Ocena: 8

Hayley Williams

Petals for Armor

Okładka Hayley Williams - Petals for Armor

[Atlantic; 8 maja 2020]

„Petals For Armor” zaskakuje. Naprawdę nie wiem, dlaczego spodziewałam się wyblakłej już pop punkowej formuły, skoro ostatni album Paramore – „After Laughter” – od niej odbiega. Miałam mylne wyobrażenia. Przede wszystkim, solowy materiał Hayley Williams nie stanowi resztek po Paramore: Hayley pokazuje się od innej strony, a raczej prezentuje całość siebie, która stanowi Hayley Williams.

Ujęła mnie kobiecość „Petals For Armor”. Zawsze fascynuje mnie to, jak bardzo różni się twórczość kobieca od tej męskiej. Ma to zapewne związek z odmiennym odbiorem świata, przeżywaniem i rozumieniem muzyki. Ciekawi to tym bardziej, że Hayley była wrzucona w świat muzyki rockowej. W rozmowie dla „Rock Sound” wspomniała o samotności, jaką odczuwała, gdy dojrzewała, będąc w trasie, bo jej otoczenie było zdominowane przez mężczyzn. Sama odegrała pewną rolę w zmianie świadomości społeczeństwa na temat kobiet na scenie, będąc jednym z wzorów dla innych artystek. Według niej aktualnie wszystko idzie ku lepszemu i cieszą ją kolejne przykłady tego, że płeć przestaje tworzyć bariery.

W wywiadzie dla NME stwierdziła też, że naprawdę trudno jest być kobietą w muzycznym gronie, bo bardzo ciężko sprostać oczekiwaniom ludzi i pewnym ramom. Płeć żeńska jest kojarzona z delikatnością i emocjami. Jeśli kobieta okazuje złość, szybko jest szufladkowana jako „nadmiernie przeżywająca feministka”. Williams uważa, że to wkurzona natura płci żeńskiej najbardziej intryguje, jest piękna, a także może być motorem zmian.

Dlatego właśnie „Petals For Armor” jest wyjątkowe: przedstawia kobiecość z jej perspektywy. To była dla niej okazja na bycie Hayley Williams, a nie „frontwoman Paramore”. Zaintrygowała mnie nie tylko treść utworów, ale także ich ogólna atmosfera, produkcja oraz brzmienie, za którą współodpowiedzialny jest Tyler York. Pierwsze, co przyszło mi na myśl, to świetne współgranie rytmu i basu. Całość wyszła niebanalnie i intrygująco, nawet trochę tajemniczo. Myślę, że jest bardziej popowo-alternatywna i mało w tym rocka czy wcześniej wspomnianego przeze mnie pop punku. „Petals For Armor” przypomina nieco dokonania Warpaint, zwłaszcza album „Whiteout”, chociaż ich brzmienie jest nieco bardziej zmysłowe niż u Hayley.

Solowy materiał Williams to wachlarz emocji. Są tam złość („Simmer”), pożądanie („Sudden Desire”), pewność siebie („Watch Me While I Bloom”). W pewnym sensie objawia się w tym wszystkim subtelny feminizm, bo Hayley pozwala sobie na te emocje, ma do nich prawo i stara się z nimi pogodzić. Z kolei dosłowną interpretacją feminizmu jest utwór „Roses/Lotus/Violet/Iries”, gdzie metaforą kobiet stają się różne gatunki kwiatów. Ten utwór razem z „Cinamon” to moje ulubione momenty albumu, które są pełne samoakceptacji.

Williams pozwala sobie również na pewną przebojowość (której, jak sama powiedziała, obawiała się, nie chciała stać się kolejną Gwen Stefani i jej „Hollaback Girl”) np. w „Dead Horse, Pure Love” czy „Over Yet”. Te utwory uciekają bardziej w stronę czystego popu i prawdę mówiąc, nie są to moje ulubione momenty albumu. Mam wrażenie, że niektóre kompozycje odstają poziomem od innych i są „tylko” w porządku. Jeśli jednak chodzi o zapychacze albumowe, które nie wiadomo po co są i często bywają pomijane przy słuchaniu całości, to na mój gust nie ma ich tutaj wiele.

Czy ten album jest nowatorski? I tak i nie. Z jednej strony, w kontekście twórczości Hayley Williams, to naprawdę coś świeżego, nowy rozdział w dorobku. Ktoś mógłby powiedzieć: okej, ale to wciąż brzmi jak każda kobieta muzyki alternatywnej. W jakimś stopniu mogłabym się z tym zgodzić, gdyby nie fakt, że mimo wszystko artystki różnią się od siebie. Teoretycznie Tori Amos, Kate Bush i Fionę Apple można by wrzucić do worka „dziwnych twórczyń”. Są one jednak na tyle ekscentryczne i kreatywne, że stanowią kompletne indywidualności, a każda z nich buduje własny gatunek. Podobnie jest z Hayley. Zapewne usłyszymy jeszcze niejedno nagranie Paramore, ale ja dałabym nieco odetchnąć Williams i pozwoliła na tzw. me time w karierze.

Oliwia Jaroń (17 sierpnia 2020)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: Fan Pani Redaktor Jaroń
[18 sierpnia 2020]
Bardzo ładna recenzja, buduje atmosferę albumu i wskazuje na to czego można się spodziewać.

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także