Off Festival 2013

Off Festival 2013: piątek, 2 sierpnia

Fuka Lata

„Off Festival 2013 uważam za rozpoczęty” - ogłosiła rozradowana Lee DVD. Chociaż zdjęcie w festiwalowej książeczce przywodziło na myśl projekt grający podły, zimny electroclash, tonącą w kwiatach scenę podbił eteryczny pop mimikrujący techno. Wcześniej kojarzyłem Fukę (jak powinienem to odmieniać?) z rzeczy dronowo-nastrojowych, ale jak ostatnio często bywa psychodeliczne, około-hałasowe projekty zwracają się z czasem w kierunku tanecznym, nie gubiąc przy tym swojej aury. Utwory były długie, wokale zreverbowane, sekcje refrenowe eksplodowały tnącymi syntezatorami. Było gorąco i zmysłowo. Piętnasta zero-zero, wolne żarty – ten cały fotograf Piczforka nie zdążył na coś naprawdę godnego hajpu. (Miłosz Cirocki)

Bardziej początek z wysokiego C niż pierwsze koty za płoty. Syntezatorowe ściany dźwięku i eteryczne wokale warszawskiego duetu świetnie się sprawdziły w dusznej atmosferze trójkowego namiotu. Obecni dali się porwać w taneczny wir, pomimo pory obiadowej. Można zaryzykować porównanie, że tak brzmieliby The Soft Moon, gdyby grali bardziej elektronicznie. Rzecz do ponownego obadania w bardziej sprzyjających warunkach (dołączam do chóru narzekaczy). (Krzysztof Krześnicki)

Stara Rzeka

W zeszłym roku, gdy jeszcze Kuba Ziołek nie zmagał się z szarżującą „blogosferą" („fejsosferą" w sumie) tak bardzo jak dziś, zachwyciło mnie T’ien Lai (Ziołek/Twix) na Unsoundzie. Pierwsza połowa koncertu Starej Rzeki była logiczną, solową kontynuacją tamtego występu: nawarstwiające się faktury niskich dźwięków, rytualny charakter, usilne próby wywołania mistycznej aury. Brakowało radia, była za to gitara elektryczna. Być może najważniejsza dźwiękowa reprezentacja Ziołkowego brutalizmu magicznego nie mogła jednak - przynajmniej dla mnie - zazębić się ze skwarem lejącym się z nieba. Druga część koncertu, czyli słynny już cover „My Only Child” Nico, jeszcze bardziej prosiła o wymianę słońca na księżyc. Czyli niestety było tak, jak przepowiadałem przed festiwalem - bardzo dobry projekt w nierównej walce z tajmtejblem. Jebać coś takiego. Dobrze, że widzimy się na Unsoundzie. Plus - było zaprosić Alamedę 3, problem zostałby częściowo ujarzmiony. (Miłosz Cirocki)

Drekoty

Trójce dziewczyn przy parapetach na dużej scenie trudno było zrobić dużo show, ale i tak wypadły niezmiernie urokliwie, próbując odczytywać treść wyświetlaczy swoich keyboardów w pełnym, rażącym słońcu. Choć ciężko było im mnie kupić czysto digitalnym współbrzmieniem połączonym z prowadzonymi unisono (i przez to zabarwionymi nieco „ludycznie”) liniami wokalnymi, to w momentach, gdy Ola Rzepka zasiadała za perkusją, stawałem i patrzyłem jak zahipnotyzowany. Jej pozornie nieporadne i toporne, wręcz sztywne bębnienie ma w sobie jakąś podskórnie realizowaną dozę luzu. Wcale nie tak proste partie atakują precyzją, w dodatku cały czas połączone są z aktywnością liderki za mikrofonem. Przypomina to bardziej mechaniczną lekturę fikcyjnego dzienniczka rozluźnionego perkusisty autorstwa Macia Morettiego. Przefajny widok. (Jędrzej Szymanowski)

