Ocena: 4

Mac DeMarco

Here Comes the Cowboy

Okładka Mac DeMarco - Here Comes the Cowboy

[Mac's Record Label; 10 maja 2019]

Kiedy Mac DeMarco wjechał na scenę muzyczną ze swoimi janglepopowymi hitami, można było się zastanawiać na jak długo starczy mu benzyny. Patrząc na historię można bowiem zauważyć, że gitarowi bardowie zazwyczaj gubią się z biegiem czasu i zaczynają nagrywać rzeczy najpierw przeciętne, a potem słabe. Ten problem dosięgnął twórcę „Salad Days”, który swoją nową płytą nie ma nic nowego do zaoferowania.

„Here Comes the Cowboy” to płyta nudna: zaledwie kilka utworów wyróżnia się ze zbioru trzynastu nużących ballad, które nawiązują swoją oszczędnością do wczesnego Boba Dylana i innej klasyki songwriterskiej z lat sześćdziesiątych. Mac próbuje gdzieniegdzie wpleść trochę psychodelicznego odjazdu w postaci niecodziennych tekstur dźwiękowych i efektów gitarowych, ale niestety jest kiepsko.

W utworach Maca zawsze lubiłem skomplikowane aranże: „Passing Out Pieces” potrafiło wykopać słuchacza z butów, natomiast zaduma „Another One” chłodziła ciało nawet przy najwyższych temperaturach. Na „Here Comes the Cowboy” nie ma takich momentów, a utwory przypominają nagie demówki. Z jednej strony dobrze, że muzyk próbuje czegoś innego; z drugiej jest to zdecydowany krok w tył. Utwór tytułowy to po prostu żenujący żart prowadzącego: żmudna ballada oparta na prostej przeplatance, wsparta dennym rytmem i sennym głosem Maca. Po trzydziestu sekundach wiadomo już wszystko na temat tego numeru, ale on ciągnie się jeszcze przez trzy agoniczne minuty. Tak niestety brzmi większość utworów na tej płycie: są nudne i zjadają własny ogon.

Są też jednak jasne momenty. „Nobody” zaskakuje, mimo że (tak jak cała płyta) jest utrzymany estetyce post-country. Refren tego kawałka to typowo wrażliwy, demarcowy bukiecik, który ładnie rozwija motyw ze zwrotki. Fajna i ciepła ballada, której tło trochę przypomina psychodeliczne kompozycje Syda Barretta. Właśnie, psychodelia: nad całym albumem unosi się wspomniana już wcześniej, zręcznie wykreowana, eksperymentalna mgiełka. Jest to często dodatek do utworów, stanowiący drugie tło i wzbogacający główną linię melodyczną. Dodaje to tym nudnawym piosenkom odrobinę życia i sprawia, iż album płynie trochę szybciej.

„Here Comes the Cowboy” to płyta zła, najgorsza w dyskografii DeMarco. Przyznaję, że jest ona specyficzna w swojej strukturze, lecz słuchanie jej było jak oglądanie schnącej farby na płocie. Czekam na powrót do bogatych aranżacyjnie, dwu-trzyminutowych muzycznych strzałów w dziesiątkę, a o tej płycie wolałbym jak najszybciej zapomnieć.

Tomasz Ciesiółka (10 lipca 2019)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: Tumor
[5 sierpnia 2019]
To przecież slacker rock, minorowy, trochę dorianistyczno-anagraficzny, ale też poimprowizować wraz z komedią i starym klimatem country rodem z Charliego Monroe'a nie zaszkodzi. Przykład tu: "All of Your Yesterdays" to skończony 6/4 rytm wraz z wstawkami hypnogogicznymi metrum przy gitarze basowej, ale ma swoje uderzenie. "Chamber of Reflection" z innego albumu móglby posłużyc się za bonus track dla spragnionych dobrego, starego Kolumbiana, ale to jest tylko wywód gdzie ten komiwojażerski klimat szlag trafił.
Gość: Mayol
[13 lipca 2019]
Niestety, czysta prawda.

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także