Ocena: 6

Arcade Fire

Everything Now

Okładka Arcade Fire - Everything Now

[Sonovox Records; 28 lipca 2017]

Arcade Fire z bardzo poważnych pretendentów do tronu sceny indie nowego milenium, w ciągu trzynastu lat od wydania debiutu długogrającego stali się nagle prawdopodobnie jednym z najbardziej pociesznych przedstawicieli tej niszy. Jakkolwiek zabawnie to brzmi, w rzeczywistości nieszczególnie dużo jest w tej sytuacji powodów do śmiechu. Po prostu epitet pocieszny ciśnie się sam na usta, gdy spojrzy się z bliska na krętą drogę przebytą przez kanadyjskich gigantów: od arcymistrzowskiej, ciężkiej w wydźwięku opowieści o człowieczeństwie („Funeral”), przez wręcz eschatologiczne i profetyczne „Neon Bible”, ciepło przyjęte przez krytykę, niekiedy przywołujące echa hipnagogicznego popu „Suburbs”, ciekawy, choć dość niechlujnie uporządkowany zbiór przypowieści o życiu w epoce wirtualnej („Reflektor”), aż po... hołd dla kultury disco, a zarazem wyjątkowo prostą próbę rozpracowania zasad rządzących ludźmi, jaką jest bohater tej recenzji. Bohater, bądź też antybohater, bo do „Everything Now” łatka antybohatera pasuje zdecydowanie lepiej. To album, z którego istnieniem ciężko się pogodzić (w szczególności osobom znającym wcześniejsze dokonania Arcade Fire) i w którym czasami ciężko odnaleźć coś więcej ponad drobne błędy i niedopatrzenia. Niezaprzeczalnie posiada on jednak pozytywną stronę, która to, pomimo, że sama zachęca do jej odkrycia, pozostaje wciąż w sferze rzeczy przez słuchaczy ignorowanych.

Zanim jednak wspólnie udamy się na jej poszukiwania, odpowiedzmy sobie szczerze na pytanie, którym powinien być poprzedzony i zakończony każdy odsłuch „Everything Now”: czego my tak naprawdę się spodziewaliśmy? Bądźmy poważni. No chyba nikt nie oczekiwał geniuszu drugiego „Neighbourhood” czy „In The Backseat”, kiedy w teledysku do tytułowego singla ujrzał żwawo podrygującego Wina Butlera i jego nawróconą na disco drużynę muzyków, wyjeżdżających na dzień dobry z prościutką wariacją na temat kultowego „Dancing Queen”. Szybko skojarzony z popularnym hitem ABBY motyw zdołał zdobyć już status (jak, niestety, większość mniej istotnych szczegółów w dzisiejszych czasach) mema, a oliwy do ognia mogła dolać wypowiedź Richarda Reed Parry'ego, który, mówiąc o swoich artystycznych ambicjach, wypalił coś o chęci stworzenia przeboju na miarę dyskotekowych osiągnięć słynnego szwedzkiego kwartetu. Przez internet szybko przetoczyła się istna lawina negatywnych uwag dotyczących „Everything Now” (singiel zmasakrowany został nawet na naszym portalu), wprost mówiono o największej porażce w dziejach zespołu (auć). Nadchodzący album Arcade Fire już przed premierą był więc na straconej pozycji.

A tak naprawdę recenzję tej płyty można by napisać, używając dosłownie jednego, prostego zdania: niezła rzecz, ale raczej na jedno posiedzenie, niż regularne odświeżanie. Mało w „Everything Now” rzeczywistej świeżości, rewolucyjności (można gdybać, że nie ma ich tu w ogóle), króluje tu prosta forma piosenkowa i chwytliwość. Niespodzianek nie ma tu zbyt wiele, jeśli od samego początku podejrzewało się, w jakim kierunku podąży grupa. Teksty dalej są o tym, jakie to społeczeństwo nie jest popsute i w ogóle, ale nie zwraca się na to uwagi. „Everything Now” może posłużyć jako playlista do wieczornego spotkania z przyjaciółmi (tany niewykluczone!) , może rozruszać kręgi szyjne w czasie długiej jazdy samochodem. Co więcej, może być całkiem udanym (dzięki odwołaniom do dyskotekowego stylu i dawniejszych popowych szlagierów) tłem dla nocnych wojaży po oświetlonych ulicznymi lampami plażach, o, chociażby w takim Miami (posłuchajcie „Electric Blue” i zrozumiecie, o co mi chodzi). W każdym z tych przypadków album sprawdzi się naprawdę dobrze, dość szybko jednak może zmęczyć swoją jednolitością i słyszalnym brakiem pomysłów na rozwinięcie partii instrumentalnych (przede wszystkim „Put Your Money On Me”, ze swoim zagęszczonym i monotonnym basem, jest jednym ze słabszych punktów płyty). Spodobać się może dystans, z jakim zespół podchodzi do nowej koncepcji artystycznej i sposób, w jaki ją rozwija – całkiem atrakcyjny nie tylko dla łaknącego czystej rozrywki ducha, ale także i dla czującego rytm ciała... rozczarować może natomiast sama koncepcja. Z drugiej strony, litości. To jest Arcade Fire, które próbuje być ABBĄ nowego tysiąclecia. Czego my tak naprawdę się spodziewaliśmy?

Paweł Ćwikliński (28 sierpnia 2017)

Oceny

Paweł Ćwikliński: 6/10
Michał Weicher: 5/10
Średnia z 2 ocen: 5,5/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: kinletyzc
[28 sierpnia 2017]
4/10 nie jest "masakrą", prędzej kopniakiem kolanem w tyłek

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także