Polskie Piosenki Wszech Czasów

#1

Polskie Piosenki Wszech Czasów - #1 1

1. Andrzej Zaucha – Byłaś serca biciem
[muz: J. Dobrzyński; sł: Z. Książek; 1988]

Andrzej uwielbiał biesiadować – wspomina Andrzeja Zauchę jego przyjaciel Andrzej Sikorowski z zespołu Pod Budą. I właśnie być może w tej słabości do biesiadowania tkwi klucz do twórczości Andrzeja Zauchy, która obfitowała we wzloty i upadki, w repertuar najeżony zarówno jazzem oraz progresywnością, jak i muzyką iście chałturniczą. Jego aparycja PRL-owskiego everymana, łysiejącego wąsacza z cinkciarskim błyskiem w oku, idealnie korelowała z tym podskórnym pragnieniem zaznania blichtru i sławy koloryzujących nadwiślańską szarzyznę. Stąd kilka wątpliwej jakości wyborów artystycznych w latach 80., jak „Baw się lalkami” czy twistowe podrygi do „Czarnego Alibaby”. Zaucha potrafił balansować na granicy dobrego smaku, ale robił to jak nikt inny. W repertuarze nagrywanym pod publiczkę karty były bowiem wyłożone na stół: dajcie mi sławę, a dostarczę wam rozrywki. Ubodzony ogromnym sukcesem piosenki Zbigniewa Wodeckiego „Chałupy welcome to” Zaucha postanowił zabawić się regułami show-biznesu, podejść do nich z kpiną, przekorą i premedytacją. Zapłacił rzecz jasna za to też ogromną cenę – w zbiorowej pamięci nierzadko funkcjonuje jako artysta niedoceniony, dostawca przaśnych przebojów do odgadnięcia po jednej nutce w telewizyjnym programie „Jaka to melodia”, a jego ambitny repertuar pokryła dziś gruba warstwa kurzu.

A pamiętajmy, że ten muzyczny samouk, właściciel niebywałego głosu, którym potrafił szarżować po skali jak mało kto, w latach 70. podważył wszechobecną dominację big beatu, wprowadzając do rodzimej fonografii fuzję jazzu i rocka. Jego zespół Dżamble w swoich najlepszych momentach śmiało gonił zachodnie grupy jak Soft Machine czy Chicago. Kto wie, czy to właśnie nie Andrzej Zaucha położył podwaliny pod unikatową narrację w polskiej muzyce rozrywkowej, nie raz sygnalizowaną przez nas w niniejszym podsumowaniu, w której świat jazzu naturalnie przeplata się ze światem popu; gdzie wybitni jazzowi kompozytorzy i cenieni poeci tworzyli muzykę oraz teksty dla wykonawców z głównego nurtu.

Dramatem Andrzeja Zauchy jest bycie artystą niezrozumianym podwójnie. Po raz pierwszy w okresie awangardyzującym, który zjednał mu krytyków, lecz poskąpił przychylności publiczności; po raz drugi w latach 80. – gdy u szczytu popularności Zauchy polska krytyka muzyczna, niczym dwunastu sprawiedliwych, wydała na niego wyrok skazujący. Obiegowa opinia głosiła, iż bycie wokalistą wybitnym stępiło w nim artystyczny instynkt. Fakt, że w każdym repertuarze czuł się znakomicie, miał sprawiać, że zobojętniał na to, co śpiewa. To bolączka naszej rodzimej krytyki, która w wyniku uwarunkowań historycznych umiłowała sobie świat sztuki zaangażowanej, podziemnej, zakazanej, z pobłażaniem zerkając na twory popkultury. Celem naszego podsumowania jest podważenie tego paradygmatu, próba podgryzienia wrodzonej martyrologii, która przez 60 lat polskiej muzyki rozrywkowej wciąż każe się trzymać skostniałego kanonu, zaburzającego recepcję kultury. Kanonu, który w dalszym ciągu na piedestał wynosi twórczość antysystemową, „ambitną”, czyniąc te dzieła wybitnymi niemalże z automatu.

Dokonania Andrzeja Zauchy z lat 80. są chyba najlepszym przykładem błędnego rozumowania, jakie toczy polską myśl krytyczną. Wokalista jazzowy, pionier scatu, z namaszczeniem podchodzący do frazowania, karkołomnie wtapiający nadprogramowe sylaby pomiędzy sztywne, uwierające takty nagle zjawia się w niemal synth-popowym repertuarze, w kanciastych, „plastikowych” wykwitach konsolet z naszych niedoskonałych PRL-owskich studiów nagraniowych. W jednym rzędzie z Papa Dance, Anną Jurksztowicz i Kombi. Bez białej flagi, niecierpliwego ducha i burzenia murów. Jak na ironię, to właśnie Zaucha za sprawą takiego singla, jak „Byłaś serca biciem”, wpuszczał zachodniego ducha do zatęchłych PRL-owskich przestrzeni, fundując polskiej publiczności nadwiślańską wersję Scritti Politti: fantastyczne smagnięcia sophisti-popowych refrenów, syntezatorowy funk, wyłaniające się z hipnotycznej repetycji kapitalne mostki. A śpiewał to z taką tęsknotą, jakby podświadomie przeczuwał smutne wydarzenia następnych miesięcy: śmierć swojej ukochanej żony Elżbiety.

