Ocena: 8

Current 93

I Am The Last Of All The Field That Fell: A Channel

Okładka Current 93 - I Am The Last Of All The Field That Fell: A Channel

[The Spheres; 4 marca 2014]

Gdyby zebrać grupę fanów Davida Tibeta i spytać o trzy ulubione albumy z jego dyskografii, do wyselekcjonowanej puli trafiłoby prawdopodobnie kilkanaście tytułów, i to bez żadnej gwarancji na monopol, a może i samą obecność tych najbardziej znanych, jak „Thunder Perfect Mind” czy „All The Pretty Little Horses”. Spuścizna Brytyjczyka to istna studnia bez dna, o czym przypominam, gdyż w nowym materiale widzę wreszcie realnego kandydata na dołączenie zarówno do wspomnianej elitarnej zbiorówki, jak i, co pewnie cieszy Tibeta szczególnie, do mojej prywatnej czołówki jego dotychczasowych nagrań.

Ogromna w tym zasługa muzyków, jakich zdecydował się do współpracy nad „I Am The Last…” zaprosić: mamy tu m.in. Johna Zorna, czyli człowieka, który na najwyższym poziomie gra wszystko i wszędzie (od soundtracków do kreskówek, przez występy w filharmonii, po jazzowe i noise’owe odloty), mamy jedną z największych we współczesnej muzyce – i wokalnie, i songwritersko – osobowości w postaci Nicka Cave’a (kto nie uświadczył jego koncertu na zeszłorocznym Open’erze, ten naprawdę dużo stracił). Mamy też wreszcie Antony’ego Hegarty’ego, choć akurat jego wkład w „Mourned Winter Then” niespecjalnie mnie tu przekonuje. A to tylko pierwszy garnitur. Co ważne, gdy przyjrzeć się samym kompozycjom, ta stylistyczna różnorodność jest odczuwalna: krążek to przepyszny mix, jak na Tibeta całkiem przystępny, skrojony wręcz optymalnie dla egocentryków, sympatyków samotnych wędrówek w ciemnościach czy, a co mi tam, eksploratorów zrujnowanych poniemieckich cmentarzy.

Rolę instrumentu-narratora wydaje się tu pełnić niepokojąco pobrzmiewający fortepian, jednoznacznie przywodzący na myśl kompozycje Bohren & Der Club of Gore. Spontaniczne skojarzenie szybko, bo już w drugim utworze („Those Flowers Grew”), burzą jednak rozszalałe saksofonowe improwizacje Zorna, które na tle poetyckich melodeklamacji Tibeta prezentują się nad wyraz okazale. Prawdziwy diabeł wychodzi jednak z Amerykanina dopiero w „Spring Sand Dreamt Larks” (od 2:47), gdzie da się momentami poczuć, że to ten sam facet, który maczał palce w totalnie dionizyjskim „Possession” God czy legendarnym już „Bonehead” – znaku rozpoznawczym „Funny Games” Hanekego. Niepokój, tyle że bardziej podskórny, charakteryzuje też „Kings And Things”, gdzie Tibet nie przebija się już przez instrumentalne zakłócenia, ale pozwala dojść do głosu wycofanym, szarpanym wręcz partiom Bobbie Watson, znanej z doskonałej grupy Comus. Ich nieproporcjonalny pod każdym względem wokalny dialog to z pewnością jeden z highlightów całego krążka.

Od wspomnianych Bohrenów „I Am The Last…” odróżnia też obecność perkusji i gitar, a i samo brzmienie fortepianu nie jest tu tak jednostajne, jak u Niemców. Przykładem choćby „I Remember The Berlin Boys”, zaskakujące wesołkowatą, kabaretową dynamiką, by momentami (1:22) skręcać wręcz w stronę klawiszowych partit Bacha (sic!). Na trackliście znajdziemy również intrygujące „Why Did The Fox Bark”, czyli artystyczną alternatywę dla znudzonych najczęściej odtwarzanym filmikiem na youtube w roku 2013, choć motyw szczekającego lisa Tibet eksploatował już przecież w niegdysiejszym „Not Because The Fox Barks”. Niemniej, już sam tytuł oddziałuje na wyobraźnię dość podobnie, jak celny dowcip ulubionego wykładowcy po godzinie wyczerpujących, choć satysfakcjonujących zajęć. Warto wreszcie wspomnieć o wywołanym na wstępie Nicku Cave’ie, którego wkład ogranicza się do ujmującego closera, sytuującego się stylistycznie gdzieś pomiędzy zeszłorocznym „Push The Sky Away” i charakterystycznym dla twórczości Current 93 mistycyzmem.

Ostatnich dokonań Tibeta, z którymi miałem styczność (psychodeliczne „Aleph At Hallucinatory Mountain” i zaszumione, dark ambientowe „Haunted Waves, Moving Graves”) słuchało się z autentyczną frajdą, ale mimo wdzierającej się okazjonalnie monotonii to „I Am The Last…” zdecydowanie zasłużyło na miano jego najlepszego długograju od dobrych ośmiu lat. Byłbym więc bardzo zadowolony, gdyby wytyczoną tu ścieżką Brytyjczyk podążał dalej, a do współpracy przy kolejnym krążku zwerbował np. Michaela Girę, Matsa Gustafssona, Masamiego Akitę czy Matanę Roberts. A najlepiej cała czwórkę naraz.

Wojciech Michalski (14 marca 2014)

Oceny

Michał Pudło: 6/10
Średnia z 1 oceny: 6/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: iop
[13 lipca 2016]
Wszystko od Tibeta - cudowne. Cud zazwyczaj jest nie do pojęcia. Niezrozumiały, bo piękny. Trudno wierzyć w piękno.
Gość: moonwalker
[26 maja 2015]
Całkowicie nietrafiona recenzja, na kilkanaście płyt Tibeta, jakie słyszałem, ta jest niestety najsłabsza. Prawda jest taka, że ten album to nużące melorecytacje na fortepianowym tle pozbawione niemal całkowicie intrygujących momentów. 4/10, ale tylko ze względu na sentyment do płyt poprzednich.
Gość: lis
[14 marca 2014]
Amerykanin odnosi się do Zorna, Brytyjczyk do Tibeta
Gość: gnr
[14 marca 2014]
to amerykanina czy brytyjczyka?

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także