Najlepsze płyty lat 90-tych

Miejsca 1 - 10

Obrazek pozycja 10. Ride - Nowhere (1990)

10. Ride - Nowhere (1990)

Jest rok 1989. Wielka Brytania znów jest kolorowa i śpiewa piosenki Stone Roses. Wśród zdeklarowanych fanów są osiemnastoletni studenci szkoły artystycznej: Mark Gardener i Andy Bell - przyszły duet liderów, gitarzystów i wokalistów Ride. Nie bez skutku. Rosesowski, młodzieńczy feeling rok później zapanuje na ich debiutanckim "Nowhere". Nokautująco świeży brzmieniowo, jawi się dzisiaj esencjonalnym shoegaze'owym longplayem. Wrażenie pozostawiane jest przez ekspresyjne, spontaniczne bębnienie Loza Colberta, harmonie wokalne wyjęte żywcem z lat 60. i definiujące styl plamy przesterowanych gitar - niczym dwie kałuże rozlanych farb nawarstwiające się w różnych konfiguracjach i malujące zdumiewająco piękne pejzaże. "Nowhere" dalekie jest od studyjnych sztuczek Shieldsa, orzeźwia jednak nieskrępowaną żywiołowością. Transowym openerem "Seagull" z beatlesowskim riffem basu zwykli w początkach kariery zamykać koncerty i trzeba mieć dużo wyobraźni, żeby odgadnąć jak mogło to wyglądać. Zabójcza jest zimowa monumentalność "Dreams Burn Down". "Vapour Trail" z cudownym wiolonczelowym tłem to z kolei klasyczny britpopowy lovesong napisany o cztery lata za wcześnie, a "Taste" i "Kaleidoscope" na odcinku pięciu minut streszczają cały wczesny Myslovitz. Debiut Ride to krótko mówiąc jedna z tych dwóch czy trzech shoegaze'owych płyt, które trzeba mieć w kolekcji. Również po to, żeby przekonać się, że z wybitnych oxfordzkich zespołów na "R" to oni byli pierwsi. Przynajmniej chronologicznie. (ka)

Obrazek pozycja 9. My Bloody Valentine - Loveless (1991)

9. My Bloody Valentine - Loveless (1991)

My Bloody Valentine rozwijali się z albumu na album. Już "Isn't Anything" z 1988 roku był krążkiem bardzo obiecującym. Jednak to właśnie "Loveless" okazał się szczytowym osiągnięciem zespołu, a zarazem jednym z kluczowych albumów ubiegłej dekady. "Loveless" wirtuozersko połączył muzykę mas i muzykę, która przez rozrywkowe lata '70 i '80 zdążyła wymknąć się do świata źle pojmowanych elit. I choć My Bloody Valentine uległ na "Loveless" silnym wpływom zarówno The Velvet Underground jak i Sonic Youth, to ani przez chwilę nie stał się bezpośrednią kalką żadnego z nich. To właśnie od tego krążka na dobre rozpoczęła się muzyka zamkniętych oczu i nieograniczonej ekspresji dźwiękowej - shoegaze. Tutaj zbudowano ściany dźwięku, w których brzmienie jednego instrumentu zlewa się z drugim, tworząc nierozerwalną syntezę z równie mocno zarysowanym tłem. Gdy sążniste, gitarowe riffy w sposób niemal niezauważalny stają się elektronicznymi wariacjami, nabieramy pewności, iż obcujemy z dziełem wybitnym. "Loveless" odrestaurował tym samym elementy psychodelii lat '60 i '70, przekładając je na uniwersalny język współczesnej muzyki rockowej. Uniwersalność ta objawiła się w spójności z pozoru rozdartej kontrastami "Only Shallow". W podniosłości i podekscytowaniu "Soon", będącej wymarzonym zamknięciem albumu. I wreszcie, w przystępnych aranżacjach, okrywających mgiełką popu wysmakowaną i koncepcyjną treść. (łj)

Obrazek pozycja 8. The Verve - Urban Hymns (1997)