Tak jak Przybora miał Agnieszkę Osiecką, a Dygat Kalinę Jędrusik, tak Andrzej Zaucha był – jak mówią jego przyjaciele – nierozłączny ze swoją muzą i żoną, Elżbietą, którą poznał jeszcze w szkole. Nikt nie mógł przewidzieć, że „Byłaś serca biciem” – hymn braku, który wcale jeszcze nie nastąpił i rzewne wspomnienie czegoś, co jeszcze przecież trwało – stanie się gorzko aktualnym komentarzem po śmierci małżonki Zauchy, ledwie rok po wydaniu piosenki. Dwa lata później, w 1991 roku, Zaucha zostaje zastrzelony przed krakowskim Teatrem Stu przez zazdrosnego męża aktorki, z którą się spotyka. Historia Zauchy w tym momencie się urywa. Nigdy nie doświadczy eksplozji w polskim przemyśle rozrywkowym lat 90. Nie przeżyje czasów, w których do tytułu platynowej płyty trzeba będzie sprzedać aż 250 tys. egzemplarzy, ani też tych gorszych, w których wystarczy już 30 tys. Nie wystąpi w wysokiej jakości teledysku, nie załapie się na świetność Fryderyków i ich powolny upadek. Nie obejrzy swoich przyjaciół: Zbigniewa Wodeckiego i Krzysztofa Piaseckiego prowadzących popularne programy telewizyjne, sam takiego programu nigdy nie poprowadzi. Nie pozna kilkudziesięciu piosenek, które uznaliśmy w tym podsumowaniu za istotne, nawet jeśli żadna z nich nie zasłużyła na pierwsze miejsce. W filmie dokumentalnym o Zausze Andrzej Sikorowski pokazuje ostatnie fotografie, zrobione dosłownie w przeddzień śmierci muzyka. Spośród calej kolekcji jedynie zdjęcia, na których jest krakowski wokalista, po wywołaniu okazały się prześwietlone. I to właśnie Andrzej Zaucha – prześwietlona klisza w opasłym albumie polskiej muzyki, urwana opowieść bez happy endu i – powiedzmy to, nawet jeśli nieśmiało – najlepsza polska piosenka w historii. (Marta Słomka i Kamil J. Bałuk)

Posłuchaj >>

Podobało się? Posłuchaj również:
Lora Szafran i Mieczysław Szcześniak – To moja magia
Kombi – Tabu – obcy ląd

UWAGA!!! POSŁUCHAJ WSZYSTKICH UTWORÓW PODSUMOWANIA DZIĘKI PLAYLIŚCIE YOUTUBE

Screenagers.pl (1 czerwca 2012)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Wybierz stronę: 1 2 3 4 5 6 7
kuba a
[7 czerwca 2012]
Wydaje mi się, że kwestia mitycznej "dekontekstualizacji" nie powinna być tak obsesyjnie demonizowana i rozkładana na czynniki pierwsze :) Tłumaczyłem z grubsza pod inną z części podsumowania, co przede wszystkim w przypadku PPWC należy rozumieć pod tym postulatem, zacytuję:

[Dekontekstualizacja w tym przypadku oznacza przede wszystkim odarcie tych piosenek ze stereotypów, jakimi obrosły przez kilka dekad; równa się próbie przesłuchania ich ponownie "bez skojarzeń".]