Hokei

Pierwszego dnia o 17 na Scenie Leśnej zaprezentował się kolejny zespół Kuby Ziołka, który ledwo godzinę wcześniej zakończył swój występ jako Stara Rzeka. Do bardziej tradycyjnego stylu kapeli jest mi zdecydowanie bliżej, dlatego bawiłem się dużo lepiej niż na Eksperymentalnej (jakkolwiek wiem, że to nie o zabawę przecież chodzi w solowym projekcie gościa). I tu jednak recepta na granie nie jest jakaś prostolinijna. Chodzi chyba raczej o swoisty złoty środek między konkretem a improwizacją w działalności Ziołka. Pojawiające się co jakiś czas motywy melodyjne (zarówno w śpiewie Kuby, jak i przeszytej inwentarzem math-rockowych sztuczek grze Piotra Bukowskiego) bardzo prędko przeradzały się w kontrolowany chaos i zgiełk sprawiające wrażenie awangardowego jammingu. Bardzo interesująco wypadł też perkusyjny duet, w największej mierze odpowiedzialny chyba za potężne brzmienie projektu. (Jędrzej Szymanowski)

Hera

Jedyna w tym roku reprezentacja warszawskiego jazzu. Wybór o tyle oczywisty, co i zupełnie trafiony - okazuje się, że lira korbowa (instrument pobrzmiewający mi cokolwiek słowiańską nutą) i klarnet mogą wybrzmiewać całkiem szamańsko, a więc i rytmicznie, i gorąco. Słowem, idealnie na festiwal - tańczących było dosyć sporo. Paweł Szpura postawił na płynący drive, z rzadka przełamując go krótkimi, burzowymi wyładowaniami chaosu, po czym wracał do poprzednich motywów. Raphael Rogiński pokazał, że oszczędna gra nie oznacza braku intensywności i urozmaiceń, a Paweł Postaremczak grał z duchem afrykańskich odjazdów Coltrane’a. Jak ktoś będzie wam wmawiał, że muzyka określana przez okularników jako mistyczna równa się jakieś dronowe smęty, to zaprowadźcie go na Herę. Prawdziwie radosny koncert. (Miłosz Cirocki)

OFF is ON. Hera, food & drink. A tak na serio, dla mnie koncert Hery to kapitalne otwarcie festiwalu. „In that place there is no happiness or unhappines”, utwór otwierający ich drugą płytę i OFFowy koncert, uważam za jedną z najwspanialszych kompozycji jazzowych w tej dekadzie. Szkoda jedynie, że zamiast Zimpla pierwsze skrzypce odegrał Rogiński. Później zespół prezentował materiał z albumu „Seven Lines”, który powstał w wyniku współpracy z Hamidem Drake'iem. Do natychmiastowego sprawdzenia w zaciszu domowym. (Sebastian Niemczyk)

Z pełną świadomością nazwałbym koncert Hery jazzowym wydarzeniem festiwalu. Operowali podobną transowością co Fire! oraz w kreowaniu atmosfery scenicznej radzili sobie równie dobrze, co Bohren und Der Club of Gore, pomimo wcześniejszej godziny. Oprócz wymienionych instrumentalistów trzeba również wspomnieć o niezwykle emocjonalnej ekspresji Ksawerego Wójcińskiego na kontrabasie, genialnym wykorzystaniu w jazzie liry korbowej Macieja Cierlińskiego (co za solo!) oraz na koniec, słowa uznania dla mózgu całego przedsięwzięcia, Wacława Zimpla, szczególnie w pamięć wryła mi się jego gra na klarnecie basowym. (Krzysztof Krześnicki)

Mikal Cronin

Dobrze, że występy długowłosych fanów zielska z CA zaczęły się od Mikala Cronina, który zaprezentował być może najbardziej wyluzowany i bezpretensjonalny set festiwalu. Przede wszystkim kapitalne, pomysłowe piosenki, w których prym wiódł chłopięcy, czyściutki wokal. Kilka znanych, ale odpowiednich zagrywek - przerwy, samotne zwrotki z gitarą i wokalem, niewiejskie, niemal bluesowe solówki, nieco spacemanowy jam pod koniec, no rany, czemu nie. Może i lepiej się bawiłem trzy dni później na Japandroids, ale Mikala zdecydowanie przyjemniej się słuchało. To chyba wystarczający komplement. (Miłosz Cirocki)

