Ocena: 7

slowthai

Tyron

Okładka slowthai - Tyron

[Method; 12 lutego 2021]

Ostatnio zastanawiałem się, czy nawiązywanie do pandemii w recenzjach albumów nie stało się już sadzeniem frazesów. W końcu to dosyć łatwy zabieg: odwołać się do wydarzenia o takiej skali. Z drugiej strony, nie mogę zapomnieć, że mowa tu o największym kataklizmie, z jakim przyszło radzić sobie mojemu pokoleniu, więc chyba jestem w pewnym stopniu uprawniony, żeby do tego tematu powracać. Trudno mi odpuścić ten globalny kontekst, mimo że strach przed powtarzaniem się z szyderczym uśmiechem wyłania się zza rogu. Zwłaszcza, że przecież coraz więcej premier muzycznych to materiały nagrywane w trakcie niekończących się lockdownów.

Dla Slowthaia, obowiązek izolacji zaatakował się w trudnym okresie – pełnym nadużywania substancji (Smoke weed only way I fall asleep / Same routine, drink 'til I can't speak), zaraz po dziwacznej i niesmacznej interakcji z Katherine Ryan podczas gali rozdania nagród NME (o której wspomnę tylko tyle, bo to temat przerobiony i zamknięty), co odbiło się w charakterze jego drugiej płyty. Płyty zupełnie innej od debiutu, niepolitycznej, po stokroć mniej agresywnej, skupionej głównie na postaci autora: choć w obliczu tego, jak administracja premiera UK radzi sobie z obecnym kryzysem, krzyczenie Fuck Boris, wydaje się bardziej istotne niż kiedykolwiek, Thai zdecydował się trochę przyhamować i najpierw posprzątać bałagan we własnej głowie (Sick as a pig, can you help? / Tryna get a grip, fingers slip then I melt / Sittin' in a pit, only me and myself / I can't deal with the screams, only screamin' at myself).

W tym kontekście „TYRON” dość mocno kojarzy się z „GINGER” Brockhampton i to nie tylko dlatego, że ten album zawiera występ gościnny Slowthaia, a takie piosenki, jak „nhs”, czy „terms” wyraźnie czerpią z dorobku teksańskiego kolektywu. Brytyjski raper w uderzająco podobny do nich sposób połączył tutaj bengerową przewózkę z introspektywnymi balladami. Pierwsza połowa to czysty ogień (People think I'm Satan's son) i energia, chamskie wjazdy (I ain't an actor, fuck the Oscars / Main stage in my boxers), dudniące basy i wysokie tempa, kurwa bpm, raz, raz, raz, raz, dwa, raz, dwa, raz, dwa (I got tendencies, psycho tendencies). Druga to szczerość (We filled cracks of broken homes with broken dreams and broken bones), rehabilitacje (Forgive me for, forgive me for what? / For everything I never wanted to do), refleksje (If I numb the pain, outing the flame / Add fuel to the blaze, what's joy without pain?), spokój (te delikatne bity) i śliczne melodie (wspaniałe refreny od Dominica Fike’a i Jamesa Blake’a). W skrócie – otrzymaliśmy zapis z podróży Slowthaia po własnym życiu ('Cause I grew up 'round shotters, coppers, alcoholics), jego problemach (I'm tryna fly but my wings feel broken), tych mniej przyjaznych, ciemnych zakamarkach jego psychiki. Podobnie jak dla wielu z nas, dla Tyrona nadmiar czasu, który nadszedł wraz z pandemią, wiązał się z proporcjonalnie większą ilością chwil spędzonych na myśleniu (Overthink, sink in my seat), co generalnie brzmi jak przepis na katastrofę (bo ludzie to nie są istoty stworzone do zbyt częstego myślenia), ale u niego poskutkowało chyba przeprowadzeniem swego rodzaju autoterapii, bo tym właśnie wydaje się być „TYRON”.

Z perspektywy fana, tematycznie jest to album angażujący emocjonalnie i ujmujący, a po wielokrotnym jego przesłuchaniu jeszcze bardziej związany czuję się z Tyronem (zobaczcie – już Tyron, a nie Slowthai), jeszcze bliższy mi jest ten chłopak. Tym bardziej cieszy, że muzycznie również jest to dobra płyta. Inteligentnie rozpisana (piosenki dobrane i poukładane są tak, że naprawdę trudno o nudę), precyzyjnie wyprodukowana i tak samo zarapowana. Ty potwierdza, że jest utalentowanym raperem, prezentując różne flow, sprytnie poskładane linijki (Like Harry Potter, I'm off the vodka / Orderin' lobster, said it's preposterous / I'm so obnoxious, I need a doctor). Innymi słowy – leci wspaniale. Naprawdę wysokiej jakości momenty znajdziemy na tym albumie. Najjaśniej świeci chyba „CANCELLED” z morderczym featuringiem Skepty (I'm a vampire, got the fangs on you / Now you're dripping blood), który znowu kolejny raz połechtał wszystkich geeków filmowych, tym razem wlatując z nawiązaniem do Jodorowsky’ego, ale i hipnotyzujące, nieco bourne’owskie „MAZZA” wypada znakomicie. Na osobną pochwałę definitywnie zasługuje także „adhd” – idealne zamknięcie dla tej płyty, mocne, emocjonalne pierdolnięcie na odmułę po kilku bardziej subtelnych utworach.

No dobra, bo cały czas się jaram, a nad recką jednak widnieje ta siódemka. Ktoś mógłby spytać dlaczego, więc spieszę z wyjaśnieniem. Chyba trochę brak tu czegoś nowego, i tak – jeśli spojrzeć na twórczość Tyrona – w zasadzie wszystko jest tu nowe, ale słuchając jego drugiej płyty, nieco zbyt często wyłapuje się nieco zbyt wyraźne inspiracje. Na „Nothing Great About Britain” mieliśmy np. takiego „Doormana”, który wciąż brzmi, jak nic innego. Na „TYRON”, Slowthai wykorzystuje czasem znane, lubiane patenty i choć robi to z gracją, one wciąż pozostają tylko znanymi i lubianymi patentami.

Mimo wszystko wciąż czuję się oddanym fanem tego gościa. Mogę tak sobie gadać, że czegoś mi w tej płycie zabrakło, ale i tak przesłuchałem ją ładne dziesięć razy, za każdym razem bawiąc się równie dobrze. Ty już zapowiedział, że rozpoczął pracę nad trzecim wydawnictwem, także póki co cieszmy się muzycznie porządnym, poruszająco osobistym albumem, a na poszerzanie horyzontów rapgry może niedługo jeszcze przyjdzie czas. Jeśli o mnie chodzi – trzymam kciuki i czekam.

Jakub Małaszuk (6 kwietnia 2021)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także