Ocena: 7

Kendrick Lamar

DAMN.

Okładka Kendrick Lamar - DAMN.

[Interscope; 14 kwietnia 2017]

Niezależnie od epoki artystom, którym udało się osiągnąć wielkość, przychodzi zmierzyć się ze słodko-gorzkim obowiązkiem wydania kolejnego albumu po TYM albumie. DAMN. To nie jest łatwe zadanie.

To faktycznie zaskakujące, w jak krótkim czasie z niepozornego młodziana biegającego po ulicach rodzinnego Compton udało się K. Dotowi zostać Michaelem Girą hip-hopu (dzięki progresywności niektórych swoich utworów), Thomem Yorkiem muzyki ulicznej (dzięki talentowi do budzenia w słuchaczu Emocji przez duże „E”) i Rogerem Watersem plemiennej afro-tradycji (dzięki lirycznej wrażliwości) w jednej osobie. Postaci takiej miary przyjdzie, prędzej czy później, oprócz przywołanego przez Piotrka obowiązku wydania kolejnego albumu po TYM albumie, stawić czoła znacznie cięższemu wyzwaniu. Musi sprostać niesamowicie wysokim oczekiwaniom, które rosną wprost proporcjonalnie z każdą wysoką notą w szanowanych magazynach lub serwisach muzycznych (dla przypomnienia - niemal wszystkie albumy Kendricka, oprócz debiutu, otrzymały status Best new music w serwisie Pitchfork). Wydawało się jednak, że w przypadku jednego z najbardziej uznanych raperów stąpających obecnie po ziemi nie będzie to problemem.

Już w momencie wrzucenia do sieci okładki nowej płyty Kendricka Lamara, zarzuty co do niej były odpierane stwierdzeniem, że On już nie musi niczego udowadniać. Tylko czy naprawdę tak jest? Czy jedna 10tka od najbardziej zarobionego music-nerda internetu sprawia, że przy ocenie każdego kolejnego projektu, za punkt wyjściowy powinno się obierać 10tkę? Bez przesady.

Skoro zahaczyłeś o temat recenzji Fantano, to będę szczery, zupełnie nie rozumiem jego wytłumaczenia maksymalnej noty dla „To Pimp A Butterfly”. A dokładnie tego zdania: Takie albumy są wyznacznikiem jakości dla danej epoki. Rzeczywiście, dzieło Lamara z 2015 pozamiatało kompletnie, to coś o wiele większego niż jedynie bardzo dobra, schludnie zaprojektowana płyta. Ale przecież z drugiej strony nie zmieniała ona reguł gry, była raczej świetnym podsumowaniem różnych tendencji. Dlatego, jeżeli ktoś poprosiłby mnie o szczerą opinię w temacie oczekiwań względem nowego albumu Kendricka Lamara, winą za wszystkie rozczarowania obarczyłbym nierozsądne stawianie „To Pimp A Butterfly” na piedestale wybudowanym dla dzieł obiektywnie przełomowych. Dobra, skierujmy się naszymi myślami bardziej ku teraźniejszości i okolicom, a dokładnie do dnia 30 marca 2017, kiedy świat zadrżał w posadach i usłyszał…

„HUMBLE.”. Od jedynego singla należało spodziewać przebojowości, i jak najbardziej spełnia tę rolę, ale sztuczność bitu sporo odbiera dobremu kawałkowi. Zatęskniło mi się za „How Much a Dollar Cost”.

Z tym „HUMBLE.” to trafiłeś w dziesiątkę, pierwszy singiel z nowego albumu i pierwsze obawy, że nastąpi wyraźny spadek jakości względem „To Pimp A Butterfly”, że Lamar zwyczajnie nie da sobie rady z potężnymi ambicjami, sięgającymi co najmniej kosmosu. Naturalność strony instrumentalnej poprzednika gdzieś się zapodziała w tej chwytliwej, lecz przerażająco ubogiej repetytywności krążących w uszach słuchacza nut wygrywanych na pianinie. Przyznaję, i mi zatęskniło się za „How Much A Dollar Cost”, moim zdecydowanym faworycie z „To Pimp...”.

Rozczarowująca, mdła i rozrzedzona jest też kolaboracja z Rihanną. Kendrick brzmi tu jakby sam nie czuł żadnej ekscytacji w związku z tym utworem. To samo można zauważyć w „YAH.” i „LOVE.”. Ton głosu Lamara zahacza wręcz o zblazowanie.

