Ocena: 7

Six.by Seven

04

Okładka Six.by Seven - 04

[Saturday Night Sunday Morning; 27 września 2004]

Six.by Seven to prawdopodobnie najbardziej pechowy i niedoceniony zespół ostatnich lat. Niedoceniony, bo sukces artystyczny trzech dotychczasowych albumów nie przełożył się na komercyjny, pechowy, bo w międzyczasie odeszło dwóch członków zespołu. Dodatkowo, wytwórnia Fierce Panda postanowiła kopnąć ich w tyłek i kiedy wydawało się, że dni zespołu z Nottingham są policzone, Six.by Seven w dalszym ciągu podejmują walkę. Wydany zgodnie z zasadą "umiesz liczyć, licz na siebie" czwarty album jest tryumfalnym comebackiem na scenę muzyczną.

„04” zdaje się zapominać o swoim poprzedniku. Nie znajdziecie tu punkowych nokautów w rodzaju „Bad Man”, „Speed Is In:Speed Is Out” czy „Sawn Off Metallica T-Shirt” z drugiej płyty. „04” eksploruje psychodeliczne rejony badane już wcześniej na „The Closer You Get”, implementując jednocześnie niespotykaną do tej pory ilość elektroniki. Monotonne, przyduszające brzmienie gitar zostaje tu rozprzestrzenione jak u shoegazerów, snując się powolnie, ale złowieszczo, niczym walec drogowy. Moc uderzeniowa Six.by Seven została jakby przyhamowana, lecz nie straciła zbyt wiele ze swojej brutalności. „Catch The Rain” brzmi jak „Pounding” Doves, w którym na perkusji gra Mike Tyson. „Ocean” to motyw skradziony Dandy Warhols, z żelaznym Mike’em na bębnach oczywiście (ach, te wejścia). Przy tym wszystkim, „04” wydaje się być płytą najbardziej różnorodną z dotychczasowych, albumem mającym początek, środek i koniec. Napięcie wytworzone przy pięciu pierwszych, my-bloody-mary-chain-spiritualized’owych numerach, zostaje wystudzone poplamioną klawiszową impresją „Lude 1”, płynnie przechodzącą w wyciszony, choć zarazem podniosły „There’s a Ghost”. A to nie koniec atrakcji.

Bo potem następują hity. „Catch The Rain” i przede wszystkim „Bochum (Light Up My Life)”, będący dowodem wrażliwości Six.by Seven na chwytliwą melodię. Ten drugi to największe artystyczne osiągnięcie zespołu do tej pory. Tak mógłby brzmieć "Tonight Tonight" Smashing Pumpkins, gdyby maczał w nim palce Kevin Shields. Radiowy strzał w dziesiątkę, którego nikt nie usłyszy. I tak jak jego poprzednicy, płynnie przechodzi w kolejny, tym razem eksperymentalny etap wydawnictwa. Końcówka „04” wystawia na próbę najbardziej radykalnych, rockowych fanów grupy, serwując im dziesięciominutową dawkę kid-a’owatej elektroniki, przeplatanej puszczoną w tło, niepokojącą pętlą gitary. Czy to zapowiedź nowego oblicza czy zmyłka przed obraniem zupełnie innej drogi, przekonamy się na kolejnym albumie formacji. Za którego ukazanie się, jak i za sam zespół trzymam kciuki. Six.by Seven już dawno powinni się rozpaść. Nie zaprzeczajmy więc, że istnieją. Dziękujmy, że dalej są.

Tomasz Tomporowski (12 października 2004)

Oceny

Kasia Wolanin: 8/10
Tomasz Tomporowski: 8/10
Tomasz Łuczak: 8/10
Piotr Wojdat: 7/10
Średnia z 13 ocen: 7,38/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także