Ocena: 7

Die Flöte

Pizza

Okładka Die Flöte - Pizza

[Stajnia Sobieski; 31 października 2014]

Czym (i o czym) tak naprawdę jest „Pizza”[…]? Dla mnie jest soundtrackiem trudnego okresu przejścia pomiędzy okresem młodzieńczym a dorosłością. Jest o pierwszym samochodzie i o pierwszej pracy, jest o niekończących się imprezach, na które w końcu musi przyjść kres, jest o niespełnionej miłości, jest o spełnionej miłości, jest o problemach związanych z przystosowywaniem się do nowej roli społecznej, jest o (bez)sensie życia, jest o „kondycji naszej cywilizacji”, jest o odpowiedzialności, jest o tym, z czym musi zmagać się świeżo upieczony młody-dorosły człowiek. To naprawdę poważne sprawy. To po prostu życie – tak o debiutanckim albumie krakowskiej grupy Die Flöte mówi jej gitarzysta/basista, Maciek Pitala, i trudno się z jego interpretacją nie zgodzić. Cała prowadzona przez zespół i ekipę przyjaciół kampania towarzysząca premierze płyty to w gruncie rzeczy promocja szeroko pomyślanego Projektu „Pizza”. W samym centrum leży tu oczywiście muzyka, jednak niemniej istotna jest cała jej otoczka: teksty, oprawa graficzna, domówkowy teledysk, operowanie symboliką (pizza jako najbardziej slackerski rodzaj pożywienia)… Wszystko to w jakiś sposób ewokuje charakterystyczny czar szczenięcych lat.

„Pizza” – prawie jak „Boyhood” Linklatera (swoją drogą reżysera początkowo jawnie slackerskiego) – prezentuje przekrój historii związanych z tym sentymentalnym czasem: od dziecięcych zabaw przez serię licealnych swawoli aż po narastającą świadomość nieuniknionej dorosłości i próbę szukania w niej choćby namiastek młodzieńczej beztroski. Z perspektywy czasu niezwykle płynne okazuje się przejście od wspinaczek na drzewa i „bicia hitlerowców” do wakacji pełnych codziennego piwkowania na łonie natury. Wszystko to pokazuje, jak niewiele dzieli atmosferę dzieciństwa od przeżyć młodzieżowych. Brak pracy czy też – z racji wieku – brak konieczności pracy, zakładanie kolejnych zespołów i łojenie smarkatego rocka w garażu. I tak aż do nadejścia odkładanego w nieskończoność przymusu wzięcia odpowiedzialności za własne życie, gdy małych radości dostarczają już tylko sytuacje usprawiedliwiające dawną niepowagę i pozwalające na chwilową ucieczkę od dyktatu rozsądku. Oto więc bohater piosenki „Proper Guy” miast się smucić, paradoksalnie cieszy się z awarii swojego samochodu, bo auto w warsztacie oznacza możliwość wypicia z kumplami, bez zobowiązań. W „To the River” ostrzega zaś partnerkę, że tak naprawdę nigdy nie przestanie jarać się planszówkami i za wszelką cenę – czy jej się to podoba, czy nie – będzie podtrzymywał przy życiu swoją weekendową kapelę.

Oczywiście idealnym środkiem przekazu tych wrażeń staje się zamieszczona na „Pizzy” licealna muzyka rodem z wideoklipów recenzowanych przez Beavisa i Buttheada w głębokich latach dziewięćdziesiątych. Hołdy to ewidentne i na swój sposób urocze, szczególnie ze względu na pieczołowitość, z jaką odtworzone zostały brzmienia, które zainspirowały Die Flöte (wymieńmy kilka, wyłącznie dla formalności: Pavement, Built To Spill, Weezer, Hüsker Dü, The Sea and Cake, The New Pornographers, gdzieś tam trochę Stereolab). Na szczęście nie skończyło się na odtwórstwie, w czym zresztą tkwi największy paradoks związany z tym albumem: inspiracje i tematy totalnie slackerskie ugryzione są na nim w sposób jak najdalszy od olewczości. Obcując z Die Flöte, bez trudu można wyłowić wybijające się gdzieniegdzie elementy doktryny szkoły uważnego songwritingu, ku mej uciesze coraz tłumniej uprawianego na polskiej niezal-scence. Najbardziej namacalnym przykładem takiego podejścia byłby pewnie utwór „Civilization Studies” brzmiący niczym (dobry) odrzut z zeszłorocznej EP-ki Armando Suzette, „Calendar”. Zastosowane tam nieoczywiste triki rodem z kompozytorskiego podręcznika wczesnego Paddy’ego McAloona to już znak rozpoznawczy warsztatu Mateusza Tondery (nota bene Tondera jest członkiem zarówno Die Flöte, jak i Armando Suzette).

Nijak do sygnalizowanego na „Pizzy” etosu olewczości ma się także perfekcja wykonawcza grupy. Duże brawa należą się Aleksandrowi Margasińskiemu, czołowej postaci Stajni Sobieski, ochoczo wspierającemu zgromadzone w wytwórni zespoły pracą przy konsolecie. Die Flöte to formacja złożona z dwóch gitarzystów, dwóch (śpiewających) klawiszowców i sekcji rytmicznej, w dodatku prawie cały czas grających jednocześnie. Przy całej tej methenowskiej niechęci do ciszy, chłopakom udaje się jednak brzmieć nadzwyczaj klarownie, w czym nie lada zasługa starannej produkcji właśnie. Niemniej w paru miejscach nie przeszkodziło im to w nawiązaniu do DIY-owych korzeni amerykańskiego indie rocka – bez wątpienia naczelnego punktu odniesienia Projektu „Pizza” (patrz: dwa lo-fi „skity” czy świetne, przybrudzone „Lovelight”).

Album Die Flöte to technicznie dopracowana podróż sentymentalna do lat naszej młodości, o czym wspomina Maciek w zacytowanej notce. Mnie „Pizza” cieszy „na pierwszy rzut ucha” mnogością mniej lub bardziej jednoznacznych nawiązań do szlachetnych ninetiesowych wzorców. Z kolei przynajmniej dla garstki dzisiejszych nastolatków krążek może stać się tym, czym twórczość The Car Is On Fire była dla mojego pokolenia – współczesnym odpowiednikiem klasyków muzycznego slackerstwa sprzed lat.

Jędrzej Szymanowski (12 listopada 2014)

Oceny

Jędrzej Szymanowski: 7/10
Paweł Sajewicz: 7/10
Wojciech Michalski: 7/10
Średnia z 3 ocen: 7/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: brt
[18 stycznia 2015]
a co to jest 'slackerstwo' ?
Gość: jjsz nzlg
[12 listopada 2014]
oczywiście! to tak wszechstronnie utalentowane chłopaki, że trudno się połapać. poprawione, dzięki!
Gość: twigs
[12 listopada 2014]
To przecież perkusista Bezczeszczę Bęben!
Gość: quid
[12 listopada 2014]
Czy aby na pewno Maciej Pitala jest perkusistą Die Flöte?

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także