Ocena: 6

Pixies

Beneath the Eyrie

Okładka Pixies - Beneath the Eyrie

[Infectious; 13 września 2019]

Nie ma co ukrywać, że przetrwać w świecie muzycznym jako artysta pierwszej klasy jest niebywale trudno. W myśl wyświechtanego, internetowego powiedzenia pochodzącego z filmu „Mroczny Rycerz”, albo umierasz jako bohater albo żyjesz wystarczająco długo by zobaczyć jak stajesz się łotrem. Tak to już jest, że zespoły, które czterdzieści, trzydzieści czy jeszcze dwadzieścia lat temu były u szczytu nie tylko sławy, ale i swoich artystycznych możliwości, dziś są zaledwie cieniem samych siebie. Pixies nie stanowią tutaj wyjątku: po kilku latach szczytowej formy, w czasie których wydali cztery praktycznie bezbłędne albumy (w co zresztą można wliczyć również debiutancką EP-kę), długiej przerwie od grania, powrocie oraz wymianie basistki, oczekiwania wobec zespołu były wysokie, żeby nie powiedzieć wygórowane.

„Indie Cindy”, pierwszy album zreaktywowanej grupy z 2014 roku, był jednak słabym echem tego, co dawniej ustanowiło status Pixies jako rodziców chrzestnych indie rocka. Dwa lata młodsze „Head Carrier” również nie dorównywało starszym płytom, lecz trzeba przyznać, że wspomniane echo minionej świetności tym razem było jakby głośniejsze. Czy najnowszy album zmienił coś w tej kwestii?

I tak i nie. Przyznam szczerze, że gdy tylko usłyszałem pierwszy singiel z „Beneath the Eyrie”, „On Graveyard Hill”, od razu pomyślałem, że Pixies wreszcie się przemogli. Linia basowa niemal żywcem wyjęta z takich utworów jak „Debaser” czy „Gigantic” oraz podążająca za nią harmonijnie gitara rytmiczna samoistnie wzbudzają skojarzenia z Pixies z ich najlepszych lat. Nawet wokal Black Francisa, który obecnie brzmi o wiele dojrzalej, miejscami przypominał o tym, co usłyszeć można było na „Doolittle”. Jako zapowiedź nowego materiału „On Graveyard Hill” był strzałem w dziesiątkę – spokojnie można przyjąć, że jest to najlepszy utwór na całej płycie. Podobnie zresztą można powiedzieć o wydanym jakiś miesiąc później „Catfish Kate”, które zawiera znak rozpoznawczy Pixies: przyjemnie popową melodię urozmaiconą jękami przesterowanych gitar.

Single jednak nie zbudują całego albumu. Choć pierwsze trzy utwory (z czego dwa to wspomniane wyżej kawałki) brzmią bardzo spójnie i spełniają oczekiwania, dalej mamy do czynienia z lekkim zachwianiem tego poziomu. „This Is My Fate” budzi skojarzenia z typową balladą z szafy grającej w kącie jakiegoś baru. Nie jest to zły koncept, ale niespecjalnie pasuje do pełnego charakteru albumu. Pixies odzyskują nieco wigoru w kawałkach „Silver Bullet” i „Long Rider”, lecz tutaj ponownie pojawia się jedynie namiastka tego, co najlepsze w zespole – oba utwory, choć mają dobre wyczucie melodii, snują się jednak dość bezwiednie, podobnie zresztą „Daniel Boone”. Mocnym punktem jest też „St. Nazaire”, które zdecydowanie nawiązuje do mocniejszych utworów Pixies z charakterystycznym skrzekliwym wrzaskiem Francisa. Niestety, reszta numerów jest mimo wszystko niezbyt odkrywcza, lecz, co warto nadmienić, posiadają one nawet spory potencjał.

Wydawać by się mogło, że Black Francis i spółka dalej chcą odkrywać tę stronę swojego brzmienia, w której nie do końca czują się jeszcze pewni, ale nauczeni odbiorem poprzednich płyt, postanowili odświeżyć swój stary styl. W rezultacie otrzymaliśmy najlepszą płytę Pixies po ich powrocie, której jednak wciąż brakuje czegoś konkretnego.

Marcin Kornacki (4 października 2019)

Oceny

Grzegorz Mirczak: 6/10
Średnia z 1 oceny: 6/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: marcel
[13 października 2019]
Moim zdaniem Head Carrier był lepszym albumem, ten nowy jest naprawdę biedny... szczególnie mocno było to słychać na ostatnim koncercie w Pradze, gdy zespół czasem przypominał sobie o promocji nowej płyty i wtedy atmosfera momentalnie siadała, piosenki ciągnęły się jak guma do majtek, brakowało im wyrazistości, refreny obnażały słabość kompozycji. A gdy tylko pojawiało się coś starego, zespół łapał wiatr w żagle, słychać było geniusz tych kompozycji, ich przewrotna struktura do dziś potrafi zaskoczyć. Mogliby do emerytury grać Caribou i Monkey..., chwała im za to że próbują coś jeszcze tworzyć, ale niestety brakuje tego czegoś. Może wkładu Kim?
BTW. w Pradze zagrali ciągiem 2 godziny chyba ze 35 piosenek. Szacunek za kondycję i parę fajnych zmian w aranżach, duży minus za zerowy kontakt w publicznością. Plus też za przypomnienie, że ich dorobek to nie tylko Surfer Rosa i Doolittle, Bossanova i Trompe le Monde to również kapitalne albumy!

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także