Ocena: 10

The Arcade Fire

Funeral

Okładka The Arcade Fire - Funeral

[Merge Records; 14 września 2004]

Dwóch drugoplanowych "redaktorów" serwisu Screenagers poczuło się w ubiegłym tygodniu poważnie zajaranych pewną płytą. Było to prawdopodobnie największe wspólne zajaranie, jakie przytrafiło im się od czasu pamiętnej kreacji Scarlett Johansson w "Lost In Translation" (raczej nie przebiło go, ale nie o tym). Otóż spędzili długie godziny dywagując na temat rzeczonego, wyjątkowo inspirującego pod tym względem dzieła. Wyprodukowali zapewne całe masy zupełnie bezwartościowych wywodów. Być może doszli jednak do czegoś konstruktywnego. Oceńcie sami.

The Arcade Fire. Cóż, narzekaliśmy na ten rok trochę, pomimo paru bardzo dobrych płyt, w powietrzu wciąż unosił się lekki niedosyt, bo brakowało "tego czegoś". Objawienia. Rozłożenia na łopatki zupełnie z nienacka. Ale chyba w końcu jest, prawda?

Prawda. Objawienie przyszło z Kanady, co właściwie nie dziwi patrząc na ostatnie osiągnięcia zespołów z tego kraju. Do tej pory jednak niezależnym wykonawcom stamtąd nie udawało się stworzyć jakiegoś klasycznego dzieła, busoli wyznaczjącej kierunki dalszych muzycznych poszukiwań dla kolejnych artystów. Broken Social Scene, The Constantines, Hot Hot Heat - wszystkie te grupy wydały dobre lub bardzo dobre albumy, ale jedynie The Arcade Fire mają szansę na przebicie się do grona tych największych. Jest o nich coraz głośniej, w ekspresowym tempie podbijają serca słuchaczy, a krytycy padają przed nimi na kolana. Czy ten szum jest uzasadniony? Tak. "Funeral" w brawurowy sposób realizuje postulaty dla płyty klasycznej - to muzyka świeża, przemyślana, doskonale zaaranżowana i skomponowana...

W kwestii tego przebijania się, to trudno ocenić potencjał komercyjny tego albumu. Jednak w tym przypadku zupełnie o to nie dbam. Zresztą słuchając "Funeral" szczerze wątpię, czy zawracają sobie głowę tym zagadnieniem sami muzycy. Wokaliści Win Butler oraz Regine Chassagne (ciekawostką jest jej jazzowa przeszłość) i czwórka pozostałych członków grupy zdają się bowiem być przejęci i pochłonięci jedynie własną twórczością. I szczerość tego materiału powala. Przyznam, że niezależnie od tego jak imponująco barwny muzycznie jest ten album, dla mnie to właśnie jego warstwa emocjonalna decyduje o końcowym efekcie. Choćby cała czteroczęściowa opowieść "Neighborhood". Już pierwszy jej fragment, rozedrgane, poświęcone rodzicom "Tunnels", pokazuje cały dramatyzm tego materiału. Ten poziom przejęcia, zaangażowania, powiedziałbym nawet że wypruwania sobie żył, prezentowało ostatnio już bardzo niewielu. Jest to fascynujące samo w sobie, a co dopiero kiedy dorzuci się do tego te kolorowe, arcybogate aranżacje czy mnóstwo drobnych, nieoczywistych, ale dodających niepowtarzalnego uroku skojarzeń z klasycznymi utworami, płytami, wykonawcami...

"Funeral" jest niespotykanie różnorodne i jak każde prawdziwie wielkie dzieło niezwykle przy tym spójne. Weźmy choćby pierwszy i ostatni utwór na płycie. W "Tunnels" elektryczne pianino, wyrazista sekcja rytmiczna i jazgotliwy głos Butlera bardzo mocnym akcentem wprowadzają w atmosferę płyty. Gdy słyszysz I'll dig a tunnel from my window to yours, już wiesz, że będzie to klasyczny album, a kiedy w kończącym "Funeral" utworze "In The Backseat" Regine na tle skrzypiec (znak rozpoznawczy The Arcade Fire) wykrzykuje Alice died on the night I've been learning to drive my whole life, dowiadujesz się, że przypuszczenia były słuszne. Nie ma w tym przypadku - wizja płyty to najmocniejsza strona zespołu. Nie chodzi tu jedynie o mistrzowską kolejność piosenek na "Funeral". Tematy są eksploatowane do maksymalnej granicy, ale nigdy jej nie przekraczają, zmieniają się jedynie w nowe motywy lub też ukazują się na innym tle. Świadczy to po prostu o ogromnej muzycznej sprawności Regine i Wina. W przypadku Chassagne należałoby wspomnieć też o jej wspaniałym głosie - przede wszystkim czystym, niekiedy rozkosznym, niekiedy przeszywającym na wskroś.

