Ocena: 7

Litku Klemetti

Juna Kainuuseen

Okładka Litku Klemetti - Juna Kainuuseen

[Luova Records; 13 stycznia 2017]

Jejmość Sanna Klemetti, która stoi za całym zamieszaniem związanym z „Juna Kainuuseen”, zrobiła krok niesłychanie ryzykowny. Można przytaczać tu oczywiste zarzuty, że sama artystka jest trzeciorzędną kopią Ariela Pinka, że widać i słychać to także w jej wcześniejszym projekcie, zespole Litku Klemetti & Tuntematon numero, ale tak oczywiste banały wyrzućmy już na samym wstępie do kosza. Zamiast z zestawu cech charakterystycznych dla zwariowanej twórczości Marcusa Rosenberga, w Litku Klemetti jest więcej z, chociażby, islandzkiego Múm. Bo w czasach, gdy każdy chce wyznawać, rozdrapywać stare rany, wyciągać coś na światło dzienne – ona zamyka się w swojej miniaturowej fińskiej szklanej bańce, w której sama dla siebie jest pozytywką. Ta intymność jest jednak zabawnie paradoksalna, bo jej najnowsze dzieło, choć w teorii bardzo osobiste, jest w istocie cicho wykrzyczanym manifestem. Manifestem jej własnej rzeczywistości, pełnej sentymentalnej aury, której miniaturowe rozmiary tylko nadają tymże realiom oryginalnego wdzięku.

Jeśli jeszcze nie przystąpiliście do tegorocznego wydawnictwa Litku, musicie się uodpornić na fakt, że muzyka na „Juna Kainuuseen” nie do końca jest muzyką lekką, łatwą i przyjemną, choć pozory każą się w tej kwestii mylić. Owszem, słucha się tego z niewymuszoną radością, bo pod względem aranżacji to album śliczny i miejscami wręcz nieprzyzwoicie uroczy. Ma się rozumieć, nie w srodze przegiętym, lukrowo-popowym wydaniu. Stylistyka, w której Sanna się odnalazła, jest zakorzeniona w retro rock and rollowym czadzie rodem z niszowych muzycznych festiwali z lat siedemdziesiątych, więc ilość piekielnie chwytliwych melodii doprawionych wintydżowym gitarowym pogłosem zaspokoi wasze najbardziej fundamentalne muzyczne instynkty. Ciężkość tej muzyki leży raczej w tym, że doskonale rozumiemy to, co artystka miała nam do przekazania i to niezależnie od naszej wiedzy na temat fińskiej mowy. Przecież „Juna...” to nic innego, jak napisana międzynarodowym językiem uczuć historia uświadamiania sobie o własnego położenia, wskazywania sobie palcem własnego miejsca na świecie. Nie przez przypadek porównałem na wstępie Litku do Múm, a recenzowany album do szklanej bańki z pozytywką – świetne „Finally We Are No One” było przecież analogicznie zbudowaną, kunsztownie ozdobioną łagodnym brzmieniem miniaturką.

Opowieść snutą przez Finkę porównać można jeszcze (dla przykładu, bo te można by mnożyć) do jedenastu fotografii z rodzinnego albumu, które zaczynają nabierać różnych barw w zależności od kąta patrzenia. Od dziewięciosekundowego „Note to world” do odrobinę zbyt łzawego utworu tytułowego formowana jest oś czasu, na której możemy umieszczać kolejne punkty z życia, zagrane przez Litku z uderzającą szczerością i prawdą. To zdumiewająco wzruszające, jak plastyczna i podatna na nasze własne wyobrażenia jest ta wizja. Czy słuchając „Murahaiseet juhlii” (z fińskiego: „Mrówcze święto”) nie wyczuwa się po jakimś czasie (a konkretniej – 1:44) jakiegoś załamania, subtelnej zmiany? Nie z rodzaju depresyjnych niżów, które atakują znienacka, lecz nagłego zwrotu na gruncie mentalności, który zachodzi niespodziewanie i w życiu każdego człowieka? I ciągnie się to dalej, aż do końca tego półgodzinnego krążka. To po prostu kolejna fotografia nabiera innej barwy, stanowiąc o swojej tajemniczej dwuznaczności. A z racji na to, że to album pochodzący z Finlandii, otrzymany obraz zapewne będzie rozmyty, poetycki, wykręcony i na swój sposób niedosłowny.

„Juna Kainuuseen” to niestety miłość - jeśli tak mogę mój stosunek do tego albumu streścić - niełatwa. Choć daleko mi do obojętności na zalety tej płyty, to z przykrością zdaję sobie sprawę z pewnej nieudolności, która trochę zaburza piękny koncept. Po kilkunastu przesłuchaniach pojedynczych utworów (choćby miłego, ale głupiutkiego „Nuori mude” i tego biednego utworu tytułowego, którego tandetność wciśnięta nam na sam koniec przytłacza) zaczyna się wkradać znużenie ich łopatologiczną konstrukcją. Zagranie kilku akordów na krzyż i zaintonowanie czegoś ładnym głosem to nie jest w żadnym wypadku przecież sztuka wysokich lotów. Pozostaje także kwestia języka, którego meandry pozostają niezbadane przez większość populacji naszego kraju, w tym samego recenzującego. Niewiedza na temat treści tekstów wydaje się być - poza nazbyt wyeksponowaną prostotą i brakiem pomysłów w niektórych utworach - kolejną rzeczą, przez którą wystawienie wyższej oceny jest niemożliwe (sprawnie posługując się google translatorem, dacie radę dotrzeć do sensu tylko dwóch piosenek). Jeśli jednak odpowiednio mocno się postaracie i przymknięcie oko na miejscowe zgrzyty, uda wam się dojrzeć rzecz dotykającą naprawdę fascynujących obszarów w sposób urokliwy, ale i niepozbawiony refleksyjnego podtekstu. Trzecim okiem obserwować będziecie rozwój nowego Múm, odwiedzicie festiwal muzyczny z lat siedemdzisiątych, przeglądniecie rodzinny album z wielobarwnymi fotografiami, posłuchacie pozytywki świata Sanny Klemetti i poznacie moc, jaką jest jej manifest zwany „Juna Kainuuseen”. Lub po prostu, niezależnie od abstrakcyjności waszych wyobrażeń, posłuchacie naprawdę dobrej muzyki. Bo chyba o to w tym wszystkim też chodzi, no nie?

Paweł Ćwikliński (23 marca 2017)

Oceny

Paweł Ćwikliński: 8/10
Piotr Szwed: 7/10
Michał Weicher: 6/10
Średnia z 3 ocen: 7/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: Nowak
[24 marca 2017]
O fajnie, że jest recenzja - wiadomo, że płyta nie jest doskonała, ale taka którą się po prostu lubi i wraca do niej.
Gość: m
[24 marca 2017]
No niestety poza highlightami płyta raczej zamula, co w sumie jest sztuką skoro jest krótsza niż "Reign in Blood". Mimo to te lepsze wałki (z "Jaakuningatar" na czele) raczej trochę u mnie na rotacji będą, ale to pewnie dlatego, że zawsze uważałem fiński za najlepszy język.
PS. o ile Mum raczej średnio lubię, to "Finally We Are No One" jest imo zajebiaszczym tytułem.

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także