Dope Body

Nie ukrywam, że na niektóre koncerty chodziłem głównie po to, by sobie poszaleć (dwie yerbaty i wegańskie żarcie, czułem się jakbym co tydzień kupował limitowane, niebiskie winyle z szufladki emoviolence). Pierwszym takim performensem było Dope Body - na ichnim „Nupping” znajduje się chyba najlepsza rzecz inspirowana HEALTH do tej pory, mieszający math rocka, punk i dub „Mr Black”. I tego właśnie stylu spodziewałem się po koncercie zespołu. Tymczasem DB przeszło sporą przemianę i zdecydowało się na trochę bardziej konwencjonalnego noise rocka z pożytkiem dla młyna. Strukturalnie, pierwszy kawałek do złudzenia przypominał „Shut The Door” Fugazi, w bardzo nawiedzonej wersji. Potem pojawiły się traki z pulsującymi, tanecznymi rytmami, ale było w nich więcej przestrzeni, niż w poprzednim wcieleniu zespołu. W komentarzach pojawiało się słowo „indie rock”, i jeśli to był indie rock, to ja jestem za. Dodatkowym atutem był wijący się jak w ukro... - o sorry, przecież był ukrop, HE HE - wokalista, który dodawał koncertowi nieco sensualnego charakteru, wnioskując po opiniach koleżanek. Sensowny, techniczny, ale odpowiednio dziki i naturalny nakurw. Czad (CO). (Miłosz Cirocki)

Tegoroczne gitarowo-punkowe napierdalanie wysoko zawiesiło poprzeczkę następnym edycjom. Szaleństwo pod sceną eksperymentalną przypominało czasy licealne na koncercie Pidżamy Porno. Pogo, circle pit, crowdsurfujący ludzie spadający mi znienacka na głowę, jeśli lubisz takie rozrywki, a nie było cię tam, to trochę przegrałeś. Na scenie też działy się ciekawe rzeczy, trzeba uczciwie przyznać, że wokalista Andy Laumann jest zwierzęciem scenicznym na miarę Iggy’ego Popa. W przerwach od skakania można było usłyszeć niezłe hooki gitarowe i różnorodność stylistyczną, sam zespół też wydawał się bawić świetnie swoją grą. (Krzysztof Krześnicki)

Cloud Nothings

Słyszałem, że słabą formę tłumaczy się tu brakiem drugiego gitarzysty i kto wie, może rzeczywiście nie przyjechał akurat ten członek zespołu, który trzyma go w ryzach, bo przez większą część występu miałem wrażenie, jakby chłopaki w ogóle się nie czuli. Przede wszystkim nie wiem skąd wzięła się u nich nieznośna tendencja do przyspieszania tempa w obrębie kawałków. Szczególnie, że nie wychodziło im to najlepiej i zwyczajnie się wówczas gubili. W przeciwieństwie do Miłosza, „No Future/No Past” podobało mi się jednak najbardziej. Może dlatego, że tam sobie tak nie poszarżowali. (Jędrzej Szymanowski)

Byłem nieźle wyczerpany po Dope Body, ale wątpię, by Cloud Nothings zdołało mnie porwać. Technicznie bez zarzutu, piosenki porządne, perkusista nawet bardzo sprawny, ale zespołowi chyba nie chciało się grać. Gdy między radosnymi melodiami pojawia się licho odegrane, pozbawione pasji „No Future/No Past”, Miłosz Cirocki udaje się w stronę prysznica. (Miłosz Cirocki)

The Soft Moon

Na koncercie The Soft Moon namiot Trójki był tak wypełniony, że co prawda udało mi się znaleźć kawałek przestrzeni z dobrym widokiem na scenę, ale – niestety – na uboczu. Musiało na tym ucierpieć moje doświadczenie koncertowe – brzmienie basów wydało mi się zbyt ciężkie i siermiężne, zbyt mechaniczne względem nowofalowej płynności, która charakteryzuje albumy Luisa Vasqueza. Pozostałe partie brzmiały bez zarzutu: od EBM-owych bębnów, przez puentującą ich jednostajny rytm post-punkową gitarę, aż po spotęgowany pogłosem wokal Vasqueza (ten ostatni efekt dobrze tuszował niedoskonałości jego głosu; trochę nie wyciągał). Setlista była urozmaicona (zagrali nowy utwór) i korespondowała z oczekiwaniami publiki – gdy tłum usłyszał pulsujące intro „Want”, finałowego kawałka, ludzie dookoła mnie momentalnie zapomnieli się w rytualnym tańcu. Solidny, nastrojowy koncert, nawet mimo nieadekwatnej pory. Tylko „Lost Years” mi zabrakło... (Ania Szudek)

Zbigniew Wodecki with Mitch & Mitch

Czy to mogło się nie udać? Gros naszych czytelników bez wątpienia dobrze już zna tę płytę, nie ma się więc co po raz setny rozwodzić nad klasą tego materiału. Oczywistością jest też legendarna koncertowa forma grupy Mitch & Mitch – takie połączenie mogło być więc jedynie strzałem w dziesiątkę. Co nas jednak zaskoczyło? (Patrzcie, nawet nie umiem tego pisać inaczej niż w trzeciej osobie, z perspektywy jakiegoś przeżycia pokoleniowego.) Bo poza kompozytorską i performatywną perfekcją znalazło się jeszcze – a jakże – miejsce dla niespodzianek.