To fakt, dziewczyna dysponuje naprawdę niezłymi warunkami, jednak nie to decyduje o jej niepowtarzalności. Bo chodzi tu o ten cały jej urok, który dostrzegasz w momencie, kiedy podłącza się dyskretnie do chórków na tle opętańczych wrzasków Butlera. Uwodzi zaś totalnie w dwóch utworach, w których to ona pełni rolę pierwszego wokalu. I robi to na dwa zupełnie różne sposoby. W egzotycznym, rozbujanym "Haiti" jest luzacka i lekko wyzywająca niczym Debbie Harry z Blondie, powodując, że cały utwór zbliża się do tych plażowych klasyków nowojoryczyków w rodzaju "The Tide Is High". W finałowym, wspomnianym "In The Backseat" czaruje zaś niewinnym głosem, który natychmiast przywołuje skojarzenia z Bjork. Wprowadza Cię w natychmiastowy błogostan, by stopniowo, wraz z upływem czasu, wytrącać z niego narastającym niepokojem. Tak, nie mam wątpliwości. Bez Regine "Funeral" byłby znacznie uboższym albumem. Jej partie niejako "schładzają" tę muzykę, tonują napięcie, które przez większość materiału na niezwykłym poziomie utrzymuje przejęty, natchniony Win. Zresztą bardzo długo jeszcze możnaby rozprawiać o głosach tej pary, ale potrzebujemy chyba dużo miejsca na opis zawartości muzycznej "Funeral", prawda?

Oczywiście. The Arcade Fire do mistrzostwa opanowali sztukę zabawy konwencjami, podczas której ani na moment nie tracą głównego wątku. Tak jest choćby w "7 Kettles", które rozpoczyna gitara zaczepiona gdzieś w "Bron-Yr-Aur" Led Zeppelin. Sama jednak kompozycja to zupełnie inny świat. Podobnie w przepięknym "Crown Of Love" - z początku przypominającym dokonania Magnetic Fields, w środkowej częsci przywołującej trochę Starsailor, by w finale zamienić się w jakaś ekstatyczną, obrzędową łupankę. Ma to dwojaki skutek: dzięki swojej różnorodności płyta nie nudzi i jest natychmiast przyswajalna, bo przecież wszystkie te pastiszowane przez Arcade Fire gatunki uwielbiamy.

Zgadzam się - w przypadku tego albumu eklektyczność dokłada kolejną cegiełkę do jego zjawiskowości. Wymieniłeś przepiękne ballady, a mnie wciąż najbardziej elektryzują dwa taneczne fragmenty "Funeral". Najpierw "Power Out", który na samym początku wystrzela niczym któryś z tych pełnych energii, piętnastoletnich hiciorów New Order w rodzaju "True Faith" czy "State Of The Nation". Na zrelacjonowanie dalszego biegu wydarzeń potrzebowałbym zapewne więcej miejsca, niż na opis całej twórczości Stellastarr*, ale warto znów zwrócić tu szczególną uwagę na przywołujące bezpośrednie skojarzenia z Isaakiem Brockiem wokale (ech, notabene przy tym kawałku rzeczy w rodzaju "Float On" przestają być śmieszne, a stają się rozpaczliwe). Wspomniane przez Ciebie skrzypce, te wszystkie dzwoneczki i inne przeszkadzajki, które wyławiasz za każdym kolejnym razem od nowa, to one są "winne" fantastycznej przestrzenności tego małego arcydzieła. Teraz przeskoczę jeszcze do "Rebellion (Lies)". To dla mnie najważniejszy moment tej płyty, dzięki niemu załapałem fenomen The Arcade Fire. Prowadzony początkowo na jednostajnym bicie, przez chwilę zdradza pokrewność z Franz Ferdinand, by dzięki wsparciu klawiszy i skrzypiec w kilka sekund ulokować się jakieś dwie półki wyżej. W chwili, kiedy robią to mistrzowskie przejście, zmieniając tonację z durowej na molową, zaczynam nabierać podejrzeń, że mam do czynienia z utworem roku. Gdy powtarzają ten sam manewr w drugą stronę - przypuszczenia zamieniają się w pewność...