Wygląda zresztą, że dochodzimy po mału do jakiejś konkluzji, bo całą resztę ująłeś już w zakończeniu swojej wypowiedzi - chodzi o przyjemność (rozumianą bardzo szeroko; zarówno euforyczne popowe hooki, jak i wyraziste kreacje artystyczne wchodzą w grę) z obcowania z piosenką w jej pierwotnej postaci.
Gość: Rafał Kalukin
[6 czerwca 2012]
I tak oto zostałem wtłoczony w buty antypopowego troglodyty!!!
Kuba: Faktycznie pisałem, że \"ci artyści byli reżimowi, więc ich muzyka była nieautentyczna\". Nigdy jednak nie dochodziłem do konkluzji, że przez to \"słaba\". Wręcz przeciwnie, ci ludzie byli przecież zawodowcami. Kompletnie nie o to chodziło.
Marta: wzruszenie sekwencją akordów w utworze popowym jest warte tyle samo, co wszystkie inne wzruszenia tego świata. Zresztą słuchając dziś muzyki trudno o inny rodzaj wzruszenia, kategoria estetyczna jest teraz pewnie jedynym sensownym punktem odniesienia. I tu Was świetnie rozumiem, buntuję się jednak przeciwko proklamowaniu tej kategorii jako jedynej właściwej w ocenie historii muzyki pop. Gdy Gawliński apokaliptycznym głosem zawodził w połowie lat 80., że \"nie ma już Francji\", budziło to grozę i angażowało emocje daleko bardziej, niż najbardziej wymyślna progresja akordowa. To zresztą nie przypadek, że polska new wave poszła tropem Joy Division, a nie XTC czy Scritii Politti - a wydaje mi się, że macie o to do niej pewien żal. Czasy jednak sprzyjały takiemu graniu i - twierdzę - nie wolno od tego abstrahować, nawet jeśli aktorski patos Gawlińskiego w naszej ironicznej teraźniejszości już tylko śmieszy.
Czy rzeczone Madame i inni bohaterowie undergroundu zestarzeli się? Oczywiście, ta muzyka cuchnie naftaliną! Choć z drugiej strony zastanawiam się, co to tak naprawdę znaczy dla muzyki \"zestarzeć się\". Że dziś nikt tak nie gra? Że ta estetyka wyczerpała się? Nie wyszły z niej żadne wartościowe inspiracje? Co definicja, to rodzi nam się nowy kontekst. A przecież miało ich nie być.
Cóż, w moich oczach Wodecki był muzycznym staruszkiem, gdy miał (zerkam teraz do Wikipedii) 35 lat. To dopiero było zestarzałe i zramolałe! Prońko, Sośnicka i inni - tak samo. To był trup po gierkowskiej dekadzie kiczu, sztucznie podtrzymywany w ramach jaruzelowej \"normalizacji\" na froncie rozrywki.
Im dłużej prowadzimy tę dyskusję, tym bardziej nabieram przekonania, że muzyka pop nie może istnieć bez kontekstów. Gdy proklamujecie ich odrzucenie, tworzycie tylko kolejny kontekst służący uzasadnieniu takich, a nie innych wyborów. Na końcu pozostanie zawsze to, że coś nam się po prostu podoba, i to jest w zasadzie jedyne sensowne, - i absolutnie pozakontekstowe! - uzasadnienie.
Zresztą Kuba Ambrożewski sam mówił w Wyborczej, że najfajniejsza przy tworzeniu listy była frajda przy ponownych odsłuchach.
Gość: PS nzlg
[6 czerwca 2012]
@Sośnicka i cold wave

Przede wszystkim nie wydaje mi się istotne, czy Zdzisława Sośnicka świadomie nawiązała w \"Realiach\" do cold wave. Chodzi o to, że dzisiaj ten utwór brzmi bardzo a propos tamtych czasów - nawet jeśli to zupełny przypadek. Daje się w nim wyczuć jakiś zeitgeist, z jednej strony odwzorowanie wówczas modnych trendów w światowym popie (spogłosowany bas), a z drugiej napięte do absurdów sprzeczności (dołująca zwrotka vs pełen nadziei refren / progresywne intro vs popowa melodyka / przebojowy sznyt vs industrialne brzmienie). No i rzecz jasna jest to po prostu genialna kompozycja (najlepszy hook w całej polskiej muzyce wg mnie).

Oczywiście fajnie byłoby myśleć, że LP \"Realia\" jest w pełni przemyślaną kreacją artystyczna, ale pamiętajmy jak wyglądały wówczas warunki dla nagrywania popu w Polsce - wchodziło się do studia wtedy kiedy akurat zadzwonili Z CENTRALI, że jest taka możliwość, i nagrywało się utwory, które akurat były na podorędziu. Przedstawiona wcześniej teza, że gwiazdy estrady mogły ZA KOMUNY robić wszystko, już na pierwszy rzut oka wydaje się nieprawdziwa. Dlaczego taki Zbigniew Wodecki, człowiek o dużej świadomości muzycznej, wywodzący się z totalnie ARTYSTYCZNEGO środowiska, songwriter i instrumentalista, po debiucie w \'76 r. czekał aż 11 lat z follow-upem? Bo kąpał się wówczas w szampanie? Nie sądzę. Albo Zaucha, który po Anawie przez cała dekadę nie mógł znaleźć dla siebie miejsca i grywał chałtury w prowicjonalnych miasteczkach?