8. The Verve - Urban Hymns (1997)

Charakterystyczna sekcja smyczków, do której dołącza się rytmiczna perkusja i gitara, a po minucie pojawia się ten wyrazisty wokal. Słysząc ten popularny motyw, oczyma wyobraźni widzimy przechadzającego się po ulicy Richarda Ashcrofta, uwiecznionego na pamiętnym teledysku. To właśnie dla takich genialnych, widowiskowych kompozycji jak "Bitter Sweet Symphony" zarezerwowane jest miano hymnu dekady. Nawet jeśli utworowi towarzyszyły kontrowersje dotyczące jego powstania (ciągle ciężko powiedzieć, ile w tym utworze jest The Verve, a ile The Rolling Stones). Mimo że na tej płycie więcej jest rozpoznawalnych, świetnych kompozycji, to wydaje się, że zespół za kilkanaście lat zapamiętany zostanie jako wykonawca przede wszystkim tego niepowtarzalnego, ponadczasowego kawałka. Ponadto "Urban Hymns" to chyba pierwszy album brytyjskiej grupy (i ostatni w ogóle), który powstał w wyniku pracy zespołowej, a nie był głównie realizacją artystycznej wizji Ashcrofta. Jednakże indywidualizm wokalisty The Verve słychać na albumie, choćby wtedy gdy w poruszający sposób stara się nas przekonać, że drugs don't work. To także dzięki niemu ballada "Sonnet" nabiera mocy i rysów wielkości. Można powiedzieć, że z perspektywy czasu muzyka lat 90. się zestarzała, można odejmować jej wyjątkowości, mówiąc, że wszystko było już wcześniej, nie da się jednak nie zauważyć jednego: mamy za sobą połowę dekady 00s, a ile doczekaliśmy utworów na miarę "Bitter Sweet Symphony"? Czy w ogóle jeszcze się doczekamy? (kw)

Obrazek pozycja 7. Pearl Jam - Ten (1991)

7. Pearl Jam - Ten (1991)

Niepowodzenie komercyjne Green River, śmierć Andrew Wooda, pogmatwane młodzieńcze losy Eddiego Veddera, kaseta demo otrzymana przez tegoż od Jacka Ironsa. To tylko część wydarzeń, naznaczonych często zwątpieniem, które doprowadziły do spotkania kilku muzyków z Seattle, z chłopakiem urodzonym na przedmieściach Chicago, a mieszkającym podówczas w San Diego. Już wspólnymi siłami panowie ci nagrali w samym epicentrum ówczesnej rockowej rewolucji jeden z najważniejszych manifestów epoki grunge. Jednak w momencie gdy takie Nirvana czy Mudhoney czerpały garściami od punkowych protoplastów, ekipa nagrywająca "Ten" korzystała w głównej mierze z hardrockowej tradycji. Słyszalne były w ich muzyce wpływy i Led Zeppelin i Hendrixa, słyszalne były również pomysły wykorzystywane przez Gossarda i Amenta w czasach Mother Love Bone. Wielkim atutem zespołu okazał się wokal Veddera, czasem przypominający barwą głos Jima Morrisona. To właśnie śpiew wokalisty determinuje instrumentalistów, decyduje o tym jak mają zagrać, czy powinni w obrębie kompozycji przyspieszyć czy zwolnić. Już na sam początek otrzymujemy dwie części muzycznej trylogii "Mamasan", przedzielone znakomitym, singlowym "Even Flow", z "Alive", które stało się dla wielu hymnem na miarę "Smells Like Teen Spirit", na czele. Kończące album, epickie "Release", oparte na punkowej motoryce "Why Go?", rozpędzające się z każdą chwilą "Porch", przejmujące "Black" i "Jeremy", czy w końcu oniryczne "Oceans". Ważną częścią tego albumu są przejmujące teksty napisane przez Veddera, dotyczące jego własnych, traumatycznych przeżyć okresu dojrzewania ("Alive"), poruszające kwestie społeczne ("Even Flow"), będące atakiem na zakłamany świat dorosłych ("Why Go?", "Jeremy"). Symboliczny zaś tytuł, płyta stworzona przez pięć par oczu, uszu i rąk, może z perspektywy czasu oznaczać przysłowiowy, muzyczny strzał w dziesiątkę. (dd)

Obrazek pozycja 6. Oasis - (What's The Story) Morning Glory? (1995)

