Ocena: 7

Suede

Bloodsports

Okładka Suede - Bloodsports

[Suede Ltd; 18 marca 2013]

Introducing The Band

Ostatni album Suede, „A New Morning”, ukazał się w wrześniu 2002 r. Kilka miesięcy wcześniej inny brytyjski zespół wydał album zatytułowany „Bloodsport”. Na czasie byłoby się zaśmiać: przypadek? Trudno mi jednak przerwać ten naciągany krąg skojarzeń, kiedy przypominam sobie, że centralnym wersem owego albumu Sneaker Pimps był komunał „love is just a bloodsport”. Nic trafniej nie oddaje mojego stosunku do bohaterów tej przeglądowej recenzji, którzy mimo krótkiej drogi od uwielbienia do rozmienienia się na drobne, nie przestali igrać z moimi uczuciami. Sentyment pewnie i teraz kilka razy weźmie górę, więc nie wykluczam, że ocena powyżej padła jego ofiarą. Muzyczne miłostki to krwawe sporty, miłość to sabotaż, etc.

Poważniejsza rozmowa o Suede w 2013 roku przysparza nieco problemów, bo to twór względnie trudny do bronienia i niekoniecznie dziwi dziś reagowanie pobłażliwym grymasem. W końcu zainteresowani ścigali się sami ze sobą w produkowaniu umownych - jak przystało na wszystkie odcienie glamu - apoteoz życia młodych, pięknych, wyswobodzonych seksualnie, wyrastając tym samym na idola młodzieży (nie tylko ówczesnej, a wiem co mówię) oraz jednego z tysięcy zbawicieli lansowanych przez samozwańczych proroków z New Musical Express. Żaden antybritpopowy butthurt w tej sytuacji nie powinien się jednak włączać, bo nie da się być głuchym na zaskarbiające hymny w postaci „The Drowners”, „New Generation”, „So Young”, „We Are The Pigs”, „The Wild Ones” czy „Trash”, żeby wspomnieć zaledwie kilka tytułów pozostających w tym samym kręgu wyznań, deklaracji, manifestów. Rozrywka rozrywką, ale jak gryźć ten fenomen – czy było to godne swoich czasów przeżycie pokoleniowe, obnażające permanentną słabość (szczególnie Brytyjczyków) do pewnych uniwersalnych mitów muzycznych i nadal niewyczerpanej mocy tradycyjnej plecionki ballad z rockerką? A może to tylko taka foremka z blichtru, w której pomieściły się cwane numery grubo przereklamowanego zespołu? Mało to pewnie istotne, bo z tonu tak czy owak spuścić się nie da – Suede pisali takie piosenki, że sława pchała się do nich drzwiami i oknami.

The Big Time

Ani kreacja, ani reakcja nie były jednak na wyrost – już przed debiutem wywołali istną gorączkę, z miejsca stając się zjawiskiem, do którego można by dopisać przyrostek „-mania”. Ochronne ramię dla wszystkich wyklętych przez socjetę romantyków to połowa ich sukcesu, drugą jest odświeżenie formuły rocka, jakkolwiek brzmi to jak mrzonka. Ordynarnie proste solo w jednej pozycji skali pentatonicznej w „Metal Mickey” czy intuicyjna partia z „Animal Nitrate” mają w sobie jednak ten młodzieńczy seksapil, który zawsze będzie się głośno śmiał z jałowych onanistów pokroju Steve'a Vai'a. Bernard Butler to jeden z ostatnich nonszalanckich brytyjskich młodziaków, którzy pokazali dziadom gdzie ich miejsce, po cichu i subtelnie modernizując klasyczność do postaci luzackiego, ale i reprezentatywnego stylu. Słabi-dobrzy gitarzyści to jednak temat na osobną historię i godniejsze polecenia będzie w tej chwili szybkie przypomnienie przedstawiciela takowych magików.

