Ocena: 6

Aphex Twin

Collapse EP

Okładka Aphex Twin - Collapse EP

[Warp Records; 14 września 2018]

Najpierw był mocarny powrót, następnie pamiętna akcja z SoundCloudem, a potem kilka mocno średnich epek, z których ostatnia, tzw. „AFX KORG” powinna była zostać chyba wydana w formie maxi singla. Ot, pięć miniatur i następujący po nich właściwy, pełnoprawny utwór – niczym nie porywający skądinąd. Czy było to potrzebne? Chyba nie. Czy kategoria użyteczności jest w tym wypadku w ogóle użyteczna? Również śmiem wątpić. W końcu operowanie czystą formą to wyłącznie operowanie czystą formą. A taką od początku zwykł operować Twin.

Że truizm? Mam tego pełną świadomość! Cóż jednak można napisać o człowieku, który jest swego rodzaju Slavojem Žižkiem muzyki i to przy założeniu, iż trzymamy się z dala od jak największej ilości kontekstów sytuacyjnych i artystycznych jakie narosły wokół Richarda Jamesa? Niech chociaż to będzie mi wolno powiedzieć, że status „Best New Music”, jaki trzy lata temu został przyznany „Computer Controlled Acoustic Instruments” przez Pitchforka jest dla mnie nie tyle nieporozumieniem, co manifestem tego, jak wielką rolę w odbiorze sztuki odgrywa psychologia. To wręcz takie trochę pytanie graniczne o sens pisania recenzji w ogóle – ostatecznie i tak wszystko zostanie przeżarte przez filtr wrodzonej subiektywności. Jednakże odnoszę wrażenie, że wydanie przez randomowych debiutantów zestawu chaotycznych i na dodatek niedokończonych kompozycji, które oscylują stylistycznie gdzieś pomiędzy free-jazzowowym graniem na perkusji, a downtempo – nie zostałoby tak ciepło przyjęte. Z drugiej strony to chyba nie mnie oceniać kompletność utworów. No i dla ścisłości – nie piję tu do miniatur w ogóle.

Bardziej szczegółową analizę powyższej kwestii mogę sobie – jak sądzę – darować. Wszak wraz z „Collapse” Aphex serwuje nam porcję prawie że progresywnego grania. Całość jest w zasadzie tyleż progresywna, co świeża; solidne drill'n'base'owe, tudzież IDM-owe rzemiosło. Czy ktoś w zasadzie oczekiwał więcej? Twin raczej nigdy specjalnie się trendami nie przejmował i nie tego chyba oczekują jego słuchacze. No dobrze, do kilku rzeczy się przyczepiłem, a kilka wytknąłem. Jednakże to nie jest tak, że ja pana Richarda nie lubię czy coś – wręcz przeciwnie: „Selected Ambient Works 85-92” ubóstwiam, „Syro” chłonę, a do „Come To Daddy” piję alkohol. Wszystko na swoim miejscu – jak sądzę. Normalna percepcja – wiecie: niektóre dokonania artysty ceni się bardziej, inne mniej, jedne się przecenia, drugie wręcz przeciwnie. W Panteonie krążków Aphexa „Collapse” umiejscawia się gdzieś w stabilnym środku – na pewno wyżej od ep-ek, które zostały wydane po Syro, ale raczej poniżej poziomu takich mocarzy jak „Windowlicker”, czy choćby „Girl/Boy” (ach ten „Milk Man”!).

Siłą nowego materiału jest na pewno otwierający utwór tytułowy, który został w sumie wydany wcześniej jako singiel. „T69 Collapse” w sprawny sposób łączy w sobie motyw psychodelicznego spokoju z motywem równie psychodelicznego niepokoju. Sposób w jaki zlewają się ze sobą te dwa światy jest dla mnie istotnie zaskakujący. Psychodeliczny nastrój zresztą zostaje z nami już do końca rzeczonej ep-ki, jednakże poza wspomnianym kawałkiem na dłużej zapamiętałem wyłącznie zsamplowany, memiczny okrzyk ooooooooooooooooo. To znaczy tak mi się wydaje, że to ten okrzyk – bo brzmi prawie tak samo jak na filmie. Tym, czego na „Collapse” brak jest chwytliwość; Nie pojawia się tu w zasadzie jakaś melodia na miarę „Xtal”, „Alberto Balsalm”, czy chociażby „Minipops 67”. Gdyby tego Aphex nam nie poskąpił – któż wie – może radykalnie zmieniłoby to odbiór całości? I żeby oddać Richardowi sprawiedliwość – jego muzyka od zawsze brzmiała futurystycznie i pewnie jeszcze przez wiele lat taką będzie się jawić.

Grzegorz Mirczak (2 października 2018)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: :/
[4 października 2018]
Aktualizacja raz na miesiąc.
Albo się wymyślcie na nowo albo zwińcie zabawki, bo chyba już się robi bez sensu

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także