"Rebellion (Lies)" to utwór, który ma największe szansę stać się paszportem do wielkiego świata dla Kanadyjczyków. Ma w sobie to "coś", co każe widzieć w nim pewniaka na składanki typu "20 najlepszych indie kawałków lat '00". W "Power Out" natomiast zawsze czekam na monumentalne The power's out in the heart of man, take it from your heart, put it in your hand. Pozostałe piosenki z "Funeral" nie sa gorsze. Siódmy na płycie "Wake Up" to taki utwór, o którym wiesz w momencie słuchania, że to jest właśnie hymn. Stopniowo budowane napięcie, bezbłędnie poprowadzona historia oparta na popisach wokalnych Wina i Regine oraz jak zwykle mistrzowskie skrzypki to największe atuty tej piosenki. Zwróć uwagę na punkt kulminacyjny, ten w okolicach 3:45, gdy Regine i Win wyspiewują I can see where I'm goin'. I pomyśleć, że nie zwróciłem na "Wake Up" uwagi za pierwszym razem gdy słuchałem tej płyty... Mniej miejsca poświęciliśmy tym mniej dramatycznym piosenkom na albumie. Taką na pewno jest przepiękna "Une Annee Sans Lumiere". Rozmarzony wokal Chassagne udowadnia, że można śpiewać w taki może nieco nawet sentymentalny sposób bez popadania w banał typu Saturday Looks Good To Me. Oczywiście Arcade Fire nie byliby sobą gdyby na końcu utworu nie zmienili "lekko" nastroju. Możnaby jeszcze godzinami rozprawiać o mistrzostwie tych dziesięciu piekielnie dobrych kawałków. Czas jednak na pewne podsumowanie. Dlaczego 10?

Będąc wstrzemięźliwym w przyznawaniu tej najwyższej noty, dziś osobiście najchętniej oceniłbym "Funeral" na bardzo mocną dziewiątkę. Nie potrafię jeszcze powiedzieć jak potoczą się losy mojej znajomości z tym albumem, być może za pół roku będzie należeć do płyt mojego życia. Ale już teraz z całą pewnością stwierdzam, że jest wyjątkowy. Bo uwielbiam te kompozycje. Bo całość zderza ze sobą niezwykłą hymniczność z bardzo osobistym, miejscami wręcz intymnym przekazem. Bo Regine i Win nadają po prostu na tych samych falach, co ja odbieram. Zresztą dobrze wiesz, że tu nie chodzi o żadne cyferki. Nie oczekuj ode mnie haseł w rodzaju: "musicie posłuchać tej płyty". Nie musicie. Chętnie zachowam ją dla siebie...

Tyle, że nie jest już to chyba możliwe. Prędzej czy poźniej świat się dowie o tej płycie i miejmy nadzieję, że należycie ją oceni. Bo niezależnie którym widelcem jeść ten album, smakuje równie świetnie. Nie ma na "Funeral" zbędnego motywu, niepotrzebnego wersu, nie mowiąc o chybionym utworze. Ogromny kompozytorski talent, osłuchanie w najlepszych rockowych dziełach oraz talent do grania i śpiewania jest tu sprzedany w najlepszy z możliwych sposobow. Otrzymujemy produkt skondensowany, skończony, nie wymagający poprawek, kompletny. A my jak każdy, kto słucha komentatorów piłkarskich wiemy, że epitet "kompletny" jest największą pochwałą. Fenomenalny, kompletny, błyskotliwy - niczym najlepszy piłkarz środka pola - taki jest pierwszy długogrający krążek The Arcade Fire...

Jakub Radkowski, Kuba Ambrożewski (20 września 2004)

Oceny

Maciej Lisiecki: 10/10
Jakub Radkowski: 9/10
Kuba Ambrożewski: 9/10
Marceli Frączek: 9/10
Michał Weicher: 9/10
Paweł Anton: 9/10
Tomasz Łuczak: 9/10
Witek Wierzchowski: 9/10
Wojciech Michalski: 9/10
Kasia Wolanin: 8/10
Paweł Sajewicz: 8/10
Przemysław Nowak: 8/10
Kamil J. Bałuk: 7/10
Krzysiek Kwiatkowski: 7/10
Piotr Szwed: 7/10
Tomasz Tomporowski: 7/10
Piotr Wojdat: 6/10
Średnia z 100 ocen: 8,61/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także