Trudno w takich warunkach o spójny przekaz. Do głowy przychodzą mi w zasadzie tylko dwie sytuacje, kiedy polski pop z lat 80. był robiony według jakiegoś masterplanu - oczywiście chodzi o Papa Dance, ale też o Ewę Bem na \"I co z tego masz?\". A pamiętajmy, że nie można zestawić takiej Sośnickiej, Prońko czy Frąckowiak z np. Brygadą Kryzys - ZESPÓŁ wchodzi do studia i choćby nie miał przećwiczonego materiału, leci na setkę, a efekt wydaje się jeśli nawet nie dobry, to przynajmniej konsekwentny. Inaczej popowa piosenkarka w PRLu - dostaje telefon,. że robimy nagranie, więc pyta zaprzyjaźnionych kompozytorów i tekściarzy czy coś dla niej mają, sprawdza w swoim kajeciku czy czegoś sama ostatnio nie napisała, i koniec końców \"ciuła\" 10-12 tracków, z których każdy jest z innej bajki. Przykłady? \"Subtelna gra\" Prońko z \'87 roku, gdzie na przestrzeni czterdziestu minut mamy country, soulowe ballady, elektroniczną sambę, synth-pop, funk i chyba tylko rockowego wygrzewu brakuje. Takie zestawienia musza rodzic estetyczne napięcia i tarcia, jakis kreatywny niepokój, który wprost słychac w muzyce. Mnie jego jego rozkminianie strasznie jara - małe zwycięstwo popowego artysty co do zasady cieszy mnie bardziej, niż epicki manifest zgranego zespołu (co oczywiście nie znaczy, że z automatu oceniam \"Subtelną grę\" wyżej niż, powiedzmy, \"Nową Aleksandrię\").
Gość: Tomek
[6 czerwca 2012]
Jeszcze jedno, a propo autentyzmu. Z notki o \"Wiedziałem, że tak będzie\" Molesty:

\" od ulicznego gniewu podanego na „Skandalu” z nieogarnialną do dziś pasją i szczerością zaczyna się złota era polskiego rapu. (...) Dzisiaj „Wiedziałem, że tak będzie” to dzieło o znaczeniu historycznym: życiowa mądrość złych i łysych paraliżuje trafnością obserwacji, a goście, którzy lata wstecz wydawali się niezbyt rozgarniętymi dresiarzami, dziś definiują dla mnie autentyzm w muzyce. \"

Szczerość, autentyzm.
Gość: sober
[6 czerwca 2012]
Rafał Kalukin - dobrze prawi, dać mu wódki!
Gość: lukas
[6 czerwca 2012]
@Rafał Kalukin - też cenię czarną muzykę, ba, wychowałem się na niej. Solowa kariera Zauchy to sinusoida. O estradowym wcieleniu sam wspomniałeś, ale czy wiesz np. (piszę to bez ironii), że był świetnym perkusistą, dopiero potem został wokalistą? Zresztą po Dżamblach wrócił do bębnów (Old Metropolitan Band), była też i jazz-rockowa współpraca z Jarosławem Śmietaną. Generalnie zadziwiająca postać, bo przecież generalnie miał być zecerem, sam uczył się śpiewu (i dzięki doskonałemu słuchowi bardzo szybko przyswajał zagraniczne utwory np. Raya Charlesa), wreszcie mistrz Polski w kajakarstwie wytypowany do kadry olimpijskiej na igrzyska w Tokio w 1964 r.:). No a już Dżamble to efekt znajomości bigbitowców z krakowskimi jazzmanami (Seifert, Stańko), rhythm and blues bez precedensu w Polsce, koncerty u boku Blood, Sweat & Tears i doskonałe "Wołanie o słońce nad światem"...
Gość: Tomek
[5 czerwca 2012]
Ja nie mogę zrozumieć jednej rzeczy: piszecie, że chcecie oderwać muzykę od kontekstu, w którym do tej pory istniała, ok. Jakość kompozycji jako główny punkt odniesienia. To jestem w stanie zrozumieć. Ale w momencie kiedy dyskusja schodzi na kwestie autentyczności czy mitu undergroundu lat 80tych, a potem czytam komentarz Pawła Sajewicza do 'Realiów" Sośnickiej, to coś mi nie gra. Bo to tak, jakby autor komentarza chciał opisać tamtą rzeczywistość, realia 84', stan wojenny itd. właśnie za pomocą tej piosenki. Zgoda, można, ale to polega na tym, że odrzucacie kontekst jaki ta piosenka miała wtedy, kto ją i dla kogo tworzył, gdzie była wykonywana, i tworzycie kontekst własny, który wam bardziej odpowiada. Bo szczerze mówiąc, to "Realia" Sośnickie można spokojnie podmienić na jakiegoś tuza z underground lat 80tych (wstawić odpowiednią nazwę) i zostawić tekst. Kontekst będzie wtedy rockistowski. Wy po prostu tworzycie swój własny porządek ideowy. Wyrywacie mainstreamowe nagrania perelowskie z ich znaczenia kulturowego i wrzucacie we własne. Spoko, to Wasza lista, wolno Wam. Ale czy naprawdę jest to sprawiedliwe dla własnie zasłużonego undergroundu lat 80tych?