6. Oasis - (What's The Story) Morning Glory? (1995)

Kiedy zaczynałem bardziej interesować się muzyką, Oasis byli gdzieś na wysokości "Be Here Now". Nic z tej płyty nie zrozumiałem, jednak podobały mi się piosenki z wcześniejszego "(What's The Story) Morning Glory". Za ileś lat będzie to być może niezrozumiałe, ale w Polsce wstydem było ich słuchać. Dodajcie wszystkich twórców new acoustic movement i przemnóżcie przez zespoły z fali garage rock revival, a otrzymacie status, jaki miało Oasis w Anglii. U nas przyjazd tej brytyjskiej mega-gwiazdy właściwie nie wzbudził emocji. Tak więc można zaryzykować tezę, iż uwielbienie dla "Wonderwall" ściągało na siebie niemal społeczny ostracyzm. Uwierzyłem wtedy naszym rodzimym krytykom i swoją sympatię dla "Don't Look Back In Anger" ukrywałem nawet przed rodzicami. Płyty Oasis były więc jak książki Coelho czy Whartona - wstyd je było mieć. Dziś właściwie Oasis przeszło już powoli do lamusa. Może będziemy wszyscy odszczekiwać, jeżeli nowy album, w co chyba mało kto wierzy, okaże się udany. I kiedy zespół jest już praktycznie u swojego kresu, można z większym dystansem spojrzeć na twórczość braci Gallagherów. Zrzynali z The Beatles? Zrzynali. Liam beczał jak koza? Beczał. Noel był lekkim burakiem? Był. I cóż z tego, skoro porywali tłumy swoimi niesamowicie klimatycznymi, prostymi, ale niesłychanie chwytliwymi kawałkami. Kto nie zna "Wonderwall"? Kto nie zna "Champagne Supernova"? Kto nie zna "Some Might Say"? A to wszystko z drugiego albumu manchesterskiej kapeli. "Definitely Maybe" i "(What's The Story) Morning Glory" zapewniło grupie status ikony muzyki brytyjskiej. Może w minionej dekadzie Blur byli lepsi, może The Verve, zapewne Radiohead. Ale najwięksi byli zdecydowanie Oasis. (jr)

Obrazek pozycja 5. R.E.M. - Automatic For The People (1992)

5. R.E.M. - Automatic For The People (1992)

Najpierw pojawił się "Out Of Time" z dwoma nośnymi singlami, które rozbudziły całą Polskę. "Shiny Happy People" i "Losing My Religion", na fali szczytowego rozkwitu MTV, stały się u nas niemal hymnami. Przez te dwa utwory zrozumieliśmy, jakim potencjałem dysponuje Stipe i spółka. Potencjał ów został zauważony niestety o kilka albumów za późno, ale przecież lepsze to niż nic. W końcu i u nas marka R.E.M. została doceniona. Cała dekada lat '80 stanowiła dla grupy alternatywny budulec, który w latach '90 przerodził się w dojrzałość doświadczonych muzyków. Druga fala niesamowitej popularności, stanowiąca w prostej linii rozwinięcie uwielbienia z poprzedniej płyty, nadeszła wraz z "Automatic For The People". Spokojne, wyważone kompozycje dla wrażliwców, ciche i delikatne nawiązania folk - rockowe, idealnie wypośrodkowane nośne momenty przebojowości, wreszcie charakterystyczne zaangażowane ballady, które zapadły głęboko w pamięć na całe lata. Bo czyż układanie swojego prywatnego rankingu nastrojowych piosenek nie powinniśmy zacząć od przypomnienia sobie "Everybody Hurts" albo "Nightswimming"? A czy "Drive" nie powinien reprezentować utworu jak żaden inny stanowiącego o trafności słowa muzyczna alternatywa? A co ze słynnym "Man On The Moon"? Czy to aby nie jeden z najlepszych numerów na przejażdżkę w upalne lato? Tak, lato roku 1992 było bardzo upalne. Nie potrzebowaliśmy wtedy stricte rockowego wymiatania z pazurem. Rockowy potwór miał nadejść trochę później. Ale to już nieco inna historia... (tł)

Obrazek pozycja 4. Smashing Pumpkins - Mellon Collie And The Infinite Sadness (1995)