Recepta Suede była więc bardzo prosta. W utworach kipiących energią brylował Butler, w balladach – Anderson, ukryty w melancholijnych tekstach, z głosem diwy o głębi i barwie pozostających bez precedensu w historii muzyki rozrywkowej. Duet dopełniał się doskonale, jak gdyby niewyszczekany jeszcze Bowie miał swojego urwisowatego Elvisa Costello (okropne porównanie, ale Morrissey/Marr to już nudna kalka), po brzegi wypełniając perłami dwa albumy – energetyczne, aroganckie „Suede” i dojrzalsze, wyrafinowane, introwertyczne „Dog Man Star”. Suede w zaledwie rok zdążyło przejść od debiutanckiej eksplozji do wycofanego, choć pełnego patosu i bogato zaaranżowanego albumu (orkiestra, sample, wszechobecne efekty), który reprezentowały takie majstersztyki jak eksperymentalne „Daddy's Speeding”, wyciskające łzy „2 Of Us” czy epickie „Asphalt World”. Ale to właśnie na wysokości „Dog Man Star” wizja Butlera wymija się z koncepcją Andersona, tworząc bardzo kwaśną atmosferę wewnątrz grupy (z nagrywaniem w ukryciu przed Butlerem na czele) i doprowadzając do wyrzucenia/odejścia tego pierwszego. W rozpędzonych latach 90. historia muzycznego tandemu zamknęła się więc w zaskakującym skrócie – na głośne zamanifestowanie istnienia kubeł wody wylewa obwieszczenie rozstania, raczej tylko przypadkiem doskonale korelującego tu z zawartością muzyczną. Tak jakby historia nagrywania w bólach ciągnęła się latami, ale wycięto jej tę środkową, umiarkowaną część, pozostawiając nas z jej początkiem i końcem - białym „Suede” i czarnym „Dog Man Star”.

Formuła zresztą miała się już niebawem wyczerpać, czemu na dobrą sprawę zaprzeczyło już tylko liftingujące, ale i nieco retardacyjne „Coming Up” - album bardzo nierówny, ale półklasyczny dzięki kilku wyśmienitym numerom. W tym jednym pewnie i epokowym, w końcu podśpiewywanie „la la lala...” to sympatycznie upierdliwe karaoke, ciągnące się za nami już przez całe życie. Przy „Beautiful Ones” łzy po Butlerze ocierają się zresztą same, tak doskonale ze swoim jaguarowym riffem odnalazł się tutaj świeżutki, niemal równie zdolny, choć już mniej oryginalny Richard Oakes, kilka indeksów wcześniej pokazujący bardziej modern-rockowe oblicze w „Trash” czy „Filmstar”. „Coming Up” to Suede mniej ambitne, włażące na okładkę kolorowego magazynu, odmładzające się wesołymi, ultrapopowymi, eskapistycznie wręcz rozmarzonymi formami (maniera Andersona to miejscami jakieś wyspiarskie Fasolki). Czego by nie mówić, na horyzoncie widać zarówno szczyty list przebojów, jak i świetne recenzje, a więc ta kosmetyczna metamorfoza nie zaburzyła status quo. Po drodze, jeszcze zanim stanie się ona kręta i wyboista, trafia się doskonała – a być może jedna z najlepszych w historii, jeśli spojrzeć na stosunek objętości do jakości - kompilacja b-side'ów zatytułowana „Sci-Fi Lullabies”. Z tego wdzięcznego zbioru dałoby się złożyć album niemal równie dobry jak dwa sztandarowe, doprawdy więc ciężko jest kręcić nosem na przystanku '97.

Breakdown

Wszystko mogło toczyć się stosunkowo spokojnie, ale oczywiście tak się nie stało. Klimaty ecstasy słusznie nie zaraziły załogi w odpowiednim ku temu czasie, ale chyba nikt nie spodziewał się, że chochliki zapukają Suede do głów w samej końcówce dekady. Naszprycowane tandetnymi synthami „Head Music” niejednokrotnie sprawia, że głowa boli, a do muzyki rodzi się niechęć. Kompletnie znarkotyzowany Anderson (chociaż sielski haj na „She's In Fashion” wypada bardzo sympatycznie), Oakes wytrzymujący próby dzięki zaglądaniu do butelki (ciekawe, że obydwu solidnych gitarzystów/współkompozytorów kryzys dopada już przy drugim albumie) i ogólne odklejenie od muzycznej rzeczywistości (bo kto trzeźwy użyłby tej efekciarskiej tandety w „Savoir Faire” albo nagrał rock-karykaturę w postaci „Elephant Man”) - to znamiona tego albumu. Istny cyrk na kółkach, mający jednak jakiś dziwny urok, który sprawia że „Head Music” uczciwie uznaje się za nie do końca udany eksperyment, chociaż w żadnym razie nie jest to album w całości przegrany.

Takim niestety jawi się „A New Morning”, co po latach słychać jeszcze dobitniej. Miał być świeży poranek, a wyszedł wielki artystyczny kac, po którym pompowanie tej dziurawej marki przestało mieć jakikolwiek sens. Powrót do prostoty okazał się być równoważny z odwrotem od pomysłów, więc niech już na tym mdłym i wymęczonym albumie wraz z jego najgorszym singlem w karierze (negatywne „Positivity”) pozostanie zasłona milczenia. W 2005 roku w projekcie o nazwie The Tears ręce do zgody wyciągają Anderson i Butler, dając jednak efekt najwyżej przyzwoity, a nawet niebezpiecznie bliski poślizgu odnotowanego przed chwilą w macierzystej formacji. Całuśne pary w różnych wariantach, przewijające się przez klip do singla „Refugees”, chciałyby nas kupić wspomnieniem seksualnych rewolt z debiutu, ale nikomu to już oczu nie zmydli – Suede was dead. Solowy Anderson ciągle będzie miewał momenty, ale stety/niestety jest to muzyka idącą pod ramię z estetyczną pułapką - wkręceni w zamszowy świat nigdy nie pozbędą się uczucia, że coś jej amputowano. Ten mało inspirujący obrót spraw ostatecznie rozrzedził markę i dogasił pożar z lat 90. na tyle dokładnie, że dla pokolenia, które poznały Suede w okolicach 2006 roku, zespół istniał już tylko jako impreza, na którą ostro się spóźniliśmy.