I tu właśnie następuje ten moment, w którym powinienem zacząć bronić tej płyty. Odpuszczę sobie tutaj może te kilka tysięcy znaków tekstu, które mógłbym poświęcić na próbowanie uzasadnienia obecności Rihanny na „DAMN.” i te kilkanaście słów, które mógłbym poświęcić na streszczenie, dlaczego „LOVE.” jest zwyczajnie dobre. Zamiast tego skoncentruję się na fenomenalnym „YAH.”, wg mnie być może najciekawszej rzeczy, którą Kendrick stworzył w całej swojej karierze. Ten kawałek z każdym kolejnym przesłuchaniem coraz bardziej wykracza poza swój komfortowy status bycia fajnymi rapsami do posłuchania, stając się przesłaniem, tematycznym rdzeniem całego „DAMN.”. Jeśli każdy z utworów na tej płycie jest barwą, to „YAH.” jest miejscem, gdzie całe to spektrum zlewa się w jednolitą całość. Taka intymna rozmowa z Bogiem, ale maksymalnie szczera, spisana na wzór krótkiej historyjki o ziemskiej codzienności. Zaś leniwe wypowiadanie fraz przez Kendricka skutkuje jedynie wzmocnieniem atmosfery prywatności i brzmi jak spontaniczny, kierowany w stronę siedzącego obok kamrata barowy monolog, do którego powstania przyczyniła się obecność napoju wyskokowego we krwi.

Czy według Ciebie najważniejsze treści są na tej płycie związane z religią? Na pewno zdecydowanie mniej tu polityczności, która pojawiała się wszędzie tam, gdzie Kung Fu Kenny. To dobrze, że nie uznał jej on za klucz do sukcesu, ale wg mnie na jej miejsce nie pojawiło się inne spoiwo. Rozumiem, że ty widzisz tę sprawę inaczej...

Moim zdaniem to nie jest do końca tak, że najważniejszą częścią składową „DAMN.” są wątki inspirowane wierzeniami religijnymi. W najnowszym dziele Kendricka najbardziej zachwyca to, że zostało ono stworzone wokół mnóstwa tematów dotyczących człowieka: począwszy od dość powierzchownej, lecz naturalnej analizy społeczeństwa, przez kwestie związane z etniczną odrębnością ludności afroamerykańskiej, skończywszy zaś na wspomnianej religijności. Uogólniając: na warsztat wzięte zostało tutaj przede wszystkim człowieczeństwo, wraz ze wszystkimi swoimi pozytywami (bardziej optymistyczne „GOD.”), jak i ciemnymi stronami (bezlitośnie obnażanymi przez Kendricka w „DNA.”, „FEEL.”). Proza pisana przez los? Mogłoby się zdawać, zwłaszcza, że dzięki tekściarskiemu talentowi K.Dota do opowiadania wiarygodnych historii wyszła całość, której wydźwięk tyczy się nie tylko mniejszości etnicznej (wrażenie takie miałem słuchając dość hermetycznego „To Pimp...”), ale także... samego słuchacza. Bo to właśnie bezpośredniość „DAMN.”, jego wielowymiarowość, są powodami licznych i zupełnie różniących się od siebie interpretacji tego albumu. Według Pitchforka Kendrick snuje opowieść o przeznaczeniu (storytelling about Kendrick’s destiny in America), rodzimy Soulbowl doszukał się w fabule albumu wyrazów lęku przed zatraceniem kreatywności. A ja uważam, że jest to poszukiwanie boskości i pierwotności w rozwiniętym technologicznie świecie, któremu brakuje czasu i odwagi na bycie prawdziwie boskim i pierwotnym. Chwila chwila, do tej pory pisałeś o tym, co ci się w „DAMN.” nie podoba i zaczynam się zastanawiać, czy ten album nie jest dla ciebie przypadkiem całkowitym rozczarowaniem. Czy nie znajdujesz jakichś pozytywów?

Nie chciałem powiedzieć, że płyta nie ma silnych momentów. Jumpscare na pograniczu pierwszego i drugiego utworu, jest jak dla mnie jednym z najbardziej zapadających w pamięć zabiegów pozamuzycznych ostatnich lat. Warstwa instrumentalna w „PRIDE.” pozwala odpocząć od wszechobecnego w rapie generycznego trapu. Do doprawionego przez Jamesa Blake’a „ELEMENT.” też nie mam zarzutów. „XXX.”, czyli niespodziewana kolaboracja z U2, ku zaskoczeniu, jest dużo bardziej spójna i ciekawa, niż można się było tego spodziewać po obecności mom-rockowych gigantów. Jest więc nieźle, ale, przy całej mojej sympatii do Kendricka, DAMN. Mogło być lepiej.

Paweł Ćwikliński, Piotr Wojnar (19 czerwca 2017)

Oceny

Paweł Ćwikliński: 8/10
Michał Weicher: 7/10
Piotr Szwed: 7/10
Średnia z 3 ocen: 7,33/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: eyoiscomin
[22 czerwca 2017]
@kurde Lamus nie lamus, można przywołać ocenę. A Fantano akurat jest, czy tego chcemy czy nie, wpływową i rozpoznawalną postacią
Gość: kurde
[21 czerwca 2017]
Fantano to lamus, nie wiem dlaczego sie powolujecie.
A plyta faktycznie - jest spoko ale o level nizej od TPAB i o dwa od GKMC.

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także