sxnada? screenagers.pl - recenzja: Junior Boys - Last Exit
Ocena: 9

Junior Boys

Last Exit

Okładka Junior Boys - Last Exit

[Kin/Domino; 21 września 2004]

Nie owijając w bawełnę - rewelacyjny debiut. Wiem, że na widok tego sformułowania wielu robi się niedobrze; taki stan rzeczy spowodowany jest przez nachalne nadużywanie owej zlepki słów przez dziennikarzy najczęściej w stosunku do chłopców z grzywkami myślących, że są Velvet Underground czy Television. Niemniej jednak pozostanę przy tym określeniu, gdyż kanadyjski duet Jeremy Greenspan/Matt Didemus nagrał jeden z lepszych popowych albumów tego roku.

Przywoływanie na wstępie garażowego towarzystwa nie jest bezcelowe, bo tak jak nowi rockowi rewolucjoniści reanimują garażowe klimaty lat 60. i 70., tak Junior Boys śmiało sięgają po synth-popowe patenty i nostalgiczne melodie z lat 80. Różnica polega jednak na tym, że Kanadyjczycy nie ograniczają się do zrzynania ze starszych kolegów, lecz tworzą własne, charakterystyczne electro-popowe brzmienie. Co ciekawsze, zespół nagrał album będący jednocześnie nowoczesny i retro; inteligentnie czerpiąc zarówno z dorobku New Order czy Depeche Mode jak i – choć w mniejszym stopniu – z ambientu, techno, a nawet 2-stepu. Aha, zapomniałem dodać – to muzyka w 100% elektroniczna.

To, co jest najbardziej odczuwalne przy obcowaniu z „Last Exit”, to ta specyficzna atmosfera lat 80. Już pierwszy „More Than Real”, stopniowo rozkręcający się, z wokalem wchodzącym dopiero po upływie półtorej minuty, pokazuje czego możemy się spodziewać po tym albumie. Regularny beat urozmaicany różnorodnymi wstawkami z syntezatora i przyjemny, aczkolwiek nie tak ekspresyjny jak w przypadku Dave’a Gahana, głos Greenspana. Wyśmienity jest „Teach Me How To Fight”, niesamowicie nastrojowy utwór, momentami aż proszący się o porównanie z New Order. Skoro już jesteśmy przy zespole Hooka i Sumnera, to następny doskonały kawałek, „Birthday”, z początku wydaje się być „Blue Monday part 2”, ale później jest wyciszany świetną partią klawisza i melodyjnym, jak w przypadku „Teach..” refrenem. Funkująca „Bellona” z przetworzonym wokalem może spokojnie przydać się na parkiecie, łagodne wpływy 2-stepu można zauważyć w High Come Down, lecz ten kawałek do tańca się już raczej nie nadaje. „Under The Sun” to już rzecz z trochę innej bajki, długi, jednostajny, psychodeliczny, wprowadza w swoisty trans; z kolei utwór tytułowy może wydać się podobny np. do twórczości Four Tet. Zamykający krążek „When I’m Not Around” to kolejny majstersztyk; z soczyście wkomponowaną saksofonową wstawką - novum w stosunku do poprzedzającej dziewiątki. Wokale - owszem, bez fajerwerków, ale w żadnym wypadku nie przeszkadzają; dobrze wkomponowują się w elektroniczne podkłady, dodając im trochę „duszy”.

Właściwie trudno wskazać najlepszy utwór na tym krążku, ponieważ debiut Junior Boys to niesamowicie równy i, co jest warte podkreślenia, różnorodny album. „Last Exit” jest rewelacyjny od strony kompozycyjnej, rozmaite chwytliwe motywy przeplatają się tutaj jeden za drugim. Jeremy Greenspan już na debiutanckim krążku ujawnia spory talent w tej dziedzinie, może nawet na miarę Martina Gore’a. Nawiązania do synth-popu są bardzo widoczne, ale na szczęście Junior Boys stać na więcej niż bezczelne „coverowanie” niegdysiejszych innowatorów. Całość jest podana w ciepłej, relaksującej, chilloutowej oprawie, nie jest to oczywiście jakaś elektroniczna awangarda, ale brzmi całkiem świeżo. Warto podkreślić też komercyjny potencjał tego krążka, są popowe refreny, a chłodnych, niedostępnych pejzaży a la Fennesz tu się nie uświadczy (w ramach ciekawostki dodam, że Christian Fennesz stworzył własne miksy niektórych utworów z tego albumu).

Debiut Junior Boys to świetna płyta, może i nie redefiniująca białego popu jak niektórzy zachodni recenzenci zdążyli już stwierdzić, ale jest to swego rodzaju wydarzenie. Podobnie jak na innym polu Interpol, tak i Junior Boys potrafili podać nostalgiczny klimat lat 80. w oprawie godnej XXI wieku. Ich płyta jest godna polecenia miłośnikom szeroko pojętej elektroniki, synth-popu, późnego Radiohead... Nie, zaraz, ona jest godna polecenia każdemu. „Last Exit” to album pełen paradoksów – retro, ale nowoczesny; syntetyczny ale z duszą, minimalistyczny, ale z drzemiącym popowym potencjałem. Może to właśnie takie przeciwieństwa, idealnie skompilowane, tworzą wybitne płyty?

D (25 listopada 2004)

Oceny

Jakub Radkowski: 9/10
Kamil J. Bałuk: 9/10
Maciej Maćkowski: 9/10
Marta Słomka: 9/10
Krzysiek Kwiatkowski: 8/10
Kuba Ambrożewski: 8/10
Paweł Sajewicz: 8/10
Piotr Wojdat: 8/10
Kasia Wolanin: 7/10
Przemysław Nowak: 5/10
Średnia z 26 ocen: 8,03/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: sto
[21 sierpnia 2014]
a ja jeszcze nie "dojrzałem", mimo że album znam kilka lat. przewrażliwieni biali chłopcy nagrali album dla przewrażliwionych białych chłopców.
Gość: mat
[20 sierpnia 2014]
długo dojrzewałem do tej płyty, było warto.
Gość: eee
[9 kwietnia 2010]
przemyslaw nowak, przepraszam, ale co cpasz ? ;x
Gość: Asia
[20 maja 2009]
a gdzie mozna sciagnac ta piosenke : When I'm Not Around Junior Boys? ;)

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także