marta s
[5 czerwca 2012]
Ale czy wzruszenie piękną sekwencją akordów w numerze popowym jest mniej warte od wzruszenia się antyreżimowym kontekstem twórczości losowego wykonawcy z polskiego podziemia lat 80.? Nie sądzę. Nam tutaj chodzi przede wszystkim o to, że i to, i to jest godne uwagi i polecenia, jeżeli jest sprawnie napisanym utworem. Jeśli jest świetnym kawałkiem z ciekawą historią w tle - tym lepiej, chętnie przytoczę ten kontekst i opowiem o zjawisku. Na potrzeby tego zbioru odświeżyłam sobie swoje punkrockowe i nowofalowe zbiory, bo kiedyś sporo siedziałam w tym temacie, i z przykrością skonstatowałam, ze wiele numerów się w ogóle nie broni. Kiedyś, gdy byłam młodsza, mnie to ruszało, dziś okazuje się, że sam sentyment do tej - co by nie mówić - pięknej historii polskich podziemnych zespołów mi nie wystarczył. Chętnie - piszę to bez ironii - zobaczyłabym listę 20-30 singli z tego okresu, które mogłyby powalczyć z tą dwusetką. Prywatnie brakuje mi tu choćby "Telewizji" Kryzysu czy "Nowej Aleksandrii" Siekery, mimo że - jak już to wiele razy zostało powiedziane - ociera się o plagiat Killing Joke.
kuba a
[5 czerwca 2012]
W momencie, w którym dokonujesz przełożenia kategorii autentyczności na jakość muzyki jako takiej (czyli: ci artyści byli reżimowi, więc ich muzyka była nieautentyczna, więc słaba), jest to dość typowy rockistowski schemat. Ale zostawmy tę szufladkę, pewnie niepotrzebnie ją przywołałem.
Gość: Rafał Kalukin
[5 czerwca 2012]
Kategoria szczerości/autentyczności ważna jest wszędzie tam, gdzie muzyka jest jeszcze nośnikiem szerszych treści społecznych bądź kulturowych. A więc w hip hopie również. Mainstreamowy pop nie jest "z definicji zły", tylko znajduje się w nieco innym porządku aksjologicznym, zaspokaja nie do końca te same potrzeby słuchacza.
Nie podoba mi się sposób, jakim posługujecie się etykietą "rockizm". Tropicie przejawy "rockizmu" z pryncypialnością godną zetempowców demaskujących twórczość wroga klasowego jako "burżuazyjną"
pagaj
[5 czerwca 2012]
Ale rockizm dziś definiuje się nie jako uwielbienie rocka/gitar, ale właśnie przez operowanie pojęciami autentyczności/szczerości czy przekonanie, że mainstreamowy pop jest "z definicji" zły. W tym sensie nie jest to może określenie najszczęśliwsze, bo taka poza została przejęta również przez inne środowiska (np. hip-hopowe), no ale tak się przyjęło.
Gość: Rafał Kalukin
[5 czerwca 2012]
Heh, dzisiaj autentyzm nic faktycznie nie znaczy. To obsesja nie kumających bazy krytyków starej daty, którzy wykonywali łamańce przy debiucie CKOD. W latach 80. był jednak kategorią kluczową, gdyż muzyka była medium politycznym. Słuchałem Dezertera = byłem po słusznej stronie, nie dałem się nabrać. To nie jest podejście "skrajnie rockistowskie", to jest nostalgiczne wspomnienie czasów, gdy muzyka i w ogóle kultura nie były jedynie ironiczną dygresją, a już zwłaszcza trywialną rozrywką.
kuba a
[5 czerwca 2012]
Z jednej strony wkradła się już w polemikę retoryka skrajnie rockistowska i ja w obliczu pojęcia "autentyczności" nie potrafię nic mądrego odpowiedzieć.