1. AŻ TAK wielka dawka wzruszeń. Zarówno naszych, jak i zespołu, a może przede wszystkim – Pana Zbigniewa. To naprawdę może być całkiem nowy początek jego drogi (do gwiazd). Serio, oni muszą to zrobić jeszcze przynajmniej raz, żeby chociaż nagrać to DVD, wydać i wtedy usiąść na tyłkach. To, że nie zrealizowali tego teraz, jawi mi się jako jedyny błąd związany z tym gigiem. Już przy pierwszych dźwiękach zrobiło mi się strasznie smutno na myśl, że to się już nie powtórzy.

2. Bonusy. Moretti po raz kolejny w hajpie zapragnął wyprzedzić o krok wszystkich, którzy po zapowiedziach tego wydarzenia zdążyli wreszcie nadrobić debiut Wodeckiego. Choć „Rzuć to wszystko co złe” bezbłędnie sprawdza się w roli openera, oni na przekór jakby rozpoczęli od popularnego „Słoneczka”, czyli utworu „Opowiadaj mi tak”. Zabieg to znakomity, kolejny z pięknych ukłonów w stronę szansonisty, bo mający uświadomić świeżo zajaranym nim słuchaczom, że diamenty w dyskografii Zbiga na wałkowanym albumie się nie kończą. „Słoneczko” otworzyło koncert wcale nie gorzej niż zrobiłby to spodziewany indeks pierwszy, a kto wie, czy nie w sposób bardziej doniosły. Subtelny walc z wielkim, rewiowym otwarciem dęciaków, w którym ryzyko nieznośnego patosu zostaje ucinane w najwłaściwszych do tego chwilach, rzutem na taśmę (refren) – i z powrotem do wzruszeń. A kunsztowny incipit, w którym każda sylaba pierwszego słowa rozłożona jest na raz? To co? Za rok całe „Dusze kobiet”?

Był jeszcze drugi bonus: precyzyjnie przyszykowany bis w postaci tropikalnego klasyka, „Minha teimosia é uma arma pra te conquistar” Jorge Bena (teraz wszyscy dziękujemy Pawłowi Sajewiczowi za ten tytuł), z ciągniętym bez limitu niebanalnym „la la la”, odśpiewanym przez cały festiwal i zakotwiczonym od tego momentu na stałe w głowie każdej osoby obecnej wówczas w Dolinie Trzech Stawów.

3. Aranże. Mitche trzymały się płyty dość ściśle, ale i w tej materii pojawiły się mniej lub bardziej znaczne odstępstwa od wersji kanonicznych. Długo będę wspominał Wodeckiego jadącego „drugi głos” w drugim obiegu refrenu „Pieśni ciszy”, linijkę „gdzieś zasłyszana już raz...” oddaną w ręce chórku, UBOGACONY basowy groove tamże, przesunięcie akcentów w „Wieczór już”, perkusjonaliową rozpustę „Dziewczyny z konwaliami”, świetną wokalizę Piotra „Krakowiaka” Zabrodzkiego, czy wreszcie – absolutny samograj „Posłuchaj mnie spokojnie” (zagadka, dlaczego naczelnymi sylabami skatowanymi przez Alibabki były akurat „kere-ke”, nie daje mi spokoju).

A propos wzmiankowanych przez Rafała cudzoziemców domagających się „Pszczoły”: moment, w którym próbowali namówić do wspólnej zabawy stojącego nieopodal Kubę Ambrożewskiego nadaje się na serię memów.

