Ocena: 4

Sally Shapiro

My Guilty Pleasure

Okładka Sally Shapiro - My Guilty Pleasure

[Paper Bag; 25 sierpnia 2009]

Szwedka (wiadomo) Sally Shapiro została przez nas niemalże niecnie olana w 2006 roku: Kuba Radkowski zrecenzował debiut „Disco Romance” dopiero w lutym, co sprawiło, że nie miała już szans na rozgłos w serwisie. Było to raczej odnotowanie płyty, która by na nas pewnie ciążyła, gdybyśmy ją odnotować zapomnieli. Zresztą, o jakim rozgłosie mówimy, skoro „Disco Romance” dostało ledwo szóstkę i zostało potraktowane raczej szorstko. Po czasie zrozumiałem – z ostatnich redakcyjnych dyskusji pamiętam, że nie ja jeden – że miałem do czynienia z płytą, która mogłaby namieszać nawet w rankingu całej dekady. Szczególnie w swoim gatunku, choć przecież, jeśli trzymać się ściśle terminu „italo disco”, to jest to liga zupełnie nie dla Szwedki.

No i już za nami takie ładne kompozycje, jak „I’ll Be By Your Side”, „Find My Soul” czy kilka naprawdę udanych remiksów. Jeśli nie zdążyliście ich jeszcze poznać, to naprawdę zachęcam. Nowa płyta, mimo kilku promiennych momentów, mogłaby dla mnie nie istnieć. Szczególnie wyróżniłbym tu „Dying In Africa” czy „Swimming Through The Blue Lagoon” (intro a’la podkład do wieczornych radiowych audycji relaksacyjnych, którego bym się może nie czepiał, gdyby sam album był lepszy), które są piosenkami przezroczystymi jak szyba. Nie ma ich. Nic w głowie nie zostaje. Coś zostaje za to wtedy, kiedy Shapiro próbuje swoistej stylistycznej wolty w porównaniu do poprzedniej płyty. W „Moonlight Dance” ta nieśmiała pani przeradza się nagle w coś na wzór Sophie Ellis-Bextor, tylko sytuującą się o dwie klasy niżej. Zresztą, sam wesołkowaty nastrój piosenki wydaje się w wypadku tej artystki co najmniej fałszywy. Sally, why? Przecież miałaś wzruszać! Trochę lepiej próba zmiany stylistyki w stosunku do debiutu brzmi w „Love In July”, ale pewnie dlatego, że rytm jest wzięty jakby z pierwszej płyty, a kawałek podkładu JAKBY z Junior Boysów. Ale, ale: część piosenek wciąż jest zrobionych na starą modłę, co bardziej niż stylistyczne zróżnicowanie przywodzi na myśl artystyczną schizofrenię lub po prostu brak pomysłu.

„Looking At The Stars” jest dla mnie małym testem dla psychofanów niezalu. Otóż od kilku tygodni bardzo nośnym tematem do pogaduszek o muzyce „na czasie” jest jechanie po twórczości Agnieszki Chylińskiej, które odbywa się zresztą jakoś na zasadzie kopania leżącego. Jeśli dobrze idę za tokiem rozumowania: Chylińska była strasznie słaba, a teraz jest już beznadziejna, więc dobrze jej dowalić. Pomijając fakt, że nowa piosenka nie jest jakoś szczególnie gorsza od poprzednich owoców twórczości, to widzę w niej spore podobieństwo do… no zgadnijcie? Sally Shapiro.

Wspomniane kilka dobrych zdań temu „Looking At The Stars” zaczyna się do „Nie mogę cię zapomnieć” umiarkowanie podobnie, tekstowo jest tak samo zniedołężniałe, techniawka wyłazi z niego w porównywalnym stopniu. Ale przecież Sally trudniej skrytykować. Aha, pominąłem jeszcze fakt, że pierwsze dźwięki to autoplagiat z „I Know”, które znajdziemy na „Disco Romance” – nieładnie.

Z pozytywów, bo przecież je obiecałem, znalazłbym choćby zgrabne i przeplatane szeptami po francusku zwrotki w „Miracle”, które jednak psują się kompletnie za każdym razem, kiedy wchodzi miałki refren. „Save Your Love” też ujdzie, ale jakby wyciąć to infantylne Uuuoh-oh!. Nowa płyta traci tym więcej, jeśli posłucha się przed lub po niej debiutu – to trochę walka Dawida z Goliatem.

Mam nadzieję, że Sally powróci jeszcze do swojej zwyżkowej formy, bo wydaje się, że swoje opus magnum mimo wszystko ma przed sobą. Z drugiej strony – jest to tak samo prawdopodobne jak to, że rzuci muzykę w ogóle. Przecież prawie nie koncertuje, prawie nie pokazuje się publicznie, a nawet wstydziła się śpiewać przed własnym producentem. Przyszłość takiego, skądinąd uroczego, artysty, jest kompletnie nieodgadniona. To nie tak, że oczekiwałem od Shapiro kopiowania samej siebie z debiutu, nie. Chciałem za to, żeby jej druga płyta (masz, syndrom drugiej płyty) była chociaż trochę tak przemyślaną, spójną i posiadającą klimat, jak „Disco Romance”. Stało się inaczej.

Kamil J. Bałuk (15 października 2009)

Oceny

Łukasz Błaszczyk: 6/10
Kasia Wolanin: 4/10
Średnia z 4 ocen: 5/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: yyyy...
[21 grudnia 2011]
jak dla mnie lepsza od debiutu (który też lubię) ode mnie 8
Gość: hmm
[18 października 2009]
ale co tu tłumaczyć? Kolejna okazja do rehabilitacji tego artysty została zaprzepaszczona. Autor czaruje nietrafnymi porównaniami do Sophie Ellis-Bextor... jak to wogóle ma się do italodisco drugiej połowy 80s eurodisco i takich tam...? Żadnej prób rozliczenia się z cytowanymi melodiami. Przemycony space synth w "Save Your Love" (nareszcie prawdziwy "kiczowaty" klasyk italo w jej wykonaniu), flirt z miarowym eletro-funkiem w "Moonlight Dance", wstępniak na namiarę "You, Appearing" M83. No i te wszechobecne ambienty których Johan nabawił się po zeszłorocznej płycie szczególnie obecne w "Looking at the Stars Tonight", "Dying In Africa"

"Przecież miałaś wzruszać!"
Każdy buduje swoją wrażliwość inaczej, wywiązując się z recenzenckiego obowiązku wypadało by cokolwiek zacytować jeżeli bawimy się w takie chwyty. Aa przepraszam, jest Chylińska.
Jedyny suchar jaki tu dostrzegam to te sześć akapitów. Mocna 6.
Gość: klikin
[17 października 2009]
-> hmm
to bardzo kobnstruktywna wypowiedz.
Gość: hmm
[15 października 2009]
Kuba Radkowski situation

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także