Ocena: 7

Paradis

Recto verso

Okładka Paradis - Recto verso

[Barclay; 23 września 2016]

Co by było, gdyby tradycyjną francuską piosenkę wymieszać z deep housem oraz synthpopem spod znaku Pet Shop Boys i Junior Boys, a wszystko to nasycić jeszcze wakacyjną nadmorską wrażliwością w duchu Air France czy Snakadaktal? „Recto verso”, czyli debiutancki longplay Paradis jest naprawdę ciekawą próbą odpowiedzi na to pytanie. Paryżanie wyraźnie sygnalizowali, że warto mieć ich na oku zarówno swoimi dotychczasowymi singlami (przypomnijmy choćby „Hemisphere”), jak i zeszłoroczną EP-ką „Couleurs Primaires”, jednak ku mojej uciesze to właśnie na długograju w pełni rozwinęli skrzydła, serwując album ciepły, taneczny, ale i niezwykle sentymentalny.

Już otwierające krążek „Instantané” stanowi bardzo reprezentatywną próbkę wrażliwości duetu – stopniowe, ostentacyjne dokładanie kolejnych kojących partii, trwające aż do momentu, gdy harmonijnie zagospodarowują one całe tło, przygotowując miejsce dla rozmarzonego wokalu, to sztuczka, którą Simon Mény i Pierre Rousseau stosują na przestrzeni tracklisty wiele razy. Dla lepszego wychwycenia tego procesu wystarczy zresztą po prostu wsłuchać się w „Miroir (deux)”, które, choć początkowo przypomina raczej jakiś klubowy, niezbyt kreatywny numer przeznaczony do wpuszczenia jednym uchem i wypuszczenia drugim, wraz z wejściem wokalu nagle rozkwita, intrygując tym, jak przekonująco przy pomocy transowej struktury wyartykułowano w nim melancholię i tęsknotę. Podobnie działa też „De semaine en semaine”.

Wracając do wspomnianych na wstępie Pet Shop Boys, „Chacun pour soi” sprawia wrażenie, jakby poddani intensywnemu kursowi języka Moliera Neil Tennant i Chris Lowe podjęli współpracę z Burialem, znajdując wzajemny złoty środek pomiędzy swoimi nie do końca kompatybilnymi stylami. Warto zawiesić też ucho na przyozdobionym wakacyjnym klipem tytułowym „Recto verso”, „Toi et moi” czy nabierającym rumieńców po upływie dwóch minut, przebojowym „Garde le pour toi”.

W przypadku wystąpienia listopadowego dołka oraz wewnętrznego deficytu równie subtelnych, wlewających w serce nieco ciepła i nostalgii nagrań, zaraz po nacieszeniu się płytą Paradis zachęcam do sięgnięcia po dorobek vaporwave'owego giganta, jeśli chodzi o obszerność dyskografii, czyli waterfront dining. W kontekście kapitalnej retro-zabawy ejtisowymi samplami szczególnie warto odpalić „Dazzle”, „Spells” i „New Horizon”, albumy na których znajdują się między innymi tak działające na wyobraźnię (nieco w duchu motywu przewodniego ze „Stranger Things”) utwory jak „Miami Wicked”, będące autorską wersją słynnego „Falling In Love (Uh-Oh)" Glorii Estefan, czy „Colour Magic”. Wraz z „Recto verso” powinny pomóc skutecznie i spokojnie przezimować.

Wojciech Michalski (22 listopada 2016)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także