Ocena: 4

Eagles of Death Metal

Peace Love Death Metal

Okładka Eagles of Death Metal - Peace Love Death Metal

[Ant Acid Audio; 23 marca 2004]

Na początek przede wszystkim należy wspomnieć, że Eagles of Death Metal to kolejny projekt jednego z najbardziej płodnych i ekstrawaganckich artystów sceny hard rockowej - Josha Homme'a. Podobnie jak w przypadku Desert Sessions, także i tutaj mamy do czynienia z czymś w rodzaju projektu równoległego do głównej drogi, którą podąża ten człowiek. Wiedząc to oszczędzamy sobie na dzień dobry szoku, który mogą przeżyć nasze uszy przy zetknięciu z muzyką Orłów. Czy panowie rzeczywiście są orłami, pozostawiam każdemu do samodzielnej oceny. Obecność twórcy Pustynnych Sesji w projekcie powoduje natomiast, że należy mieć wątpliwości co do drugiego członu nazwy - tego z death metalem. Czego więc na wstępie można się spodziewać? Chyba tak na dobrą sprawę niczego konkretnego. Warto natomiast przymknąć jedno oko jeszcze przed włożeniem płyty "Peace Love Death Metal" do odtwarzacza.

Zaczyna się, trzeba przyznać, od niemałego zaskoczenia. Dobra, niech będzie, to Homme, on ma różne pomysły. Szczególnie dziwne, jeśli dobierze sobie odpowiednich ludzi do współpracy. Ale czegoś takiego nie spodziewał się chyba nikt. Garażowy rock osadzony w klimatach końca lat sześćdziesiątych? Nie ma co, jeśli płytę nabył w sklepie wysyłkowym jakiś długowłosy młodzian w koszulce Gorgoroth, kierując się tylko nazwą wykonawcy, to pewnie po pierwszych kilkunastu sekundach dostanie zawału. Nie ma tu bowiem ostrej muzyki, ciężkich gitar ani typowego dla metalu growlingu. Dostajemy za to dawkę wieśniackiego rockandrolla utrzymanego w średnim i szybkim tempie. Dawkę tak silną, że człowieka bez poczucia humoru może wręcz zniesmaczyć. Na łopatki rozkłada natomiast tenorowy wokal, ocierający się momentami o falsetowy fałsz. Udało wam się wytrzymać podróż muzyczną w towarzystwie The Darkness? Spróbujcie się zmierzyć z Eagles of Death Metal!

Osobliwa to zaiste muzyka jak na XXI wiek. Kiedy opadają emocje i szok wywołany obcowaniem z czymś tak obciachowym, zaczynamy dostrzegać o co w tym wszystkim chodzi. Otóż chodzi przede wszystkim o dobrą zabawę. Zabawę muzyków rzecz jasna. Skoro nagrali oni płytę w trzy dni, nie powtarzając praktycznie żadnych ścieżek, pozostawili ją niemalże bez masteringu i wypełnili przerwy między utworami nieudanymi fragmentami z sesji, to nie można mieć wątpliwości co do założeń projektu. Tym razem jednak Josh i spółka posunęli się dalej niż dotychczas. Zafundowali nam czterdzieści pięć minut jajcarskiej muzyki, zahaczającej wręcz o autoparodię. Doszukać się można w niej elementów pastiszu dzisiejszej sceny garażowego rocka. Dbałość o zachowanie oryginalnego, klasycznego brzmienia posunięta jest do granic absurdu. Homme jako Carlo von Sexron dla odmiany zasiadł za garami i poradził tam sobie, czy to celowo czy nie, jeszcze gorzej niż Meg White za swoimi. Momentami ciężko powstrzymać pojawiający się na ustach uśmiech. I wszystko byłoby pięknie, dowcip pewnie by się udał i wywołał salwy śmiechu, gdyby nie fakt, że trzy kwadranse z takim materiałem to stanowczo za dużo. Szczególnie, że poza drobnymi wyjątkami, zespołowi zabrakło pomysłów aby napisać ciekawe piosenki.

Całość trzyma się mocno konwencji rocka przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, z wyraźnymi nawiązaniami do takich wykonawców jak T.Rex czy Garry Glitter. Sporo też wplatanych tu i ówdzie elementów bluesa i country. Pierwszy na płycie "I Only Want You" potrafi jeszcze rozruszać melodyjnym refrenem i rozbroić śmiesznie brzmiącym, wysokim wokalem. Później z różnym skutkiem zespół próbuje podtrzymać wesołą atmosferę albumu i dobre wrażenie pozostawione na wejściu. Udaje się to połowicznie, dzięki takim utworom jak "So Easy" czy "Miss Alissa", a i to głównie za sprawą stylu śpiewania wokalisty. To zdecydowanie jeden z ciekawszych elementów materiału. Nieźle wypada też bolanowska gitara w takich kawałkach jak zabawnie przejaskrawiony "Bad Dream Mama", czy delikatnie bluesowy "Sun Berdoo Sunburn". Ciekawie komponuje się imitacja banjo w "English Girl". Do tego można jeszcze dorzucić nienajgorsze "Speaking in Tongues" i "Who'll Love the Devil". To niestety wszystko, co można dobrego powiedzieć o "Peace Love Death Metal". Pozostałe piosenki są albo nijakie (patrz "Stuck in a Metal", czyli cover utworu Stealer's Wheels o podobnym tytule), albo tak jak wpadająca w country, knajpiana "Wastin' My Time", po prostu nudne. Mniej więcej od połowy albumu zaczynamy się zastanawiać, czy nie dokończyć przesłuchiwania innym razem. Na domiar złego dostajemy też takie numery, jak chyba najgorszy na płycie "Stuck o' Money", przy którym po wypowiedzi wokalisty - "Carlo, drop it again" - jedyne na co mamy ochotę, to monotonnie, w rytm muzyki uderzać głową w ścianę. Przykre to trochę, bo opierając się na takim, bądź co bądź ciekawym pomyśle, można było pokusić się o lepszą realizację i nagranie albumu, może nieco krótszego, ale za to potrafiącego zaciekawić od początku do końca.

Tak czy inaczej płyty "Peace Love Death Metal" nie można traktować serio. To tak naprawdę długogrający żart muzyczny. Żart niestety dość słaby i z pewnością przynoszący więcej frajdy jego autorom, niż adresatom.

Przemysław Nowak (17 maja 2004)

Oceny

Przemysław Nowak: 5/10
Marceli Frączek: 4/10
Piotr Wojdat: 4/10
Średnia z 9 ocen: 6,55/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: gg
[7 listopada 2009]
bardzo solidna recenzja, w której ani razu nie pada nazwisko drugiej polowki projektu,szacunek. rozumiem ze homme jest tak plodny ze byl w stanie sie sklonowac i to on jest drugim czlonkiem zespolu?

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także