Najlepszy koncert festiwalu/ów. Czy to mogło się nie udać? Zbyszek Preisner często zadaje mi to pytanie (śmiech). (Jędrzej Szymanowski)

Tegoroczny Off okazał się edycją wyjątkową z uwagi na to, że stał się pierwszym festiwalem tak spektakularnie legitymizującym rehabilitację dorobku artystycznego popularnego polskiego artysty. Napisano już na ten temat bardzo dużo i pewnie jeszcze więcej napisane dopiero będzie. Ja dorzucę od siebie tylko kilka impresji. Tuż przed samym koncertem Wodecki + Mitch & Mitch, pod sceną pojawiła się grupka obcokrajowców śpiewających „Pszczółkę Maję”, a kiedy show na dobre się rozkręciło, wygłupiające się towarzystwo w tajemniczych okolicznościach opuściło publikę, a wokół mnie pozostał tylko skupiony na muzyce tłum. Tak jakby postępujące akordy orkiestrowej aranżacji, w połączeniu ze świetnym wokalem, dokonały aktu odkupienia i przywróciły należytą estymę utworom z debiutanckiej płyty popularnego Zbiga. Tyle doszukiwania się teorii, bo przecież wiadomo, że Wodecki, tak czy siak, znakomicie poradziłby sobie w każdym dobrze dobranym anturażu (nawet Moretti powściągał swoją charakterystyczną konferansjerkę, aby oddać pole głównemu bohaterowi). Co do wokalu, nie można było mieć żadnych wątpliwości, w końcu facet zarabia śpiewaniem przez większość swojego życia, ale dodatkowym smaczkiem były zwięzłe, ale trafne pociągnięcia smyczkiem. „Rzuć to wszystko co złe” usłyszane live, plus publika skandująca „Zbigniew” – najbardziej wzruszające momenty festiwalu. (Rafał Krause)

W tym temacie właściwie wszystko podsumował Kuba Ambrożewski w zajawce festiwalu: pod wieloma względami byliśmy świadkami wydarzenia epokowego, pięknego. Ale już nawet pomijając cały kontekst rewitalizacji klasyków polskiej piosenki i momentami niezdrowe podniecenie związane z występem Mitchów i Pana Zbigniewa, był to rewelacyjny występ pod kątem aranżacyjnym i brzmieniowym. Obawy wykonawców okazały się zupełnie bezzasadne, przyjęcie było hiperentuzjastyczne – mimo tego, że zapewne część ludzi przyszła na występ dla beki i domagali się od frontmana „Pszczółki”, jak przed laty „Roweru” od Janerki, to widok rozchodząego się tłumu nucącego melodie luzofońskiego coveru wieńczącego występ był niesamowity. Osobiście chyba nigdy nie słyszałem na żywo lepszego wokalisty niż Wodecki, a Macio Moretti wraz z ekipą zaprezentowali się w życiowej formie. Minął tydzień, ale nadal jak myślę o tym piątkowym wieczorze w Dolinie Trzech Stawów to przechodzą mnie ciarki. Nie wiem czy to rzeczywiście nie był najlepszy koncert w historii Off Festiwalu. (Dariusz Hanusiak)

Frakcja songwriterska redakcji jarała się niepomiernie (padały nawet wyrażenia w rodzaju „nikt przy zdrowych zmysłach nie pójdzie na Nite Jewel”, które uważam za lekką przesadę – nie każdemu musi odpowiadać orkiestrowy rozmach i ta dawka patosu), ja natomiast szedłem na świeżaka. Selftitla Wodeckiego słyszałem w życiu kilka razy, a poza tym orkiestrowe aranże, sam Zbig i nawet Moretti w Mitchach to nie jest moja działka. Ale bawiłem się przewyśmienicie. Ogromna radość wychwytywania detali, czułość włożona przez artystów w chyba każdy dźwięk, nienachalny wpływ Mitchów, szalone skrzypce Zbiga? Bomba! Może i słucham jakichś wkurzonych nojzroków, ale w życiu nie uznam tego pięknie przygotowanego spektaklu za „kiczowaty”. Na kolana, chamy. (Miłosz Cirocki)

Czy cała ta sprawa ze Zbyszkiem, która rozgrywała się przez kilka lat na naszych oczach, nie przypomina wam trochę historii o Sugar Manie? Widok bohatera wieczoru uśmiechającego się po każdej piosence: bezcenny. Jeden z najbardziej wzruszających koncertów na jakim byłem. (Sebastian Niemczyk)

The Pop Group

Mam już dosyć zespołów takich jak The Pop Group, które reaktywują się po dwóch/trzech dekadach, wożą się po festiwalach, grają muzykę alternatywną i udają, że ani oni, ani my, ani świat się nie zmienił. Przygnębiające. (Sebastian Niemczyk)