Z drugiej - niby słusznie punktujesz z Kazikiem i Grabażem, ale znów nie możesz oddzielić umiejętności oderwania utworu od jego kontekstu (nasze docenienie "Arahji" czy "Ezoterycznego Poznania"), który stanowi tylko pole wyjścia dla komentarza.

Innymi słowy, udowadnia to jedno: że bez wpływu jest pochodzenie/postrzeganie danego wykonawcy. Liczy się to, czy firmuje fajny numer.
Gość: Rafał Kalukin
[5 czerwca 2012]
Lucas: pewnie masz rację. Miałem na myśli Zauchę z koncówki lat 80. Bo to akurat pamiętam, całego dorobku tego pana jednak nie znam i chyba nie czuję powołania, aby poznawać. Bo zbyt cenię czarną muzykę albo po prostu tkwię w szponach kontekstualizacji...
Gość: Rafał Kalukin
[5 czerwca 2012]
Z komfortowymi warunkami powstawania tamtych numerów chodziło mi o to, że one po prostu trzymały pewien poziom, ale nie były w stanie komunikować się ze słuchaczem świadomie odbierającym muzykę. Kluczowa jest kategoria autentyzmu, która dla kolejnego pokolenia z przyczyn naturalnych kompletnie się zaciera, więc się pewnie nie porozumiemy.
Rzecz w tym, że jak słuchacie teraz Sośnickiej z okolic 1983 (chyba jakoś tak) i piszecie, że na dobrą sprawę nagrała płytę synthpopową z naleciałościami cold wave (może przekręcam, bo lecę z pamięci), to u mnie od razu zapala się lampka: to przecież była podróba, na którą nikt przytomny się wtedy nie złapał, a Wy to kupujecie bez zastrzeżeń.
Na Zachodzie underground przenikał się z overgroundem, synthpopowcy wyznawali tę samą filozofię grania, co punkowcy z pierwszej fali, tyle że stosowali inne instrumenty. A u nas była przepaść. Underground nie miał punktów stycznych z oficjalną estradą, choć czasem jedni z drugimi mijali się w studiach nagraniowych. Po \"Solidarności\" estradowcy zobaczyli, że coraz bardziej rozmijają się ze słuchaczem, więc zaczęli naśladować trendy undergroundu. Powstały jakieś koszmary typu Dentysta Sadysta, Sośnicka być może weszła w noworomantyczne ubranka (tego akurat nie pamiętam). Warsztatowo z pewnością byli lepsi, ale treściowo i emocjonalnie budzili zażenowanie. To była wtedy muzyka dla nikogo, odpowiednik dzisiejszych toptrendów czy innego badziewia. Taki to był kontekst...
Wam ucieczka od kontekstów przychodzi bez trudu - ale od TYCH kontekstów. Bo to nie są Wasze konteksty, Wy ich nie czujecie, choć zdajecie sobie sprawę z ich istnienia (ogólnej erudycji szczerze zazdroszczę!). Sami jednak skuci jesteście własnymi kontekstami. Po cholerę te zastrzeżenia przy Grabażu, Kulcie i innych \"twórcach juwenaliowych\"? Taki wstyd docenić zmęczonego grubasa, który dawno temu oddał spore zasługi dla polskiej kultury?
W zasadzie to jest typowa sztafeta pokoleń, ze wszystkimi towarzyszącymi jej napięciami. Wy dokonujecie swojej rewizji, a gdyby tacy jak ja się trochę nie podkurwili, byłoby coś nie tak.
pzdr
Gość: lukas
[5 czerwca 2012]
@Rafał Kalukin - "Czy Zaucha był \"czarnym\" wokalistą? Może chciał być". Stary, odkurz jedyną płytę Dżambli, pewnie zahacz też o trzeci album Anawa, wgryź w solowy dorobek Zauchy, bo aż oczy bolą czytać takie opinie.
kuba a
[5 czerwca 2012]
Nie nie nie, doceniam Twoje argumenty i wcale nie doklejam Ci żadnych wąsów.

Obiektywizacja - OK, nie skumałem, że to o to chodzi. Odnosiłem się tylko do Twojej interpretacji polskiego popu lat 80. - że skoro były tak komfortowe warunki jego tworzenia, to może tych kilkanaście, kilkadziesiąt perełek w naturalny sposób musiało tam powstać.

Ósmy cud - nigdy w życiu bym się nie ośmielił tego sugerować, nie moja rola.
Gość: Rafał Kalukin
[5 czerwca 2012]
No nie, a gdzie ja pisałem, że ma być jak zawsze: autobiografia, jolka i arahia? To jest polemiczny szantaż - nie trzymasz z nami, więc jesteś trójkowym wąsaczem.

Sens robienia zestawień? Oczywiście, że jest. Czy są inne środowiska, które dokonają własnych podsumowań? Pewnie nie. Ale czy to znaczy, że mam przyjmować Wasz wysiłek jako ósmy cud świata krytyki muzycznej? Przykuliście mnie do komputera, śledziłem to zestawienie z ogromnym zainteresowaniem. Ja się z nim nie zgadzam, ale je doceniam, ono sprowokowało mnie do dyskusji.

Obiektywizacja? Jeszcze dziś z rana pisałeś o "prawdopodobnie najlepszych piosenkach".

O niedojrzałości pisałem do kzt, który określił to mianem "manifestu antyrockistowskiego".

pzdr
kuba a
[5 czerwca 2012]
Przede wszystkim, gdzie pisaliśmy o obiektywizacji?

No i oczywiście, że inspirujemy się sami sobą - a czym w tym kraju mielibyśmy się inspirować? Topem słuchaczy Trójki czy listami "Teraz Rocka"? Właśnie takie było założenie tego podsumowania: co by było, gdyby nie było kanonu. Lista, na której nic być nie musi. "Rip it up and start again". Dla mnie - jedyny sens robienia takich zestawień.

Skoro to jest niedoskonałe, to może teraz trzy kolejne środowiska zaprezentują swoje spojrzenie, wszystko się wymiesza i skostniały zbiór tych samych piętnastu tytułów przestanie być w kółko mielony.

