Ocena: 7

Carly Rae Jepsen

Dedicated

Okładka Carly Rae Jepsen - Dedicated

[Interscope; 17 maja 2019]

Z Carly Rae Jepsen od dawna mam dwa problemy. Pierwszy polega na tym, że nie do końca wiem, w jakiej bajce ją umieścić. Czy traktować ją jako zawodniczkę w rywalizacji o tytuł „księżniczki pop” (sformułowanie dość głupie, ale tyle razy używane, że niech już będzie) czy też artystkę, która już z tego zrezygnowała i realizuje swe ambicje na nieco innych terytoriach. Z jednej strony dość dziwnie porównywać ją do Ariany Grande czy Taylor Swift, ale z drugiej, kiedy już pominę wszystkie kwestie producenckie czy te dotyczące zabiegów marketingowych i pozostanę sam z muzyką, to jestem bezradny wobec pytania „a dlaczego nie porównywać?”. Drugi problem z Jepsen dotyczy tego, iż całkowicie nie jestem w stanie zrozumieć pozycji zajmowanej przez artystkę. Zapewne w jakiejś komercyjnej stacji telewizyjnej na tysiąc emisji teledysku Grande przypada jeden Jepsen. Te proporcje (nawet jeśli są w rzeczywistości odrobinę mniejsze) wydają mi się przesadzone. I aż by się chciało rzec: „Carly, zrób coś z tym”. I ona znowu próbuje coś zrobić. A efekt pewnie będzie ten sam – ja przyklasnę i zrobi tak wiele innych osób, ale zdecydowana większość, która powinna się zachwycić nawet tego albumu nie odnotuje. Dla nich Jepsen już chyba na zawsze zostanie tą dziewczyną od „Call Me Maybe”. Szkoda, bo znów udowadnia, iż zasługuje na znacznie więcej.

Poprzednią płytą Jepsen sprawiła, iż chyba już nigdy nie będę wobec niej obojętny. „E•MO•TION” umieszczam bardzo wysoko w klasyfikacji najlepszych albumów pop ostatnich lat. Musiałbym się bardzo wysilić, by odszukać jakichś istotnych wad. Nie potrafiłem też w sumie sobie wyobrazić, że Jepsen stać będzie na coś tak równie udanego. I „Dedicated” faktycznie wypada nieco gorzej, ale tylko nieco. Wprawdzie nie ma tutaj nic zaskakującego, głębszych emocji być może trudno doświadczać, ale prawda jest taka, iż słucha się tego świetnie nawet piąty raz z rzędu.

Jepsen powiedziała, że pierwotnie myślała o tym, by płytę nazwać „Muzyka do sprzątania domu”. I coś jest na rzeczy, ale jestem w stanie wyobrazić sobie setki czynności, w czasie których słuchanie albumu dawałoby sporą przyjemność. Przepisy na dobrze skonstruowaną piosenkę pop Jepsen zna doskonale, nieustannie robiąc ukłony w stronę tradycji (można by przy tej okazji przywołać pewne sformułowanie autorstwa Simona Reynoldsa, ale jeden ceniony dziennikarz robi to w co trzecim artykule, więc sobie daruję). Świetnie dobiera środki, nierzadko czaruje refrenami („No Drug Like Me”), bawi się inspiracjami z czasów, kiedy pop był najbardziej solidny w swojej historii. Nie ma tutaj więc durnowatych rozwiązań, które nadałyby na siłę nagraniom nowoczesności, rapera wyskakującego w najmniej odpowiednim momencie też nie uświadczymy. Porównania do Kylie Minogue czy Janet Jackson są w rezultacie jak najbardziej na miejscu, a jeśli ktoś bardzo chce, to ze współczesnych może odnaleźć jakieś podobieństwa do CHVRCHES, lecz w lepszym wydaniu. W przeciwieństwie do tego zespołu, wyławianie perełek u Jepsen staje się bowiem banalne. Co ja zrobię, że nawet przy „I’ll Be Your Girl”, które zalatuje No Doubt, bawię się świetnie i to dla mnie jeden z mocniejszych momentów płyty. Grzeszna przyjemność? Niech tak będzie.

Tematycznie „Dedicated” nie przynosi żadnych zaskoczeń: tylko miłość Jepsen w głowie, więc śpiewa o różnych jej obliczach, tych jaśniejszych i ciemniejszych. Jest złość, tęsknota, samotność, zazdrość, pragnienie itp. Czy można więc się do czegoś przyczepić? Ano można. Może nie trzeba było się tak chwalić, że w trakcie prac nad albumem przygotowało się 200 piosenek, bo po pierwsze, trudno w to uwierzyć, a po drugie, jeśli faktycznie, to można się zastanawiać, czy ostateczny dobór był odpowiedni, bo wpadek troszkę tu jest: łatwo mi wyobrazić sobie album z wyrzuconym „Everything He Needs”, „Feels Right” i „The Sound”. Gdyby jednak wszystkie albumy muzyki pop liczyły tylko trzy słabsze piosenki, chyba bym zwariował ze szczęścia – to przecież zazwyczaj odnalezienie trzech dobrych numerów jest problemem. Tutaj i tak winy zostają wybaczone, bo na sam koniec Jepsen zostawia „Party for One”, czyli utwór, który można spokojnie odsłuchiwać setki razy. Szukając minusów, uparcie można też twierdzić, że takiego przeboju jak „Call Me Maybe” tutaj nie dostaniemy. W moim odczuciu nie jest to jednak minus, bo ja już tego od Jepsen nie oczekuję.

Komercyjna odmiana muzyki pop w 2019 roku cieszy niezmiernie. Raduje też ściąganie klapek z oczu i dostrzeganie przez wiele osób, że w głównym nurcie powstają rzeczy godne uwagi. Kluczowe pytanie na tę chwilę 2019 roku - Ariana Grande czy Carly Rae Jepsen? Póki co uważam, że jednak ta pierwsza, ale zapewne kilkadziesiąt razy zmienię jeszcze zdanie.

Michał Stępniak (3 czerwca 2019)

Oceny

Grzegorz Mirczak: 6/10
Średnia z 1 oceny: 6/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także