Guardian Alien

Być może się nie znam, ale Greg Fox to umiejętnościowo chyba największy wariat, którego widziałem na perkusji. Absolutnie straciłem zmysły, gdy jego potrzaskany („połamany” to eufemizm) bit wszedł w gęstą, basową zawiesinę nisko strojonej gitary, basu i dwóch zestawów elektroniki. Przez pierwsze dziesięć minut istniała tylko jego wariacka popisówa, przy czym reszta instrumentalistów dbała, by całość nie zaszła satrianizmem. Gdy przyzwyczaiłem się do ultraszybkiej gry Foxa, stała się ona integralną częścią muzyki, która dorównywała troszeczkę głupiutkiej nazwie zespołu - to było rozczłonkowujące wznoszenie się w kosmiczne przestworza z prędkością rakiety albo alieno-anioła stróża, którego być może symbolizowała pozytywnie wiedźmowata wokalistka. Aśtar Śeran docenia i rekomenduje. Mogłoby być dziesięć minut krócej, ale i tak największe odkrycie festiwalu. (Miłosz Cirocki)

Mało brakło bym nie znalazła się na tym występie - rozanielona po koncercie Wodeckiego poszłam ze znajomymi na The Pop Group, których wcale tak bardzo nie lubię, ale „doceniam", więc istniało prawdopodobieństwo, że koncert mnie przekona. A nie doczytałam, że występujące w tym samym czasie Guardian Alien to projekt znanego z Liturgy i Zs perkusisty Grega Foxa. Na szczęście zapach stęchlizny na Leśnej skutecznie wywiał mnie pod Scenę Eksperymentalną. A tam dwie doomowe gitary, swobodna, wręcz improwizacyjna sekcja rytmiczna, dwie osoby za konsoletą i efektami, w tym jedna to wokalistka wydająca z siebie quasi-afrykańsko-plemienne wokalizy. Z początku perkusja wydawała się odlepiona od reszty grupy, jednak wydaje się to winą akustyka - w pewnym momencie zespół zaczął brzmieć kompletnie. A wtedy stał się dla mnie sensacją festiwalu, bo każdy z ich ruchów, czy to zmiana rytmu, czy to niuanse fakturalne, zdawały się niezwykle przemyślane. Dobrze, że nie słucham The Pop Group. (Andżelika Kaczorowska)

The Smashing Pumpkins

Nieobecny Corgan (Gdzie ja jestem?). Pustka w twarzy jego (Hmm, a gdzie byłem wczoraj?). Brzuszek (Walcie się, jestem słodki!). JAK MOŻNA SIĘ TAK UBRAĆ (Jaa, założyłem sztruksy...). Olewacki wykon (Tego fragmentu nie śpiewam. Na „Oceanii” i tak są lepsze melodie.). Choć głos ten sam (teraz zabrzmiałem jak Paweł Kostrzewa – J.S.).

Znajoma fanka: „Pod sceną było super!”. (Jędrzej Szymanowski)

Nowa basistka The Smashing Pumpkins to jest po prostu obiekt. Typiara ubrała się w seksowną sukieneczkę, gra na instrumencie rockowym, uśmiecha się zalotnie, kamerzysta się do niej przykleił tak groteskowo bardzo, że dałoby się o tym napisać wiersz współczesny. Jeśli zamiennikiem D’arcy miała być seksowna cizia, zamiennik Jamesa Ihy musiał być tak samo jak Iha półazjatą. Z perspektywy pomnika na eksperymentalnej (dobry punkt spotkań, stojąc na nim łatwo zwrócić na siebie uwagę) widziałem, jak zespół Corgana schodzi ze sceny i nie odzywa się do siebie ani słowem. Rokenrol. Spontaniczność. Lekarza temu typowi. (Miłosz Cirocki)

No właśnie. Nie oceniam całego występu, bo załapałem się jedynie na te kawałki, które grano po zakończeniu koncertu Aluny, ale wrażenie w najlepszym wypadku takie se. Było to kompletne zaprzeczenie pozytywów konkurującego o publikę koncertu AlunyGeorge. Niby leciały hity sprzed lat, ale było to tak anemiczne, smętne i odegrane na odwal się, że można było zacząć się zastanawiać, czy faktycznie Malkmus nie miał racji i nie należało powątpiewać w faktyczną wartość rzeczonych kompozycji. Mimo wszystko, obraz jednego z bardziej wyrazistych zespołów rockowego mainstreamu sprzed dwóch dekad przegrywającego z karczmą piwną jest smutny. (Dariusz Hanusiak)