4. Smashing Pumpkins - Mellon Collie And The Infinite Sadness (1995)

Nagrywamy "The Wall" naszej generacji powiedział w okolicach 1994 roku Billy Corgan, po czym zaszył się w studiu nagraniowym na dziesięć miesięcy. Dwupłytowy "Mellon Collie And The Infinite Sadness" jest dowodem na to, że nie żartował. To właśnie tutaj w mistrzowski sposób skontrastowane zostały rozwijające się od początku istnienia Smashing Pumpkins, dwa ich oblicza: ciężkie, niemalże metalowe, oraz te drugie, bardziej nastojowe i delikatne. "Mellon Collie" to szeroki wachlarz dźwięków, nastrojów, tematów i instrumentów, spiętych w całość strumieniem liryków traumatycznego umysłu Corgana. Osobną sprawą jest tu głos guru, okiełznanie którego bywa często warunkiem koniecznym pomyślnej inicjacji z albumem, a może i ze Smashing Pumpkins w ogóle. Nie ustalono skąd on się wydobywa, wiadomo, że nie da się go podrobić. Drapieżny tembr Billy'ego czyni z prostych wielokroć kawałków prawdziwe rockowe monstra. Co zaś najważniejsze, znalezienie słabeusza wśród dwudziestu ośmiu zawartych tu utworów wydaje się być niemożliwe. Niezależnie od tego, czy będą to wlekące się prog-grunge'owe twory ("x.y.u."), hałaśliwe (naprawdę hałaśliwe) odjazdy ("Tales Of A Schorched Earth"), dwuminutowe kopniaki ("Zero"), epickie przeboje ("Tonight Tonight"), piosenkowe sielanki ("We Only Come Out At Night"), czy akustyczne kołysanki ("Stumbeleine"), artystyczne aspiracje każdego z eksplotowanych kierunków kończą się sukcesem. A o wpływie klipu do "1979" na pokolenie ówczesnych drugoklasistów można by napisać książkę. Od świtu do zmierzchu vs. od zmierzchu do świtu. Pamiętnik generacji X. (tt)

Obrazek pozycja 3. Smashing Pumpkins - Siamese Dream (1993)

3. Smashing Pumpkins - Siamese Dream (1993)

Najniższy stopień podium w naszym zestawieniu zajmuje jedna z najlepiej wyprodukowanych płyt w historii rocka. Zasiadający za stołem mikserskim Corgan i Vig zrealizowali album perfekcyjny pod względem aranżacji gitar i perkusji. Proces twórczy był długotrwały. Z powodu osobistych problemów artystów sesja nagraniowa zajęła niemalże dwukrotnie więcej czasu niż pierwotnie zakładano. Z około czterdziestu nagranych piosenek na albumie ostatecznie znalazło się trzynaście. Niektóre z nich odegrały ważną rolę w dalszej działalności zespołu. Dzięki przebojowej, zawsze kończącej się na dźwięku H, gitarowej frazie w suicydalnym "Today" i akustyczno-dzwonkowo-smyczkowemu "Disarm" grupa często pojawiała się na antenie MTV. Sukces tych utworów stanowił podwaliny do światowej kariery Smashing Pumpkins. Kompozycje umieszczone na "Siamese Dream" z wyłączeniem akustycznych, ale nie mniej interesujących "Luna" i "Sweet Sweet", charakteryzują się genialnym zgraniem gitary prowadzącej i bębnów - najdobitniejszym przykładem jest solówka rozpoczynająca się w trzeciej minucie w "Hummer". W każdej z piosenek Corgan potwierdza swój talent do tworzenia nieszablonowych utworów. Jednak prawdziwe mistrzostwo świata w układzie wokal-gitara-gitara-bass-perkusja zespół prezentuje w piątym w kolejności "Rocket". Riff, bębnienie Chamberlina będące zaprzeczeniem schematycznej gry na perkusji, wokal Billy'ego i poszczególne partie gitar rozpędzają powoli kompozycję ,która zgodnie z tytułem przywodzi na myśl startującą rakietę. Majstersztyk. Jako całość "Siamese Dream" stanowi wzorzec albumu z pełną energii melodyjną muzyką gitarową wspartą niesztampową sekcją rytmiczną. Teksty? Jak zwykle w przypadku tego zespołu: absolutnie wyjątkowe. (ww)

Obrazek pozycja 2. Jeff Buckley - Grace (1994)

