Ocena: 6

Renton

Take-Off

Okładka Renton - Take-Off

[Polskie Radio; 5 maja 2008]

W debiucie Rentona jak w soczewce skupia się przynajmniej kilka ważnych dla polskiej muzyki alternatywnej trendów. Wszystkie je można określić zbiorowym terminem „powstawanie i krzepnięcie sceny”, jakby dotychczasowe organizmy wyszły z nor i zaczęły zgodnie egzystować we wcale atrakcyjnej niszy ekosystemu. Ktoś o szerszych ode mnie zainteresowaniach socjologicznych mógłby kiedyś nakreślić mapę wszystkich powiązań oplatających rodzime indie. Wyszłaby z tego całkiem rozległa pajęczyna łącząca muzyków, dziennikarzy, serwisy, większość podmiotów, które możecie sobie wyobrazić. „Take-Off” jest być może pierwszym albumem tak silnie oddychającym siłą sceny. Znaczące, że trudno wyobrazić sobie ten album bez pomocy Trójki, instytucji wykładającej pieniądze, ale też zapewniającej promocję i kształtującej odbiorcę, a także gwarantującej komfortowe warunki nagrywania – odpowiedzialny za realizację i mix oraz częściowo za produkcję Marcin Gajko cieszy się wśród muzyków niezwykłym szacunkiem. Jego wkład stanowi zresztą jedną z większych zalet tej szóstkowej płyty.

Renton mignął nam dwa razy w zeszłym roku. Najpierw za sprawą reklamy Ery, w której zespół zamieścił wielce przebojowe „Hey Girl”, potem przy okazji wydania singla Offensywy, podwójnej strony A, zawierającej obok wymienionego „Hey Girl”, piosenkę „Miasto Doznań” Much. Było więc całkiem naturalne, że skoro doczekaliśmy się debiutu poznańskiej kapeli, to i niedługo swoją płytę wyda Renton. Porównanie „Terroromansu” i „Take-Off”, jak i samych zespołów, rzuca zresztą ciekawe światło na recenzowane wydawnictwo. To właśnie w różnicach, jakie dzielą te grupy, można by się doszukiwać przyczyn dwupunktowej straty Rentona. Dobre polskie teksty – angielskie teksty o niczym; charyzma frontmana – umiarkowany wizerunek kapeli; wielowymiarowość inspiracji – przezroczystość wpływów. Osiem do sześciu.

Renton jednak na mocną szkolną czwórkę zdaje egzamin z fajności piosenek. Piosenek umoczonych przede wszystkim w tradycji blurowego grania, tego z okresu londyńskiej trylogii (patrz najlepsze na płycie „Lazy Wild” i „No Milk”), ale też biorących z tradycji amerykańskiego indie-rocka z przełomu lat 80. i 90. Nie byłoby tak ożywczego efektu bez słonecznej, pozytywnie nastawionej do życia sekcji rytmicznej (kapitalne „3 Days”), nie byłoby też bez wokalisty Marka Karwowskiego, śpiewającego głęboko, wyraziście, dobrze po angielsku. Wreszcie brzmienie: czyste, ładnie opakowane, jakby wołające: „this is pop!”. Nie obyło się niestety bez tradycyjnej wpadki. Tę kategorię reprezentuje ballada „Drifted”, całkowicie zbędna, niepotrzebna głównie Karwowskiemu. Coś jeszcze? Suchość aranżacji, prosiłoby się o więcej zabiegów takich, jak trąbka w „Lazy Wild”. Poza tym jest bardzo fajnie. Czekamy na odpowiedź reszty na jesieni, licząc na prawdziwie kozacki rok dla polskiej muzyki.

Jakub Radkowski (16 maja 2008)

Oceny

Kamil J. Bałuk: 6/10
Katarzyna Walas: 6/10
Krzysiek Kwiatkowski: 6/10
Kuba Ambrożewski: 6/10
Marcin Małecki: 6/10
Przemysław Nowak: 6/10
Dariusz Hanusiak: 5/10
Kasia Wolanin: 5/10
Tomasz Łuczak: 5/10
Średnia z 20 ocen: 5,1/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także