Kwestia rocka - ale to nie jest lista antyrockowa, co już wyjaśnialiśmy niejednokrotnie. Można zrobić statystykę, ile jest na niej numerów rockowych - myślę, że ok. 1/3 minimum.
Gość: Rafał Kalukin
[5 czerwca 2012]
kubo a, oczywiście, że niosę w sobie mit undergroundu lat 80., bo to jeden z piękniejszych mitów polskiej kultury, a na gruncie kultury popularnej - bodaj jedyny. Wy zaś niesiecie po prostu pewne świeże dla Was fascynacje, które być może za kilka lat zostawicie za sobą. Te zestawienia indywidualne pokazują najwydatniej, że Prońko, Jurksztowicz, Sośnicka i Zaucha tworzą aktualny kod Waszego środowiska. Chyba tylko Łukasz Błaszczyk nie wpisuje się w tak wyraźny trend. Nie traktuj tego jako zarzutu, chodzi mi o to, że gdy grono osłuchanych ludzi tworzy listę najlepszych polskich numerów i przytłaczająca większość z nich indywidualnie wskazuje mniej więcej te same, cokolwiek egzotyczne postacie, to wniosek może być tylko jeden: inspirujecie się sami sobą, świetnie się przy tym bawiąc (i to akurat doskonale rozumiem), ale rzekoma obiektywizacja to już slogan na użytek zewnętrzny.


kzt - jasne, zagalopowalem się, jest przecież milusia piosenka voo voo. Ayę jakoś przeoczyłem. Ale nazwy są tu mniej ważne, chodziło mi raczej o proporcje. Co do Izraela - pełna zgoda. Czy Zaucha był \"czarnym\" wokalistą? Może chciał być. W tamtym czasie znacznie autentyczniejsze i bardziej świeże podejście do czarnej muzyki miało u nas No Limits. Tak ja to przynajmniej odbieram. Ale wdawanie się w konkrety chyba nie ma sensu, wszystko jest kwestią gustu. Mnie chodziło raczej o ogólne kanony krytyczne.
Manifest antyrockistowski? Błagam... Słuchamy muzyki, czy antyrocka? Mnie rock nuży od 15 lat, pewnie nic już na tym obszarze ciekawego nie powstanie. Ale krytyk dokonujący projekcji tego znużenia na przeszłość jest krytykiem niedojrzałym
pzdr
R.
Gość: kzt
[5 czerwca 2012]
@Kalukin
Zaraz zaraz - na liście jest Aya RL i Voo Voo. Więc stwierdzenie, że nie ma tu śladowej obecności Aya RL i Waglewskiego jest po prostu nieprawdziwe. Co więcej są też Tilt, Apteka i Kult - numery z lat \'80.
Lista jest bardzo w porządku, odkryłem tu kilka perełek, których nie znałem. Traktuję ją trochę jako manifest antyrockistowski. Jeżeli umawiamy się, że nie ma \'dobrego\' rocka i \'złego\' popu, a tylko polska muzyka popularna, to chyba możemy sobie w roku 2012 zrobić ranking piosenek najlepszych. Oczywiście - ranking 200 piosenek najważniejszych byłby zupełnie inny, bo tu trzeba by uwzględnić kontekst polityczny, społeczny, kulturowy... Tylko, że wówczas lata \'80 poza Brygadą Kryzys czy Siekierą musiałby reprezentować np. zespół Kat (prawdziwy metal pojawia się w Polsce) oraz utwór \"Cztery razy po dwa razy\" Polskich Orłów (undergroundowy hymn drugiej połowy lat \'80).
A wracając do listy - owszem mi też brakuje kilku kawałków, które lubię i uważam za ważne. Najbardziej zastanawia mnie (w kontekście specyfiki listy) brak jakiegoś kawałka z \"1991\" Izraela. Oto reaggeowy zespół jarocińsko-niezależny nagrywa przebojową płytę, na której jest funk, taneczny groove, świetna produkcja itp. A z innej beczki obecność niektórych numerów mnie dziwi (np. Stereofonia - Dźwięki stereo), ale to lista osób przynajmniej o pokolenie młodszych ode mnie.
Aha - co do tego, że Zaucha końcówki lat \'80 to wizerunkowo modelowy cińkciarz/taksówkarz - pełna zgoda (z marszu mógłby zagrać w \"Zmiennikach\" Barei). Tylko co z tego? Muzycznie (jeśli chciał) był rewelacyjnym \"czarnym\" wokalistą. Bez konkurencji w Polsce.
kuba a
[5 czerwca 2012]
Rafał Kalukin - większość z tego, co nam zarzucasz, została wyjaśniona w samym wstępie do publikacji, więc tam w pierwszej kolejności odsyłam.

"mieli do dyspozycji najlepszych kompozytorów, aranżerów, realizatorów dźwięku" - a zatem efektem były prawdopodobnie zdecydowanie najlepsze piosenki, jakie powstały w tym okresie, KROPKA. To mogło wtedy bulwersować, ale na Boga, dziś nie powinno mieć żadnego znaczenia. Single Zauchy czy Papsów możemy wreszcie usłyszeć bez całej negatywnej otoczki. Tak samo jak możemy usłyszeć jarocińskiego punka bez martyrologii i porównać jedno z drugim na prostej płaszczyźnie JAKOŚCI piosenki. A potem dopiero zastanawiać się nad kontekstami, w jakich funkcjonował dany utwór (rola komentarza redakcyjnego).