The Next Life

Jakże cieszyć więc musi reaktywacja grupy, nawet kiedy przed oczami wciąż widnieje klęska „A New Morning”, nic od wielu lat nie wskazywało na powrót do satysfakcjonującej formy, a Butler w składzie ostatecznie ma się jednak nie pojawić. Jeśli do post-fanowskiego poczucia obowiązku dodać zwykłą ciekawość oraz podnieconego pracą nad krążkiem Andersona, uroczo kłamiącego NME: „If the new Suede album isn't amazing, we won't release it”, to i tak dostaje się tych świadomie naiwnych wypieków na twarzy, których nie chłodzi nawet fakt, że „Bloodsports” zapowiadały single zanurzone w stylu taśmowej produkcji wyspiarskich hitów-bliźniaków. Do reprezentacji tego albumu (chociaż już od pierwszej chwili lepszej niż cokolwiek od 14 lat) musiałem się więc raczej przekonywać, tym bardziej, że ponownie dłuższą chwilę zajęło mi przestawienie się z wypukłości i okrągłości riffów na nieangażujące, wycofane, patternowe - można by rzec – odrabianie sesyjnych lekcji przez Oakesa. Ostatecznie wygrała chwytliwość i dwa single jeszcze przed premierą krążka zdążyłem uznać za bardzo udane, nośne, rozpalające. Powiedziałbym teraz, że czas na chwilę prawdy, ale ocena u góry psuje zabawę. Na szczęście album się odwdzięcza, a jeśli tylko ogarnąć swoje malkontenctwo, to nawet ze sporą nawiązką.

Produkcją zajął się Ed Buller, czyli ten sam facet, który zadbał o kształt dwóch pierwszych albumów Suede. Od tamtego czasu w świecie fonografii minęły lata świetlne, a Buller po takich rodzynkach w portfolio jak „His'n'Hers” Pulp, „Souvlaki” Slowdive, czy „Lazer Guided Melodies” Spiritualized”, raczej nie czynił za wiele dobra w XXI wieku, produkując głównie sezonowe gwiazdki pokroju White Lies, The Cheek, czy The Courteeners, czymkolwiek są dwa ostatnie składy. A jednak wybór okazał się być trafiony, bo wyczucie potrzeb grupy (a w szczególności jej mankamentów) udało się Bullerowi doskonale. Efekt jest naprawdę zadowalający, Suede zwrócono ich stare brzmienie, ale zgrabnie je odświeżono i podrasowano pod stadion, podkreślając tym samym prostą, chóralną chwytliwość zawartych na „Bloodsports” numerów, ale nie wpadając przy tym jednak w nieznośne prężenie klaty, które znamy choćby z nowszego U2. To jedno. Po drugie – Brett jak nowo narodzony. Doprawdy do świetnej formy wokalnej doprowadził się Anderson, miejscami słucha się tego albumu wyłącznie dla niego i nie ma wątpliwości, że powrotowi Suede przysłużą się przede wszystkim koncerty. Trzeci plus jest zasadniczy – garść świetnych kompozycji. I kiedy weźmiemy pod rozwagę, że„Bloodsports” to być może rozgrzewający masaż zesztywniałych stawów, po którym Panowie poczują jeszcze wiatr w żaglach, wtedy „garść” wydaje się być wystarczająca. Obok doskonałych singli mamy bardzo fajne „Hit Me”, w którym pojawiają się najlepsze atrybuty dynamicznej strony Suede, włącznie z porefrenową przyśpiewką w postaci nieśmiertelnej onomatopei, której nie trudno się domyśleć. Jest też muzyczno-liryczna wizytówka Andersona w postaci „Sabotage”, jednego z bezsprzecznych highlightów krążka, tradycyjnie jest i gorzki, wytrawny closer, nie pozostawiający na koniec w stanie znieczulicy. "We could go drinking, we could sit thinking / we could go speeding or we could go dreaming" - takie motyle w brzuchu.

