aby już sobie poszli. Jeśli Oneida wyda kiedyś składankę, na której znajdą się obok tego utworu jeszcze „Sheets Of Easter” i „Antibiotics” (album trwałby ponad czterdzieści minut!), będzie to kandydat do miana najmniej strawnej płyty wszechczasów.

Po przesłuchaniu EPki nasuwa się jedno pytanie – po co zespół zdecydował się wydać coś takiego? Sławy i splendoru mu to nie przyniesie, nowych miłośników z pewnością też nie. Nawet starzy fani mogą poczuć się zdegustowani poziomem materiału. Wydaje się więc, że tym razem Oneida postanowiła nagrać coś po prostu dla siebie. Panowie przecenili trochę swoją pomysłowość i w efekcie zamiast kolejnej udanej, nagrali płytę nieciekawą i denerwującą. Wątpię, aby ktokolwiek potrafił szczerze zachwycić się tą muzyką. Ja w każdym razie nie mam zamiaru do niej powracać. Pozostaje się cieszyć, że materiał jest krótki, więc nie będzie to wielka strata.

Przemysław Nowak (18 marca 2005)

Oceny

Przemysław Nowak: 2/10
Średnia z 2 ocen: 3/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także