Ocena: 7

Ariel Pink

Dedicated To Bobby Jameson

Okładka Ariel Pink - Dedicated To Bobby Jameson

[Mexican Summer; 15 września 2017]

Choć najnowszy album Ariela zadedykowany został Bobby’emu Jamesonowi, próżno szukać na nim delikatnego, spowitego melancholią baroque-popu z „Songs Of Protest And Anti-Protest”. To biografia zapomnianego muzyka stanowi obiekt fascynacji Rosenberga; krzątać się w towarzystwie Briana Wilsona czy Franka Zappy, borykać się z depresją, alkoholizmem, zniknąć na ponad 30 lat, by powrócić na internetowym blogu i z precyzją skryby odtworzyć swoją biografię – to scenariusz na hollywoodzki film. Dla Pinka jednak historia Jamesona stanowi kamuflaż pod którym kryje się osobisty kryzys. „Dedicated to Bobby Jameson” jest bowiem obrazem artysty w okresie twórczego impasu, życiowej stagnacji, egzystencjalnego odrętwienia.

Jako młokos zwykłem postrzegać Pinka niczym Wielkiego Alchemika, któremu encyklopedyczne otrzaskanie w dziejach muzyki popularnej pozwala tworzyć swoje odjechane mikstury z zupełnie nieprzystających do siebie elementów. Myślę, że jednak lepiej pasowałaby tutaj figura postmodernistycznego bricoleura, który dosłownie szyje swoje piosenki korzystając z popkulturowego elementarza. Owe szwy zawsze były mocno widoczne, a nawet akcentowane – ujawniając igranie, zabawę z piosenkową strukturą, manifestowały też rozgorączkowany, poszukujący umysł twórcy. Na „Dedicated…” kompozycje są spójniejsze, bardziej uporządkowane, mniej zaskakujące. Inny znak rozpoznawczy – groteskowy humor odziedziczony po Zappie, którym Rosenberg posługiwał się pokazując, że piosenki są li tylko konstruktem, konwencją oraz że może je swobodnie przewracać na różne strony, obracać pod dowolnym kątem, wywracać na nicę, nadawały jego twórczości wymiaru meta – a nam wgląd w sam proces pisania. „pom pom” tryskało tego rodzaju humorem („Black Ballerina”, „Exile On Frog Street”). Na „Dedicated...” też jest on obecny, choć w znacznie mniejszym stopniu. Najsilniej uwidacznia się w futuro-funkowym „Acting”, gdzie wraz Dam-Funkiem muzycy dokonują ironicznej demaskacji – tak wszyscy gramy, wszystko jest kreacją czy w okrzykach „Allah Akhbar” z otwierającego „Time To Meet Your God”.

Nie od dziś wiadomo, że Ariel lubi w wywiadach podgrzać atmosferę wokół swoich wydawnictw, lecz gdy w jednym z ostatnich mówi, że pisanie piosenek nie sprawia mu już tej samej frajdy co niegdyś, nie wypada tego bagatelizować. Bowiem piosenki z najnowszej płyty sprawiają wrażenie nieco wysilonych, pozbawionych pewnej twórczej iskry. „Death Patrol” to swego rodzaju anty-funk, świadomie nie-zaraźliwy, nużący niczym dogorywający melanż. Melancholijny folk „Do Yourself A Favour” śpiewany jakby od niechcenia, to pozbawiony emocji obraz wyczerpania. Choć słyszymy do yourself a favour / and taste a new flavour wcale nie mamy ochoty niczego próbować.

Gdy w wywiadze Ariel naigrywa się, że ma 40 lat i gra dad-rocka, śmiejemy się, by po chwili stwierdzić, że: faktycznie, coś jest na rzeczy. Sieć odniesień „Dedicated...” stanowią lata sześćdziesiąte na czele z organami Raya Manzarka w tytułowym „Dedicated to Bobby Jameson”, psychodelicznym popem „Dreamdate Narcissist” oraz folkowymi gitarami „Another Weekend” i „Do Yourself A Favour”, ALE też lata osiemdziesiąte. I w tym wydaniu nowe dzieło Pinka świeci najsilniejszym blaskiem, udowadniając, że wciąż posiada on niezwykły dar do pisania zaraźliwych hooków, których jest i tym razem sporo. „Feels Like Heaven” nie tylko nawiązuje tytułem do The Cure, ale też – jak słusznie zauważył Ambrocore – gdyby podrzucić majka Morrisseyowi, mielibyśmy wczesne The Smiths. Eteryczny refren zaś, podsuwa na myśl Cocteau Twins z „Heaven or Las Vegas”. W dalszej części albumu wciąż mamy do czynienia z dream popem najwyższej próby. Czy mówimy o senno-nostalgicznych fragmentach „Another Weekend”, gdy podmiot liryczny śni o bliskim kontakcie z drugą osobą, która sprawia wrażenie niemal realnej; czy o nieco mocniejszym uderzeniu w postaci „Bubblegum Dreams” z melodyjnie przeplatającymi się gitarami w zwrotce. W „Kitchen Witch” odnajdziemy jeszcze inną stronę marzycielskiego grania, tym razem tę syntezatorową. Wypada też wspomnieć o świetnym „I Wanna Be Young”, który brzmi jak żywcem wyjęte z sesji do „Before Today” i z pewnością dostarczy fanom mocnego songwritingu.

Gdy mowa o albumie Ariela Pinka, poprzeczka oczekiwań automatycznie zostaje zawieszona na wysokości dla wielu niedostępnej. Dlatego pomimo spadku formy „Dedicated to Bobby Jameson” z pewnością nie można nazwać rozczarowaniem. Nad całością unosi się swego rodzaju aura marzenia sennego. Jest to zdecydowanie najbardziej melancholijna i pełna rezygnacji płyta Pinka oraz, co ważniejsze, pozwala nam zgłębić to doświadczenie. Może nie tego pragnęliśmy po wyskokowym „pom pom”, lecz domeną artysty z Beverly Hills jest przecież zaskakiwanie. Trudno też nie zwrócić uwagi na korelację atmosfery albumu z nadchodzącą porą roku – jesień nigdy nie była bardziej różowa, a Ariel nigdy tak jesienny.

Patryk Weiss (9 października 2017)

Oceny

Michał Weicher: 8/10
Średnia z 1 oceny: 8/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: loleczek
[4 listopada 2017]
w którym momencie nawiązuje do the cure w tym feels like heaven? cały czas myślalłem, że nawiązuje do fiction factory
Gość: dingo
[9 października 2017]
"I wanna be young" to jest piosenka Z PRZEŁOMU WIEKÓW a nie żadne before today, sprawdź se scared famous albo oddities sodomies.

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także