Ocena: 6

Califone

Roots & Crowns

Okładka Califone - Roots & Crowns

[Thrill Jockey; 10 października 2006]

Kiedy przesłuchałam po raz pierwszy płytę „Roots & Crowns” pomyślałam sobie: skąd ja to znam? Przy kolejnym podejściu przypomniał mi się Beck, gdzieś z półki z płytami odezwali się i Neil Young, i Bruce Springsteen, i Badly Drawn Boy. Jestem pewna, że można by znaleźć o wiele więcej przeróżnych odniesień i tak szukam ich podświadomie, bo mam wrażenie, że jeszcze odkryję coś wielkiego. Z przekory może, że panowie z Califone niczego wielkiego nie wymyślili. Tak naprawdę muzyka kwartetu z Chicago nie jest rewolucyjna, nigdy prawdopodobnie nie zostanie doceniona i nie będzie rozpoznawana w radiu bez zapowiedzi.

Ale mimo tego „Roots & Crowns” to całkiem przyzwoity album: eklektyczny, ale z pomysłem, prosty, lecz intrygujący, klasyczny, choć eksperymentalny. W zespole, w którym każdy z muzyków jest multinstrumentalistą i prowadzi(ł) inne projekty, nigdy nie zapadnie zgoda na jeden, określony styl. Dlatego Tim Rutili, Ben Massarella, Joe Adamik i Jim Backer próbują wszystkiego i mieszają wszystko, a przede wszystkim przeszłość z teraźniejszością. Znajdujemy więc tu folkowe melodie doprawione nieco gitarową pikanterią, mamy ballady z zaskakującymi niespodziankami i piosenki niemożliwe do zagrania dwa razy w ten sam sposób, mamy harmonijkowego bluesa, indie-rocka, indie-pop, industrialne electro-something, nieromantyczne country banjo i romantyczne country skrzypce. Trzynaście utworów, a każdy brzmi tak, jakby napisany został pod duchowym patronatem Zygmunta Freuda. Tim Rutili sam przyznał, że nagrywanie tego albumu było wycieczką w przeszłość, zbieraniną starych inspiracji i szukaniem nowej drogi (this album is a conscious and resolved thing. It fully realizes ideas we touched on in the past and where we come from as a band, and takes us into our next phase of life) - stąd zapewne ten eklektyzm.

„Roots & Crowns” na pewno nie jest płytą kojącą skołatane nerwy, nie jest też dobrym dodatkiem do aerobiku czy gotowania zupy w niedzielne popołudnie. Ta muzyka składa się z mnóstwa tajemniczych, czasem nie do końca zrozumiałych dźwięków, zawiera w sobie delikatną nerwowość, szuka nowego porządku, oswaja świata na nowo. Stykamy się zatem z twórczością, która wymaga skupienia, sięgnięcia głębiej, odkrycia własnych traum. Może pod koniec takiej terapii, któregoś dnia o poranku, głośno zabrzmi najpiękniejszy na płycie utwór „The Orchids”, w którym Tim Rituli ciepłym głosem zaśpiewa: and in the morning after the night/ I fall in love with the light . I kawa zrobi się sama! I znów będzie wiosna!

Agata Klinger (27 lutego 2007)

Oceny

Kasia Wolanin: 7/10
Jakub Radkowski: 6/10
Kamil J. Bałuk: 6/10
Średnia z 3 ocen: 6,33/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także