Ocena: 8

Jlin

Black Origami

Okładka Jlin - Black Origami

[Planet Mu; 19 maja 2017]

Po tragicznej śmierci DJ’a Rashada trzy lata temu, jego dzieło kontynuuje dwoje cudownych dzieci footworku: DJ Earl i Jlin. Mimo wspólnoty pochodzenia, trudno jest w ich stylu znaleźć wiele oznak pokrewieństwa. Można bowiem między nimi dostrzec znaczące różnice w podejściu do dziedzictwa brzmienia z południa Chicago. Earl jest najbardziej otwartym na eksperymenty z teklife’owych sierot po Rashadzie, ale jednocześnie jest też bezpośrednim spadkobiercą zmarłego producenta, który reprezentuje jego styl i pamięć o nim. Z kolei nastawienie Jlin do footworkowej materii jest zgoła inne. Owszem, pamięć o korzeniach jest dla niej równie istotna, jednak footwork wydaje się stanowić dla niej tylko muzyczną bazę dla późniejszych eksperymentów w zakresie rytmu. U pochodzącej ze stanu Indiana producentki nie uświadczymy chropowatości ulicznej produkcji, odwołań do palenia gibonów czy pozdrowień dla ziomeczków z ekipy. Gdyby się uprzeć, to można by nawet nazwać jej poszukiwania akademickimi, co uczyniło z Jlin pupilka internetowych krytyków.

„Black Origami”, stosownie do tytułu, to skomplikowana układanka sampli, efektów i bębnów. Już jej debiutancki album „Dark Energy” bardziej nadawał się do odsłuchu na domowym niż klubowym soundsystemie. Na drugiej płycie Jlin idzie o krok dalej, mniej jest przykuwających ucho sampli wokalnych i drapieżnych bębnów, dominują natomiast misternie skomponowane patterny perkusyjne. Całość dryfuje coraz dalej od repetycyjności footworku w kierunku IDM’u czy nieregularnego, industrialnego drum&bassu. Stąd też „Black Origami” dużo lepiej wpasowuje się w filozofię labelu Planet Mu niż albumy jej starszych kolegów, jak np. Traxmana czy ojca chrzestnego footworku RP Boo. Jlin eksploruje możliwości łączenia maszyn perkusyjnych z plemiennymi bębnami i wokalami (np. w „Enigma” czy „Nyakinyua Rise”) czy orkiestrami marszowymi (świetne „Challenge”). Rytmiczny uniwersalizm, który jest efektem tych poszukiwań, to największa zaleta „Black Origami”. Oprócz tego uwagę na płycie zwraca utwór „Holy Child”, nagrany we współpracy z Williamem Basińskim, pokazujący jak wielkie możliwości tkwią w samplowaniu partii wokalnych z muzyki operowej czy chóralnej do footworku.

Artystyczny formalizm może nużyć po pewnym czasie, ale z każdym kolejnym odsłuchem da się wyłapać coraz więcej starannie wykończonych detali i szczegółów. Poza tym, nie zapominajmy, że ciągle mamy do czynienia z muzyką taneczną. Tańczenie do dziwnej dyskoteki „Black Origami” jest równie wskazane, co pełen skupienia odsłuch etnomuzykologa.

Krzysztof Krześnicki (6 czerwca 2017)

Oceny

Michał Weicher: 8/10
Średnia z 1 oceny: 8/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: takisam
[6 czerwca 2017]
Zgadzam się z tekstem, u mnie oczko wyżej:
https://www.facebook.com/MuzykaAlternatywna/posts/1314509155253495

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także