Ocena: 6

Crowded House

Time On Earth

Okładka Crowded House - Time On Earth

[Capitol; 2 lipca 2007]

Dinosaur Jr. wymietli, koledzy redakcyjni bardzo chwalą Shellac, obronili się The Sea & Cake, dali radę Brock i Murphy, a także They Might Be Giants. Sporo wskazuje na to, że dupy nie wystawią też New Pornographers ani Super Furry Animals. Kurde no, jeśli dla kogoś ten rok jest dobry, to są to muzycy po przejściach, a przynajmniej po trzydziestce. Napierają bez viagry z witalnością, jakiej nie ma chyba żaden z debiutantów. Odsetek młodzieży mającej elementarne problemy z pisaniem przyzwoitych warsztatowo piosenek przestaje mnie przerażać, zaczyna bawić. Screenagers? Wypierdalamy tę planszę. Od dziś jesteśmy Screensioners.

Brakuje dziś choćby w połowie tak uzdolnionego gówniarstwa, jak dwudziestoletni Neil Finn u startu kariery w Split Enz. Pisałem już o tym. Naturalna lekkość w komponowaniu przełamujących schematy, bitelsowsko-nowofalowych melodii uczyniła z gościa jednego z najbardziej utalentowanych autorów ery. Bezdyskusyjnie. Facet napisał „Things”, „I Got You”, „Missing Person”, „History Never Repeats”, „One Step Ahead”, „Hello Sandy Allen”, „Take A Walk”, „Message To My Girl”, „I Walk Away” – cudowne piosenki, które śnią się po nocach. Problem w tym, że Split Enz to nie był zespół Neila, a coraz silniej mainstreamowy kierunek, w którym ciągnął kolegów średnio na jeża korelował z utrwalanym przez lata ekscentrycznym imagem. Trzeba było powiedzieć cześć sobie i fanom.

Zgarniając po drodze bębniarza z pożegnalnego albumu Enz, Paula Hestera, i dobierając basistę Nicka Seymoura, Finn powołał Crowded House. Na przestrzeni jedenastoletniej kariery trio stanowiło rdzeń składu zespołu, okazjonalnie wspomaganego przez szereg postaci, z których najznajmienitszą okazał się Tim F., współpracujący z bratem na wysokości ich bestsellera „Woodface”. Cóż, chociaż Split Enz jawią się bez dwóch zdań bardziej interesującym projektem, to Crowded House sprzedawali się lepiej, prezentując radiowy pop z wysokiej półki, czerpiący obficie z osiągnięć piosenkowych gigantów lat sześćdziesiątych. Byrdsowskie (olśniło mnie po latach jak bardzo!) „Weather With You” czy „Don’t Dream It’s Over” kojarzą nawet najtwardsi obrońcy ideałów sierpnia, na płytach znajdziemy gros uniwersalnego, elegancko skrojonego M.O.R. pop/rocka. I choć lista coverujących utwory grupy (od Paula Younga, przez Jamesa Blunta, po Busted) wskazuje, że jej wpływu na dobrą muzykę nie należy przeceniać, wstydu raczej nigdy nie było.

Medialną ciszę w temacie Crowded House przerwała przed dwoma laty przykra informacja o samobójczej śmierci Hestera, zmagającego się z wieloletnią ponoć, ciężką depresją. Przyspieszyło to być może decyzję Finna i Seymoura, współpracujących przy solowej płycie Neila, o reaktywacji zespołu. Na „Time On Earth” ogrywane są właśnie piosenki powstające z myślą o samodzielnym wydawnictwie lidera House. Naturalnie, płyta jest przesiąknięta żalem i refleksją nad śmiercią Hestera, począwszy od okładki, poprzez tytuł, po teksty. She called up/ And gave me the news/ It made me so sad, sad, sad/ There was nothing I could do - śpiewa Neil w najlepszym tutaj, momentalnie chwytającym, potencjalnym singlu „She Called Up”. I’ll remember the years/ When your mind was still clear - zdaje się zwracać do przyjaciela w „Silent House”, dodając In Regent’s Park, I will mourn for you w „English Trees”. W finałowym „People Are Like Suns” słyszymy jeszcze Doesn’t stop me thinking out aloud/ I could have done something. Dosyć to przygnębiające, ale na pewno szczere.

Same piosenki nie należą do przesadnie młodzieżowych, ale hej, to Crowded House. Nastawcie się na porcję refleksyjnych ballad dla dorosłych. Wśród nich do wyłapania tak ładne numery, jak „Pour Le Monde” czy „Nobody Wants To”. Mocnymi przystankami okazują się też utwory z featuringiem Johnny’ego Marra. Wprawdzie, podobnie jak na płycie Modest Mouse, ex-Smith jest widoczny jak Żurawski z Ekwadorem, jednak „Don’t Stop Now” jest co najmniej przyjemne, a współnapisane przez Anglika „Even A Child” przywraca zespołowi wigor, jaki potrafił prezentować przed laty. Jedyną ujmą „Time On Earth” okazuje się podchodzący pod godzinę czas jej trwania. Nie mam sumienia zgłaszać pretensji do któregokolwiek z utworów, ale na dłuższą metę ich dojrzałość zamienia się w źle rozumianą rutynę, ja zaczynam kręcić się w fotelu, szukać słońca za oknem i rozglądać za płytami New Porn. To może jeszcze zaczekajmy z tą zmianą nazwy.

Kuba Ambrożewski (10 lipca 2007)

Oceny

Kuba Ambrożewski: 6/10
Przemysław Nowak: 6/10
Średnia z 4 ocen: 6,25/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: kniaź
[25 października 2011]
Przy okazji - coś jest nie tak z linkami do Split Enz piątki singli - zarówno stąd jak i z wyszukiwarki po kliknięciu następuje przekierowanie do "Tematu numeru" o Kobietach.
Gość: Jarek
[24 października 2011]
Fraza o Żurawskim rozbawiła mnie do łez.

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także