A łyżka dziegciu? Oczywiście się znajdzie i to w stołowym rozmiarze. Części tracklisty nikt już niedługo pewnie nie będzie pamiętał, bo albo 1) nie będzie chciał pamiętać, albo 2) zapamiętać nie zdoła. Kiedy w nie najgorszym, ale wtórnym „Snowblind” wjeżdża refren niemal identyczny z tym, który przed chwilą słyszymy w „Barriers”, to już wiemy, że bez brania małej poprawki na deficyt pomysłów nie dotrwamy do końca albumu. Mimo że w wielu miejscach będziemy mówić niemal o jednym aranżu, jednej linii wokalnej, jednym zwrocie akcji, itd., to dopracowana dynamika utworów z powodzeniem dba o naszą uwagę. Mniej bezpiecznie robi się w przypadku ballad, bo z tym u Suede już od dawna jest bardzo różnie. „Sometimes I Feel I'll Float Away” to przepiękny numer z charakterystycznym, dużym refrenem (pamiętamy „Sleeping Pills”?), który ma zdecydowanie wielkie szanse uderzyć w czułe struny. „Always” to z miejsca nowy klasyk, przypominający najgłębsze fragmenty „Dog Man Star”. Ale z drugiej strony znajdujemy tu takie „What Are You Not Telling Me?”, które słabiutko kreowaną dramaturgią ma szansę poruszyć jedynie pasek przewijania. Z kolei „For The Strangers”, jeśli nie zirytuje partią gitary podpadającej pod banał Snow Patrol, wciąż nie jest niczym więcej niż przyzwoitym standardem. Ale no właśnie – standardem, co znaczy, że album pozwala wymagać czegoś więcej. Nawet więc tam, gdzie robi się wyraźnie słabiej, wciąż jest wystarczająco dobrze, by w ciągu tych optymalnych czterdziestu minut nie zachcieć Suede ponownie pogrzebać.

The Chemistry Between Us

Spójrzmy na „Bloodsports” w ten sposób – to najlepszy longplay Suede od 17 lat. I chociaż nie jestem przekonany, czy udało się przepisać historię, to i bez tych niespełnionych obiecanek czuję się nie tylko mile zaskoczony, ale też w pełni ukontentowany, a nawet autentycznie wzruszony, choć zapewne już poza granicami rozsądku. To nie jest mały powrót, pewnie nie jest też i wielki. Najciężej zgodzić się jednak na poziom „średni”, bo gołym uchem słychać, że Suede dali tu z siebie naprawdę wiele, a dzięki tej uczciwej staranności masa ludzi ma teraz małe święto. I to bez konieczności mrużenia oczu, stosowania taryf ulgowych dla weteranów, może i nawet nie trzeba uruchamiać mechanizmów sentymentu. W ostateczności warto załączyć sobie myślenie szklanki-do-połowy-pełnej i pamiętać, że „if you try the best you can / The best you can is good enough”. Albo puścić „Bloodsports” młodszemu bratu, wtedy być może okaże się, że brak błogosławionego kontekstu wcale nie przeszkadza wydarzyć się temu raz jeszcze.

Karol Paczkowski (27 marca 2013)

Oceny

Wojciech Michalski: 7/10
Średnia z 1 oceny: 7/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: lebek7
[29 maja 2014]
nie mogłem doczekać się aż screenagers zrobi przegląd dyskografii Suede, dlatego zrobiłem go sam :) zapraszam do lektury http://goldsoundz.pl/suede/
Gość: Stinkycloud
[17 kwietnia 2013]
Kawał dobrej roboty!
Gość: Bianka
[11 kwietnia 2013]
Z jednym tylko nie mogę się zgodzić. What Are You Not Telling Me to najpiękniejszy utwór Suede od wieeelu lat.
Gość: Toff
[1 kwietnia 2013]
Bardzo ucieszył mnie ten powrót bo płyta jest naprawdę udana. A swoją drogą świetnie napisana recenzja.
Gość: pszemcio
[28 marca 2013]
Wprawdzie nigdy nie wiem czym róznią się "tandetne synthy" od nietandetnych, ale uznaję że to moja przypadłość (prywatnie Head Music bardzo lubię).

W każdym razie recka imponująca i strasznie fajne jest takie przybliżanie historii ważnych zespołów przy okazji nowej płyty.
Gość: lebek7
[28 marca 2013]
gratuluję świetnej recki. a sama płyta to miła niespodzianka - bardzo dobry powrót. wrócił stary Suede i naprawdę widać i słychać, że to w takiej stylistyce zespół czuję się najlepiej.

http://goldsoundz.pl/suede-bloodsports/
Gość: anka
[27 marca 2013]
I to się nazywa recenzja. Brawo. Nie to co to coś popełnione przez Angelikę Kucińską w Przekroju na temat ostatniej płyty The Strokes

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także