Ocena: 6

Andrew Bird

Noble Beast

Okładka Andrew Bird - Noble Beast

[Fat Possum; 20 stycznia 2009]

Andrew Bird nie lubi się powtarzać. „Weather Systems” i flirty z muzyka klasyczną, „Mysterious Production Of Eggs” ze swoim intymnym minimalizmem, „Armchair Apocrypha”, czyli pop wzbogacony perkusyjnymi wygibasami Dosha. A „Noble Beast”? Wpisuje się w tę tendencję, bo jest zupełnie inne od poprzedniczek, jednak tym razem zdaje mi się, że Andrew trochę przekombinował.

Powoli zaczynam się przekonywać, że chyba wolę nieskomplikowane kompozycje, które Bird grywał z Bowl Of Fire, niż jego solową działalność. Opener „The Swimming Hour” ma w sobie tyle emocji, energii i radości, które, co więcej, nie słabną w żadnym z utworów na albumie, że można słuchać go kilka razy pod rząd, nogi same rwą się do tańca, teksty zachęcają do męczenia kota z wokalistą, a chwytliwe melodie, nawet zupełnie niepożądane, zapadają w pamięć. Natomiast „Noble Beast” momentami staje się wręcz męczące. Jest dla Birda tym, czym dla Owena Palleta była zeszłoroczna EP-ka „Final Fantasy Plays To Please” – samozachwytem nad własnymi umiejętnościami, zamknięciem w zaciszu swojego umysłu i wyciąganiem z niego najbardziej poplątanych myśli, a potem przekazaniem ich w piekielnie inteligentny i do tego zjawiskowo piękny sposób. Problem w tym, że cały ten zabieg ma w sobie trochę z cichego onanizmu, a więc oprócz autora nikt w pełni nie zachwyci się przebiegłością konceptu i złożonością aranżacji, bo to autor dwoił się i troił, żeby to wszystko było jak najbardziej skomplikowane, ocierał pot z czoła, nie jadł, nie pił, siedział sam w maksymalnym skupieniu. Słuchaczowi może to przypominać szum, potok myśli, które pomimo pozornej głębi tak naprawdę nie maja wielkiego znaczenia.

„Noble Beast” zostało wydziergane. Jak serwetka na szydełku. „Oh No” jest bardzo przyjemnym otwarciem płyty, które równie dobrze mogło znaleźć się na „Mysterious Production Of Eggs”, potem jednak zaczynają się schody. Przydługie „Masterswarm” zmieniające się z rzewnej folkowej przyśpiewki w lekko sambującą, bardziej radosną melodię. Wszystko byłoby okej, gdyby nie trwało to aż ponad sześć minut (to samo tyczy się „Souverian”). Na przykładzie tego monumentalnego utworu doskonale widać też, jak misterne, jak pieczołowicie dopracowane są aranżacje na najnowszej płycie Birda – brak tu typowych struktur zwrotka – refren –zwrotka, ale nie tylko o to chodzi. „Noble Beast” jest zupełnym przeciwieństwem „Armchair Apocrypha”, na którym większość stanowiły popowe kawałki, takie jak „Heretics”, „Imitosis” czy „Plasticities” – krótkie i proste, zdobione jedynie pociągnięciami smyczka, urozmaicone solówkami perkusyjnymi Dosha. Na najnowszym wydawnictwie każdy z wielu instrumentów pojawia się na chwilę, by zagrać parę minut w precyzyjnie określonym miejscu, każdy gwizd wybrzmiewa w odpowiednim momencie, wszystko to tworzy skomplikowaną plątaninę wielu linii melodycznych – dezorientującą i przytłaczającą oraz nie dającą prawdziwie cieszyć się piosenką, której kompozycyjna precyzja jest aż nienaturalna – choć nie można odmówić twórcy niezwykłego talentu. „Effigy” zaczyna się przepiękną przygrywką, trochę na modłę szkockiego czy też irlandzkiego folku, jednak po pierwszej minucie rozczarowuje i przeradza się w niczym niewyróżniającą alt-countrową balladę. W „Not A Robot, But A Ghost” Bird bardzo przypomina Thoma Yorka z „Sit Down. Stand Up” (i wcale nie chcę zarzucić, że przypominanie Radiohead samo w sobie to suchar, ale Radiohead pewnie ma swoje powody, dla których nie gra i nigdy nie grało folku).

Jest jednak jeden utwór, który moim zdaniem, wyszedł Birdowi od początku do końca, który tymi swoimi przeintelektualizowanymi grami słownymi, naciskiem na brzmienie sylab i słów, zdaniami przepełnionymi neologizmami oraz zaskakująco rozwijającą się linią melodyczną chwyta za serce. „Anonanimal” przez pierwsze dwie minuty czai się tajemniczo, żeby w 16 sekund potem zaskoczyć nas najładniejszym pociągnięciem smyczka jakie słyszałam od czasu „Many Lives -> 49MP” Final Fantasy. Niestety, genialny i radosny fragment utworu (I know this song! I know this song!) trwa jedynie czterdzieści sekund, następnie wchodzi typowa dla amerykańskiego indie-rocka gitara, która po odegraniu swojej partii daje wybrzmieć, jedynie w towarzystwie skrzypiec, głosowi Birda.

„Noble Beast” jest porządna płytą, bo Andrew Bird jest utalentowanym songwriterem. Gdyby powściągnął swoje zapędy do popisywania się i poprzestał na „Anonanimal” (tak jak to zrobił na „Armchair Apocrypha”, pozwalając sobie na tylko jeden sześciominutowy utwór – „Armchairs”), mógłby to być jego najlepszy album. A tak, jest to tylko gratka dla wielbicieli, którzy spędzą nie jedną godzinę na rozwiązywaniu zagadek, wyszukiwaniu gier słownych i interpretacji skomplikowanych utworów.

Katarzyna Walas (27 lutego 2009)

Oceny

Przemysław Nowak: 7/10
Katarzyna Walas: 6/10
Piotr Szwed: 6/10
Piotr Wojdat: 6/10
Kasia Wolanin: 5/10
Średnia z 6 ocen: 5,66/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: Ha.
[5 czerwca 2010]
Wychodzi na to, Pani Katarzyno, że to płyta za ambitna dla Pani.
Gość: pszemcio
[27 lutego 2009]
To jest dowód na to jak bardzo różnie można odbierać ten sam album. Ja obecnie chyba stawiam Noble Beast wyżej niz poprzedniczkę i choc jestem właśnie jednym z tych, którzy rozkminiają to godzinami, to niezłą podjarkę miałem juz od pierwszego odsłuchu.

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także