AlunaGeorge

Przyznaję raz jeszcze, że przed festiwalem nie zdążyłem posłuchać superświeżego „Body Music” i – pomijając oczywiste, znane mi od ponad roku single (albo powiedzmy wprost: hity) – koncert był moim pierwszym kontaktem z tymi piosenkami. Chwyciły jednak od razu, bo to faktycznie INSTANTNE przeboje. Zaraz po koncercie z miejsca wiedziałem, jaki album będę katował po powrocie do domu i nie kłamałem – robię to. Sądząc po rozbujanej publiczności, podobało się nie tylko mnie. Ze względu na świeżość sprawy refreny wprawdzie nie były jeszcze śpiewane, ale to powinno się wkrótce zmienić na koniecznej przecież do zorganizowania serii koncertów klubowych w naszym kraju. Aluna Francis już na początku drogi uwodzi swadą ZAWODOWEJ gwiazdy światowego r'n'b. Scenicznym ruchem i swobodą w głosie pokazuje, że undergroundowy hype wcale jej nie starcza – jest wyraźnie zdeterminowana do podboju chartsów. Co z takim materiałem jest wcale możliwe. Tu zaskoczyło mnie pierwsze zetknięcie z rozpędzonym „Lost & Found” (dziwne, ale wciąż zajebiste) i – przede wszystkim – cover „This Is How We Do It”, kawałka który od lat zdarza mi się nucić w najmniej spodziewanych momentach życia, w głębokim dzieciństwie zasianego w moim umyśle przez oldschoolowy screensaver (w ogóle: postać screensaverów) z NBA znaleziony na płytce z czasopisma PC Shareware. A już się bałem, że tylko ja lubię ten numer. Co tu się stało? Otóż AlunaGeorge na kolejnym poziomie wcielili właśnie w życie swoją flagową formułę z „You Know You Like It”. (Jędrzej Szymanowski)

Wielkich oczekiwań nie było, bo z materiałem albumowym udało mi się zapoznać dopiero parę godzin przed koncertem na A4 w drodze do Katowic, ale czasem może to i lepiej iść na koncert na świeżo. Na łamach Screenagers od zawsze powtarzamy, że tacy artyści są potrzebni na Offie – świeżość, energia, bity, impreza. OK, dziecięcy wokal Brytyjki mógł momentami denerwować, były momenty bardziej ślamazarne i sam występ trwał 10 minut krócej niż było w planie, ale AG spokojnie nadrobili to jakością kompozycji i energią na scenie. Jako fanatyk Disclosure oczywiście najbardziej euforycznie przyjąłem „White Noise”, snując wizję co by to było, gdyby byli tu autorzy „Settle” (ale z wszystkimi featuringowcami, co bardzo słusznie odnotował red. Niemczyk). Byli za to AlunaGeorge i było bardzo dobrze; nawet przez moment nie żałowałem nie pójścia na Corgana. (Dariusz Hanusiak)

Laurel Halo

Nie znam się na muzyce elektronicznej do tańcosłuchania i nie wiem, dlaczego nudząca mnie straszliwie płyta Halo została uznana przez Wire za najlepszy krążek roku ubiegłego. Ale koncert uwiódł mnie minimalizmem, kryształowymi, gładkimi dźwiękami i niezłą dramaturgią (w miarę upływu czasu pojawiało się coraz więcej ozdobników, a przestrzeń poszerzała się). Ruszyłem do tańca, ale nie mogłem też oderwać swojej okropnie męskiej uwagi od sceny. Na stronie muszę się przyznać do tego, że schowana za stołem i burzą włosów Halo, skupiona na swojej pracy, ale przy tym wprawiona w osobisty trans, była dla mnie najbardziej fascynującą kobietą na festiwalowej scenie. Jakiż kontrast z oczywistą do bólu zębów typiarą z Dyń. Było mi aż szkoda opuszczać Eksperymentalną, ale zaczynał się Shackleton, o którym wszystko napisała Andżelika (moje nogi z rana czuły wizytę w młockarni). (Miłosz Cirocki)