Brygady faktycznie nie ma (dla mnie wykonawca typowo albumowy), jarocińskiego punka też nie, są Waglewski, Aya RL i new wave i kilka innych przykładów muzyki lat 80. spoza głównego nurtu (jeśli nie zawsze w dwusetce, to w polecanych uzupełnieniach). Jej rola nie jest dominująca, ale jest to jeden z wątków ciągnących się przez całą publikację, chociaż najmniej w czołówce - ale temu ciężko się dziwić, bo poza "Ciechowskim, Korą, Janerką" nie było tam raczej autorów mocarnych singli.

Zaryzykowałbym tezę, że jako osoba dorastająca w latach osiemdziesiątych niesiesz ze sobą typowy dla tego pokolenia mit undergroundu tamtych czasów (fascynujący, przyznaję), którego ta publikacja z zasady i być może jako pierwsza w Polsce na taką skalę nie traktuje w roli azymutu. I to jest ta kość niezgody. Tak czy siak dzięki za komentarz i pozdrawiam!
Gość: Styl poparańca
[5 czerwca 2012]
Robert Janowski i ekipa programu \"Jaka to melodia\" byliby dumni z tego zestawienia. Przynajmniej z jego większej części.

Brawa dla Rafałą Kalukina za komentarz, w którym celnie wskazuje ułomność idei stojącej za tą listą.
Gość: @niżej
[4 czerwca 2012]
Bardzo ciekawy komentarz.
Gość: Rafał Kalukin
[4 czerwca 2012]
W zasadzie o nic. Zaucha z późnych lat 80. to dla mnie kwintesencja charakterystycznego dla tamtej epoki wąsatego świata cinkciarzy, taksówkarzy, dziwek z nocnych klubów. On właśnie tak wyglądał, tak się nosił, takie piosenki śpiewał. Sorry, ale zbyt dobrze pamiętam ducha czasów, abym tak po prostu kupował nagą materię.
Oczywiście ja wiem, że \"dekontekstualizacja\" i tak dalej, ale przejrzałem sobie tę listę raz jeszcze i dochodzę do wniosku, że autorzy zabrnęli w ślepą uliczkę. Wycinając wszelkie konteksty kulturowe, polityczne i socjologiczne doprowadzili do tego, że ich zestawienie stało się czymś w rodzaju rozbudowanej wersji \"telewizyjnej listy przebojów\" późnego PRL - czyli wykazem oficjalnie lansowanej wtedy estradowejj rozrywki. Rehabilitacja tego nurtu nie jest oczywiście niczym nagannym, sam odkrywam po latach rzeczy, które wtedy wydawały mi się koszmarnym obciachem (choćby \"Bez llimitu\"). Ale pamiętam, że ci wszyscy wykonawcy robili to, czego chciała od nich władza, więc mieli do dyspozycji najlepszych kompozytorów, aranżerów, realizatorów dźwięku. Jak na siernięgę PRL to trzymało poziom, ale emocjonalnie było puste. A muzyka, zwłaszcza muzyka pop, to nie tylko estetyka, to również, a może zwłaszcza, emocje.
I tu jest pies pogrzebany. Trudno jednak przyjąć listę 200 najlepszych polskich numerów bez śladowej choćby obecności Brygady, Waglewskiego, Aya RL, jarocińskiego punka i new wave. Wydestylowanie z tego nurtu tylko Ciechowskiego, Kory i Janerki to stanowczo za mało.
Ta lista byłaby naprawdę znacząca, gdyby autorzy spróbowali stworzyć nowy kanon sumujący to, co polityczne i kulturowe z tym, co estetyczne. Wtedy ta lista byłaby istotniejsza, mówiłaby coś o świadomości tego pokolenia krytyki. Bo dywagacje czy Papa Dance było lepsze od Jurksztowicz, czy na odwrót, wiele nie mówi.
Mam wrażenie, że autorzy uprawiają politykę historyczną na obszarze polskiego popu. To trochę tak, jakby powiedzieć, że zostawiamy w kanonie trzy heroiczne daty (np. Grunwald, Powstanie Warszawskie i stan wojenny), a reszta won, bo polska historia od dziś już nie będzie powstańczo-romantyczną martyrologią, tylko będziemy uczyć o postępie i emancypacji. Problem w tym, że historia to i powstania, i emancypacja, i jeszcze życie codzienne, i jeszcze multum innych spraw. Dobieranie jednego nurtu i wycieranie innego (bo konteksty się nie liczą) to jednak jałowa manipulacja. Propagandowo to nieraz działa, poznawczo nic jednak nie wnosi. I po trochu tak jest z tą listą. Jest ekstrawagancka, jakoś tam ciekawa, ale wartościowego kanonu krytycznego nie buduje.
A poza tym autorzy sami są niekonsekwentni. Skoro odrzucamy konteksty i liczy się tylko otwarte ucho, to po co piętnująco-deprecjonujące epitety typu \"ulubieńcy studenteriii\" (o Kulcie). Skoro oni mogą, to i ja będę pisać, że Zaucha jest dla mnie szansonistą cinkciarzy.
pozdrawiam
RK
Wybierz stronę: 1 2 3 4 5 6 7

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także