Ocena: 7

Batushka

Panikhida

Okładka Batushka - Panikhida

[self-release; 26 maja 2019]

Bluźnierczo-chwalebna – jak powiedzą odważniejsi – estetyka Batushki została wyeksploatowana już w pełni, a w wyniku informacji na temat skłóconych muzyków, wedle wielu nad zespołem zawisła gilotyna. Dla niektórych niepokojące, a dla innych komiczne przeczucia i nowinki dotyczące rozpadu grupy przez dłuższy czas krążyły nad słuchaczami zauroczonymi prawosławną estetyką przeniesioną na black metalowy grunt. Czysto muzycznie jedna strona straciła odpowiedniego do tego typu projektów wokalistę, Bartłomieja Krysiuka, a druga kompozytora, Krzysztofa Drabikowskiego – twórcę i pomysłodawcę większości utworów z co najmniej ciepło przyjętej „Liturgii”. Kto ostatecznie wyszedł z tego bardziej obronną ręką? Czas pokaże; na ten moment otrzymaliśmy kolejne wydawnictwo drugiego pana, które zdaje się być „prawowitym synem” wspólnego z Krysiukiem debiutu Batushki.

„Панихида”, czy też inaczej „Panikhida” to nabożeństwo żałobne praktykowane w Kościołach wschodnich, wywodzące się pośrednio jeszcze z bizantyjskich ceremonii. Tytuł wydawnictwa jest nieprzypadkowy: słuchacz doświadczając muzycznie „Panikhidę”, tak samo jak w przypadku „Liturgii”, odczuwa dokładnie to, co podpowiada tytuł. Jednocześnie, zależnie od interpretacji dzieła, doświadcza maksymalnie intensywnej atmosfery obrządków, lub atmosfery skrajnie odwrotnej. Album w zależności od egzegezy słuchającego ma wymiar tragiczny i kontemplacyjny wobec kruchości życia ludzkiego, albo, pomimo ogólnej powagi, pozytywny w imię powiedzenia każdy koniec jest nowym początkiem. Broni się tym, co oferuje w zamian za klimat minionej już prawosławnej mszy; „Panikhida” eksponuje śmierć znacznie wyraźniej aniżeli debiut i podejmuje tematy świadomie wcześniej zaniedbane na rzecz samych odczuć wobec istnienia absolutu. Słowem ogółu – oba albumy wcale nie są kalką samych siebie i mówią o sprawach powiązanych ze sobą, aczkolwiek zgoła odmiennych, mogących być podejmowanymi samodzielnie i na różne sposoby.

„Panikhida” to naturalne następstwo myśli i rozważań „Liturgii” – studium człowieka dźwigającego na swoich barkach kolejny problem własnego jestestwa. Pod względem technicznym nie przynosi wiele nowego, a obecne na nagraniach eksperymenty są raczej skromne i nieśmiałe na rzecz sprawdzonych formuł. Nie ma jednak mowy o jakichś kopiach i powtarzaniu się jota w jotę, gdyż odmienności kompozycji wymaga sam koncept albumu, a Drabikowski kolejny raz wykorzystał umiejętność ubierania uczuć w niebanalny, odpowiedni dla tematu sposób. Zauważymy tu zamierzony niedobór chórków występujących sporadycznie i będących raczej tłem jak choćby w „Песнь 3”, lub intrem, jak w przypadku „Песнь 4”; znacznie silniejsze, agresywne, ale bardziej powolne i często niemal doom metalowe gitary (w szczególności wyróżnia się tym „Песнь 2” oraz ”Песнь 7” w których riffy są wykonane nienagannie i odpowiednio do klimatu), czy też mniej zaznaczone charakterystyczne, rozpoznawalne dzwonki słyszalne w pierwszych dźwiękach „Песнь 1”. Jednak to w żadnym wypadku nie jest wada i wszystko powinno tak wyglądać – Panikhida nie jest cerkiewną mszą pełną przepychu, a znacznie skromniejszą uroczystością pożegnania zmarłego. I tak też samej płycie twórca żegna zmarłego zgodnie z obyczajem, ale na własny sposób: wlewając w to swoje emocje i myśli, tworząc ekspresyjny, naturalistyczny i sakralny obraz.

Dominik Langiewicz (17 czerwca 2019)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także