sxnada? screenagers.pl - recenzja: Shellac - Excellent Italian Greyhound
Ocena: 7

Shellac

Excellent Italian Greyhound

Okładka Shellac - Excellent Italian Greyhound

[Touch and Go; 5 czerwca 2007]

Neurotyczny wygląd, mocno przetarte dżinsy, niemodne, nieproporcjonalne okulary i mało sympatyczny grymas na twarzy – to wbrew pozorom nie opis miejskiego obdartusa napotkanego przypadkiem na ulicy. Tak prezentuje się jedna z najważniejszych postaci niezależnego rocka po drugiej stronie Atlantyku. To prawdziwy człowiek-instytucja, stary wyjadacz i ikona gitarowego hałasu w jednym. To, proszę czytelników, Steve Albini we własnej osobie.

Przechodząc do konkretów, zauważmy, że ten pozornie nieciekawy i zdziwaczały facet jest przede wszystkim autorem noise-rockowych arcydzieł. Wiadomo, z jednej strony mamy Big Black i „Atomizer” oraz „Songs About Fucking”, a z drugiej bohaterów tej recenzji i „At Action Park”. Albini uchodzi również za jednego z najbardziej wziętych producentów naszych czasów, zwolennika surowego, koncertowego brzmienia. Swoją robotę wykonywał dla prawdziwych sław, jak PJ Harvey czy Nirvana (wszyscy wiedzą, że chodzi o „In Utero”), ale częściej znajdywał zatrudnienie u tych, którzy na sukces komercyjny nie mogli liczyć (np. genialni australijscy melancholicy z Dirty Three). Jak sam jednak przyznał w jednym z wywiadów i oczywiście zrobił to w swoim stylu – większość kapel, którym pomaga w roli inżyniera od dźwięku, to zupełne beztalencia. A część z nich to po prostu ni mniej ni więcej niż zwykła kupa gówna. Cały Steve Albini. Na szczęście, tym razem wraca ze swoim własnym zespołem po siedmiu latach wydawniczej posuchy. I pokazuje młodym zespołom jak powinno się grać.

Oczywiście myliłby się ten, kto uważa Shellac za twór jednoosobowy. Tak nie jest, bo o brzmieniu „Excellent Italian Greyhound”, podobnie jak w przypadku „At Action Park” czy „1000 Hurts” decyduje też niezwykle żywiołowe i bezkompromisowe bębnienie Todda Trainera, który idealnie operuje nastrojem. Spać nie dają także pochody gitary basowej Boba Westona - również producenta nagrań m.in. Sebadoh i post-rockowców z Rachel’s. Jeśli dodać do tego znerwicowany, momentami schizofreniczny wokal i ostre jak brzytwa gitarowe zagrywki Albiniego, to mamy już niemal pełen obraz najnowszego dzieła Amerykanów. Shellac mają swój własny, rozpoznawalny sposób na minimalistyczne granie, mieszczący się gdzieś na mapie matematycznego noise rocka. Nie ma nowych rozwiązań brzmieniowych, prób poszerzania stylistyki, w której się obracają, bo w tym konkretnym przypadku jest to zupełnie zbyteczne. Wychodzi na to, że znowu zostawiają konkurencję w tyle.

Trzeba zwrócić uwagę na fakt, że część kompozycji znana jest już fanom od dawna. Panowie wypełniali głównie obowiązki producentów, tylko od czasu do czasu koncertując. W ramach Peel Session z 2004 roku grupa prezentowała fenomenalne „The End Of Radio” (na „Excellent Italian Greyhound” utwór niestety bez zwrotki o słynnej tenisistce Martinie Navratilovej), instrumentalne, narastające „Paco” oraz punk-rockowe „Steady As She Goes”. Nie są to na szczęście jedyne kompozycje, które trzymają wysoki poziom. „Be Prepared” odsłania bardziej melodyjne oblicze Shellac z efektownymi quasi-chórkami, a „Boycott” urozmaicają drugoplanowe, melancholijne, gitarowe zagrywki. Chciałoby się powiedzieć, że również od strony tekstowej jest tradycyjnie. Dominuje absurdalne poczucie humoru, a za przykład może posłużyć kompozycja otwierająca, gdzie Albini wciela się w rolę ostatniego radiowego DJ-a na świecie: This is my farewell transmission. Can you hear me now? The end of radio!

Tylko na wysokości przydługiego „Genuine Lulabelle”, który czasowo niewiele ustępuje „Didn’t We Deserve A Look At You” z „Terraform”, ewidentnie siada tempo. Otrzymujemy konkretny powiew nudy i stąd ciężko wywindować ocenę o oczko wyżej. Na szczęście to jedyny taki moment, bo „Excellent Italian Greyhound” jako całość osiąga podobny, równy poziom artystyczny, co bardzo zacne „1000 Hurts”. A „The End Of Radio” nawet zapuszcza się w niedostępne dla zwykłych śmiertelników rejony „At Action Park”.

I wreszcie na koniec, nawiązując do słów słynnej recenzji „Spiderland” autorstwa Steve’a Albiniego, wypada mi tylko dodać:

Siedem pierdolonych gwiazdek.

Piotr Wojdat (21 lipca 2007)

Oceny

Przemysław Nowak: 8/10
Tomasz Łuczak: 8/10
Karol Paczkowski: 7/10
Piotr Wojdat: 7/10
Kasia Wolanin: 6/10
Średnia z 12 ocen: 6,83/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także