Ocena: 7

Tim Hecker

Virgins

Okładka Tim Hecker - Virgins

[Kranky; 14 października 2013]

W świetnym artykule z ostatniego SPIN, Tim Hecker wspomina „najbardziej absurdalny” moment swojej kariery, którym było supportowanie Sigur Rós w nowojorskim Madison Square Garden. „I started doing this abstract noise in my bedroom – and I finished in the biggest venue in the game”. Jeśli to nie wrodzona skromność, to dziwi mnie, że Hecker nie rozumie swojej popularności. Od czasów pierwszego wydawnictwa pod własnym nazwiskiem (a nawet w czasach Jetone), Kanadyjczyk wkradał się zarówno w gusta wyrafinowanych krytyków elektroniki oraz fanów Warpa, jak i smutnych dzieciaków zafascynowanych Islandią, zachodami słońca i katalogiem Kranky. Nie jest to bowiem jedynie „abstrakcyjny hałas”, jak chciałbym sam zainteresowany, ale operowanie nim wespół z melancholią obecną w harmoniach, melodiach i wyjących, lodowatych soundscape'ach. Istotna jest także głośność materiału – zapewne ktoś już zauważył, że shoegaze nie wziął się znikąd i związek hałasu z pięknem dla wielu odbiorców jest uwarunkowany psychologicznie (by nie powiedzieć, że artyści, ustawiając wzmacniacze na jedenastkę, stosują emocjonalny szantaż). Dla innych z kolei przede wszystkim liczy się mnogość źródeł dźwięku i jego charakterystyczne modulacje.

Wygląda na to, że „Virgins” to kolejny artystyczny sukces: komentarze wahają się od „znowu to zrobił” do „kolejnej płyty Tima Heckera” (żaden to zarzut, jak na moje reguły). Faktycznie, jego produkcję czuć po pierwszych dźwiękach. I na „Virgins” nie brakuje charakterystycznego, płynącego w powietrzu pulsu, granulatora i podniosłych melodii. Jednak Timothy zawsze próbuje się rozwijać, rozbudowuje brzmienie, zmienia akcenty i pomysły. O ile „Imaginary Country” miało cieplejszą barwę, a „Ravedeath” skupiało się na osiągnięciu ogromnej przestrzenności, „Virgins” charakteryzuje się złożonością i szczegółowością zahaczającą o manię. Jest to głównie zasługa większej niż dotychczas ilości żywych dźwięków. Na „Ravedeath” słyszeliśmy co prawda fortepian i organy kościelne, ale były one wycofane, jakbyśmy słuchali odległego koncertu. Teraz ich rola bywa pierwszoplanowa przed elektroniką. Zamiast samoistnych wyziewów słyszymy *kompozycje* – są trochę bardziej wyraziste, czuć w nich linearność, mniej zaś aury oderwania od rzeczywistości. Instrumentacja albumu sprawia, że wydaje się on bardziej ludzki niż jego poprzednicy. Jest to jednak trop prowadzący donikąd, co potwierdza oprawa graficzna – okładka i tytuł „Incense At Abu Ghirab” sugerują tematy okrucieństwa, a może nawet niewinności (w końcu „Virgins”), ale nie są poparte żadnym konkretnym stwierdzeniem, jedynie muzyką, której nie da się przypisać oczywistego znaczenia. Z pewnością jednak w ruch idą takie epitety jak „przytłaczające" („Live Room") i „rzewne” („Amps, Drugs, Harmonium”).

Każdy kolejny album Heckera to wariacja na pewien nie do końca określony temat. W każdym razie, choć przypuszczalnie osobista, ta muzyka nie wydaje się być przygnębiającą sama w sobie, ale opowiada o pustce, chłodzie, tornadach śniegowych wysokich na kilka kilometrów i pustych drogach – to, czy te wizje są ponure, słuchacz musi dopowiedzieć sobie sam.

Miłosz Cirocki (6 listopada 2013)

Oceny

Michał Weicher: 8/10
Michał Pudło: 7/10
Sebastian Niemczyk: 7/10
Wojciech Michalski: 7/10
Średnia z 4 ocen: 7,25/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: miłosz c
[7 listopada 2013]
@27:
no patrz, ja mam na odwrót, bo właśnie "virgins" wydaje mi się być najbardziej przemyślaną, poukładaną płytą heckera, podczas gdy "ravedeath" pamiętam jako rzecz niemalże ulotną. wciąż bardzo dobrą, to właśnie nowy album mi bardziej podchodzi.
@Lajf: o ile dobrze pamiętam, to nagrania lajw były materiałem wyjściowym, przerabianym potem przez hekera godzinami we własnym studiu.
Gość: Lajf is lajv
[7 listopada 2013]
Gdzieś czytałem, że ten materiał to zapis live ambient setu. To prawda Panie i Panowie?
Gość: 27
[7 listopada 2013]
ja mam z Tą płytą problem taki, że sprawia wrażenie chaotycznej i przypadkowej, jeśli porównam ją chociażby z Ravedeath, która to z kolei wydaje mi się przemyślana w najdrobniejszym szczególe i pozostaje w pamięci. Tutaj raczej miałem poczucie, że Hecker igra z przyzwyczajeniami swoich słuchaczy i właśnie ma być nieprzyjemnie i chropawo. Niestety do takiego efektu, moim zdaniem, doszedł zbyt prostymi ścieżkami.
Gość: kni
[6 listopada 2013]
fajna recka

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także