Ocena: 8

Melody's Echo Chamber

Bon Voyage

Okładka Melody's Echo Chamber - Bon Voyage

[Fat Possum; 15 czerwiec 2018]

Postawmy sprawę jasno: Melody Prochet już na swoim debiutanckim albumie dała jasny sygnał, że miarą talentu przerastała swego ówczesnego producenta i partnera. Natomiast to, co się wyczynia na sofomorze wypada skwitować jednym - jak najbardziej pozytywnym - słowem: PRZESADA. Jak dla mnie utalentowana Francuzka potrafi na przestrzeni jednego utworu zmieścić więcej twórczej werwy, artystycznego ellan vital niż - nie szukając daleko - Kanye West na maratońskim dystansie kilku tegorocznych albumów. „Bon Voyage" jest zatem ofertą skrojoną pod gusta muzycznych świrów, turystycznym rejsem all inclusive zawierającym pakiet niezapomnianych wrażeń skondensowany do rozmiaru skromnych trzydziestu minut.

Dziś wiemy, że format piosenki na pierwszym albumie był niczym przyciasny gorset krępujący wyobraźnię Prochet. Całe szczęście został on spektakularnie porzucony, oswobadzając bricoleurskie zapędy francuzki. Zwróćmy uwagę choćby na otwierające album „Cross My Heart”, w którym płynnie połączone zostają ze sobą tak rozmaite estetyki jak: elegancko zorkiestrowany baroque pop w stylu Scotta Walkera ze wstępu, indie popowa quasi-zwrotka z rozczulającą, eteryczną linią wokalną napędzana żwawym akustykiem. W toku opowieści odwiedzamy jeszcze królestwo plądrofonii The Avalanches, by finiszować na dźwiękach przywracających wiarę w przesterowane, mocne riffy. Mało? Już w kolejnym „Breathe In, Breathe Out” tour de force rozpoczyna się od porywającej gitary brzmiącej trochę jak pozbawiony nawarstwionych faktur przesteru i delayu Kevin Shields, którą ozdabia piękna, wyśpiewana z gracją Bilindy Butcher melodia. Potem to songwriterskie TGV zwalnia, by na chwilę uraczyć nas melancholią spod znaku Feist, nieprzyzwoicie szybko jednak przenosimy się do roku 1968 gdzie króluje hippisowski ancieme regime w postaci zbliżonej do Jefferson Airplane.

Wybaczcie Państwo to przerzucanie się nazwami; ekspozycja tak zawiłej siatki odniesień Prochet służy jednak ogólnej poincie. Mianowicie, niebywałe wręcz, że ten galimatias udało się okiełznać tworząc spójne, narracyjnie wciągające, bądź co bądź - piosenki. To przecież jakby wrzucić wszystkie ulubione składniki do jednego gara i liczyć, że powstanie magiczny kociołek Panoramixa. Tylko, że jakimś cudem... no właśnie nie cudem! ten krzepiący wywar powstał. To, co chcę udowodnić, to fakt, że francuska artystka w operowaniu rozmaitymi formami muzycznymi, lawirowaniu na granicy gatunków, krótko mówiąc: formie muzycznego brikolażu doprowadza konkurencję do rumieńców wstydu. Lekkość, z jaką układa ona te muzyczne puzzle, co najmniej z półki 3000 elementów i więcej, zasługuje na niejeden komplement.

Elementem, który zdaje się stylistycznie spajać całość, jest szerokopojęta psychodeliczność. Obcujemy bowiem z brzmieniami zarówno rodem z klasycznego okresu lat sześćdziesiątych, najntisową inkarnacją gatunku w typie Flaming Lips („Quand Les Larmes D'un Ange Font Danser La Neige”) i współczesnym wcieleniem spod znaku Tame Impala, jak choćby w opublikowanym już w 2014 roku, zamykającym płytę „Shirim”. Natomiast krzywdzącym byłoby zawartość krążka Melody's Echo Chamber li tylko do tego terminu sprowadzać. Przecież prolog do utworu „Desert Horse” wręcz cytuje „Everything In Its Right Place” Radiohead. A w króciutkim „Var Har Du Vart” Prochet wycina „wykwintne progresje akordów", których nie powstydziłby się Milton Nascimento. Niesprawiedliwym byłoby nie wspomnieć też o brzmiącym (oczywiście tylko fragmentarycznie, bo jakżeby inaczej) jak wyjęty z sesji nagraniowej do „L'histoire De Melody Nelson” Gainsbourga - „Visions of Someone Special, on a Wall of Reflections”.

„Bon Voyage” oprócz ducha psychodelii, jest również przesiąknięte swoistą francuską romantycznością. W związku z tym, poza entuzjastami muzycznego ADHD, kompozycyjnej erudycji, drugi album Melody's Echo Chamber powinien również uwieść emocjonalnych wrażliwców spragnionych melancholii rodem z Godardowskich romansów. Mam słabość do albumów tak wielopoziomowo oddziałujących: poruszających jednakowo serce, jak i rozum. Stanowiących pejzaż autorskich emocji, ale serwujących ucztę dla umysłu lubującego się w kompozycyjnych zawiłościach. Ach, noo tak, nie wspomniałem jeszcze o fenomenalnej produkcji - ale o tym może, jak spotkamy się przy podsumowaniu rocznym.

Patryk Weiss (9 września 2018)

Oceny

Patryk Weiss: 8/10
Paweł Ćwikliński: 7/10
Piotr Szwed: 7/10
Grzegorz Mirczak: 6/10
Marcin Małecki: 6/10
Średnia z 5 ocen: 6,8/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: P
[10 września 2018]
"Przekombinowana" to najgorsza argumentacja z możliwych.
Płyta w pytkę
Gość: a
[10 września 2018]
Nie przesadzał bym z tymi pochwałami. Dla mnie ta płyta jest momentami przekombinowana, a najlepiej brzmi utwór nagrany kilka lat temu - Shirim.

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także