Shackleton

W ciągu roku widziałam trzy występy Shackletona i naprawdę nie czuję za bardzo zmęczenia materiału, bo każdy był zupełnie inny. Ten producent dopasował się do festiwalowej atmosfery stawiając na podkręcone tempo, wpływy rave'u, momenty IDM-owe i house'owe. Nie omieszkał też wplątać charakterystycznych fragmentów z „Music For The Quiet Hour”, na których prowadził pracę motywiczną spajającą w spójną całość ten eklektyczny set. Mimo komplikacji mikrostruktur dla tej muzyki publiczność straciła głowę, o czym może świadczyć fakt, że blisko dwadzieścia osób postanowiło uformować… ciuchcię, która okrążała wnętrze namiotu Trójki. W tym szaleństwie pojawiły się również nowe utwory, czyli również coś dla fanów. Jeden z najmocniejszych momentów OFFa. (Andżelika Kaczorowska)

Highlight taneczny festiwalu, jak i całego OFFa. Shack nie zawiódł pokładanych w nim ogromnych nadziei i zaserwował nieziemską wręcz wiksę. Intensywność to słowo klucz do grania na żywo Anglika, momentów na oddech nie było zbyt wiele. Wychodząc od jednego motywu, potrafił tak rozbudować kompozycję, aż osiągały niesamowite punkty kulminacyjne, na które entuzjastycznie reagowała publiczność pogrążona w transowych pląsach. Szczerze powiedziawszy, sam byłem całkowicie pochłonięty gibaną, aż nie zauważyłem kiedy występ się skończył. Niech to posłuży za najlepszy opis występu angielskiego dżentelmena w kapeluszu i prochowcu. Kto nie był, ten trąba, bo ominęła go wiksa stulecia.(Krzysztof Krześnicki)

Screenagers.pl (9 sierpnia 2013)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: pszemcio
[13 sierpnia 2013]
koncert Woods na tyle fajny, że sięgnąłem po nim po ich płyty (też fajne)
Gość: zenobia
[12 sierpnia 2013]
Dlaczego piszecie o Hokei jakby to był kolejny zespół Ziołka? Ziołek tam gra, ale Hokei powstał, bo to był pomysł Piotrka Bukowskiego. Na długo przed tym jak polski net zajarał się hypem Ziołka...
Gość: kow
[12 sierpnia 2013]
nikt nie był na Woods?
Gość: pszemcio
[12 sierpnia 2013]
Jędrzej Szymanowski - zdaje się że Kuba A. juz kiedyś tłumaczył błędne zastosowanie słowa WYKON. A nawet jeśli nie, to błagam o nie używanie tego badziewnego zwrotu
Gość: kidej
[10 sierpnia 2013]
Zabawie sie w recenzenta i dopisze jeszcze pare zdan o Woods.

Bardzo przyjemny koncert, swietnie pasujacy do katowickiego upalu. Zespol wypadl bardzo dobrze zarowno w piosenkach, jak i w 10-minutowym instrumentalu (nie wiem, na ile zajamowanym, a na ile odegranym), troche kojarzacym mi sie - moze tu przesadzam, ale niech bedzie - z Grateful Dead. Choc znajomi mowili mi potem bardzo cieplo o Dope Body, to wcale nie zalowalem, ze wybralem jednak tych hipisow.

Poza tym bardzo fajna relacja, i duzo zgody (moze poza Pop Group - sluchalem ich z gastro i brzmialo to bardzo mocno). No i jeszcze brakuje mi opisu Girls Against Boys, mojego numeru 2 dnia (za Zbigiem).

Szkoda, ze Hokei skonczyl przed czasem, bo wyszedlem ze swietnej Hery, zeby zobaczyc chociaz kawalek wystepu.
Gość: jaa
[10 sierpnia 2013]
shackleton rzeczywiście bardzo mocny, choć jak dla mnie momentami zbyt wiksiarski. może za mało mojego wkładu własnego w celu oddania się transowi. ale w tym miejscu trzeba też napisać o
anulowanym the haxan cloak!!!!!!!!!!! jak dla mnie to najwieksze rozczarowanie festiwalu, bo liczylem bardzo na ten koncert.
Gość: mikolaj
[10 sierpnia 2013]
Nie rozumiem tego narzekania na koncert smashing pumpkins, moim zdaniem zabrzmial bez zarzutu, trudno czepic sie set listy a to ze corgan to despota chyba kazdy wiedzial.

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także