Ocena: 7

Taylor Swift

Lover

Okładka Taylor Swift - Lover

[Republic; 23 sierpnia 2019]

Od premiery „Red” bardzo wysoko cenię sobie Taylor Swift. Nie czuję w związku z tym żadnego wstydu czy zażenowania. Nie upycham płyt na niższych półkach, nie miałbym też chyba żadnego problemu z założeniem koszulki z wizerunkiem wokalistki, gdyby ktoś takową mi sprezentował. Zdaję sobie równocześnie sprawę, iż raczej nie znajduje się w grupie docelowej Swift i mimo że urodziliśmy się w tej samej dekadzie, być może jest w tym uwielbieniu pewna dawka infantylizmu. Nic nie poradzę jednak na to, że od dobrych kilku lat obcowanie z komercyjną odmianą muzyki pop przynosi mi więcej pozytywnych emocji niż odsłuchiwanie kolejnych płyt King Gizzard & The Lizard Wizard (w tym miejscu mogłaby paść inna nazwa, ale żaden zespół w ostatnich dniach mnie tak nie wynudził), a Taylor Swift jest od pewnego czasu wręcz ikoną komercyjnego popu. Jednocześnie potwierdza z płyty na płytę, że nie jest to określenie na wyrost.

Poprzedniczka „Lover”, „Reputation”, nie odniosła spektakularnego sukcesu. Zapewne był to jeden z istotniejszych czynników, który zadecydował o tym, że Taylor nie poszła dalej nową drogą i wykonany został powrót do stylistyki „1989”. I bardzo dobrze. Wkurzona i eksperymentująca Swift nie była pozbawiona uroku, ale jednak w typowo popowym wydaniu jest jej bardziej do twarzy. Już na wstępie dobrym pomysłem była rezygnacja z hurtowej ilości producentów i zawierzenie własnym umiejętnościom oraz sprawdzonej pomocy Jacka Antonoffa. W studiu pojawiły się jednak także inne osoby: w rezultacie przy nazwiskach Joela Little czy St. Vincent można postawić bardzo duże plusy. Żadne z zaproponowanych rozwiązań nie okazuje się przesadzone, producenci nie bawią się w przemycanie jakiegoś badziewia w postaci zbędnych i odciągających uwagę plumkań czy wybuchów.

Gdybym miał podać jeden przymiotnik, który charakteryzuje najnowszą płytę Swift, na myśl przychodzi mi od razu słowo fajna. To zdecydowanie pop w najlepszym wydaniu. Jasne, w dalszym ciągu można mówić, iż Taylor Swift proponuje prostotę, a wiele elementów zostało ułożonych na bazie sprawdzonej wielokrotnie receptury na przebój. W tym parku rozrywki nie ma więc większych zaskoczeń, ale o tandecie też nie ma mowy, co samo w sobie jest już sporym osiągnięciem. Swift bez większych wahań można w rezultacie zaliczyć do tej samej ligi co Lorde i Carly Rae Jepsen, a Katy Perry musi poszukać sobie rywalek gdzie indziej.

Podstawą na „Lover” są utwory taneczne, ale w odmianie pozbawionej prób wpasowania się we współczesne mody, a co za tym idzie, narażania się na śmieszność. Dopełnieniem są ballady, w których jednak daje o sobie znać umiejętne wyważenie środków i rezygnacja z niepotrzebnych sentymentalizmów. Najlepiej robi się na „Lover” wtedy, gdy emocje i pewnego rodzaju filmowość odgrywają ważniejszą rolę (świetne „Cruel Summer” i „Miss Americana & The Heartbreak Prince”). Odwołaniem nieustannie są, oczywiście, głównie lata osiemdziesiąte, a gdzieś tam Swift próbuje (z mniej lub bardziej udanym skutkiem) nawiązać do r&b. Czasami przypomina o sobie przeszłość wokalistki i dolatują do uszu echa fascynacji muzyką country („Lover”), w innych momentach można mówić o pop-rocku w stylu Haim („The Man”). Jest tu do czego wracać, jest tu co odkrywać i czym się zauroczyć.

Zgodnie z innymi przewidywaniami dominantą na „Lover” są tematy miłosne w rozmaitym wydaniu. Na szczęście daje o sobie znać upływ czasu i Taylor na siłę nie udaje już nastolatki. Jest miejsce na piosenkę dla walczącej z rakiem matki, czy nieco szersze spojrzenie na świat, w tym choćby pozycję kobiet i coś na kształt feministycznego wyznania (I’m so sick of running as fast as I can, wondering if I’d get there quicker if I was a man). Niby sporo tutaj banałów, odkryć rodem z pamiętnika Bożenki z „Klanu” (I forgot that you existed. And I thought that it would kill me, but it didn’t”). Nie kłują mnie one jednak w ogóle w uszy i to też się chwali.

Wśród opinii na temat „Lover” dość często można spotkać się z zarzutem, że płyta jest nieco za długa. Coś w tym faktycznie jest, ale zasadniczy problem polega na tym, że dla każdego jest ona za długa o inne utwory. Z radością odnotowałbym brak „ME!”, który z niezrozumiałych powodów (jakaś forma wsparcia dla Brendona Urie z Panic! At The Disco, który tutaj śpiewa kilka wersów?) został wybrany na pierwszy singiel, a jedyne co reprezentuje to najsłabszy moment płyty, podobnie zresztą jak „Cornelia Street”. Nie trzeba jednak szukać zapewne długo, by odnaleźć osoby, dla których te utwory stanowią czołówkę „Lover”.

Swift trochę mnie swoim siódmym albumem zaskoczyła. Nagrała świetną płytę, a ja spodziewałem się prędzej czegoś miałkiego, na siłę przebojowego, może nawet momentami chałowatego. Bardziej ścieżki dźwiękowej do kreskówki niż wpadających w ucho piosenek, z których czerpanie radości nie jest żadnym powodem do wstydu. I jeszcze jedna obserwacja: moja nastoletnia sąsiadka słucha za ścianą takich rzeczy, że czasami chcąc nie chcąc muszę sięgnąć po słuchawki. Niekiedy zdarza się jej sięgnąć po dziewczyński pop. Taylor Swift nie słyszałem u niej nigdy. Może wkrótce okaże się, że wokalistka młodym ludziom już nie ma za wiele do zaproponowania. Ta perspektywa jest w sumie dość intrygująca…

Michał Stępniak (30 września 2019)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także