2. Jeff Buckley - Grace (1994)

Nieczęsto się zdarza aby syn słynnego muzyka powtórzył sukces ojca. W tym przypadku udało się. Powtórka była jeszcze jedna, tym razem niestety tragiczna. Jeff Buckley pewnego majowego dnia 1997 roku, przestępując progi rzeki Missisipi podążył śladami ojca, którego dwadzieścia dwa lata wcześniej pokonał narkotyczny nałóg. Miał niespełna 31 lat i tylko jeden studyjny album na koncie. W planach kolejny, którego "szkice" ukazały się już po śmierci tego Jamesa Deana muzyki rockowej. "Grace", muzyczny rodzynek otrzymany od syna Tima, pozwolił jednak artyście wejść na stałe do kanonu rocka i dołączyć do panteonu tych największych. Został też doceniony przez tych "wybitnych". Do wielbicieli jego talentu należeli zarówno koledzy po fachu (Thom Yorke) oraz gwiazdy kina (Brad Pitt). To o nim Bono powiedział przepiękne: "był czystą kropla w oceanie hałasu". "Grace" poza tym, że ujawniła niesamowity geniusz artysty, pokazała jego ogromną wrażliwość, była równocześnie hołdem Buckleya złożonym jego mistrzom. Wśród dziesięciu kompozycji, które znalazły się na płycie, aż trzy nie są autorstwa Jeffa. Paradoksalnie cohenowskie "Hallelujah", z którego studyjnej wersji artysta nie był zadowolony ("Mam nadzieję, że Cohen nigdy nie słyszał tej wersji"), stało się jednym z ulubionych nagrań słuchaczy. Przejmującej interpretacji "Lilac Wine" Jamesa Sheltona, po które to nagranie Jeff sięgnął zapewne po usłyszeniu wersji Niny Simone, jednej z jego ulubionych artystek, nie miał się już co wstydzić. Podobnie zaśpiewanego falsetem "Corpus Christi Carol" Benjamina Brittena, dedykowanego przyjacielowi, Royowi Rallo. Autorska część płyty jest równie piękna. Powoli sączące się "Lover, You Should've Come Over", stojące w konflikcie z nim, ocierające się o grunge "Eternal Life" oraz "So Real", pełne podskórnej nerwowości "Dream Brother", czy nawiązujące do stylistyki nagrań duetu Page & Plant "Last Goodbye". A jest jeszcze najlepsze w zestawie nagranie tytułowe. Czasem tylko żal, gdy słucha się tych dźwięków, że Jeff już nigdy nie wyjdzie na scenę, że nie nagra czegoś nowego, równie przejmującego. Ale może to lepiej dla jego legendy. (dd)

Obrazek pozycja 1. Radiohead - OK Computer (1997)

1. Radiohead - OK Computer (1997)

Inaczej być nie mogło. "OK Computer" to najważniejsza płyta lat dziewięćdziesiątych. Kropka. Jakiekolwiek próby pisania o niej kończyć się będą niepowodzeniem. Jak tu opisać coś, co zostało już opisane o wiele lepiej, zgłębione bardziej skrupulatnie, jak przeanalizować coś, co zna każdy początkujący miłośnik muzyki, co każdy z nas odbiera i interpretuje inaczej? Uzewnętrznienie demonów Thoma Yorka, manifest małego człowieczka zagubionego w świecie pędzącej do przodu cywilizacji, czy po prostu niebiańsko eklektyczna płyta, która z premedytacją zabiła britpop? Nie umiem na to odpowiedzieć. Pamiętam za to rok 1997. Bo wiecie, nie od początku "OK Computer" było najważniejszą płytą dekady. Więcej, ta płyta rozczarowała jakąś połowę katujących "Creepy" i "Justy". "Gdzie ten gitarowy wykop?" - pytali. "Co to za udziwnienia?" - kręcili głową. Zawiedzeni byli nawet ci, którzy na pamiętnym koncercie grupy w Polsce stali tuż pod sceną. To nie "Kid A" podzielił fanów Radiohead, pierwszy zrobił to "OK Computer". Pamiętam nawet tradycyjnie asekuracyjne cztery gwiazdki w Tylko Rocku. Z drugiej strony był Jacek Hawryluk na falach Rozgłośni Harcerskiej i jego szokujące pragnienie rozpadu Radiohead, którzy już nigdy mieli nie udźwignąć brzemienia płyty doskonałej. On również okazał się nie mieć racji. Ale kto z nas wiedział, co to za płyta osiem lat temu? Kto po kilkunastu przesłuchaniach umiał ocenić jej znaczenie dla muzyki? Kto z nas podejrzewał? A gdzie Ty byłeś w 1997? (tt)

Kuba Ambrożewski (ka), Darek Depczyński (dd), Marceli Frączek (mf), Łukasz Jadaś (łk), Tomasz Łuczak (tł), Przemysław Nowak (pn), Jakub Radkowski (jr), Tomasz Tomporowski (tt), Witek Wierzchowski (ww), Piotr Wojdat (pw), Kasia Wolanin (kw) (22 marca 2004)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Wybierz stronę: 1 2
Gość: 9+8
[26 sierpnia 2010]
haha, chyba trudno o większy konsensus wśród fanów i krytyków w całej historii muzyki od tego, że to właśnie OKC JEST najlepszą płytą lat 90.
Gość: SoBoL
[26 sierpnia 2010]
Ktos sobie chyba jaja robił tym podsumowaniem a juz z pewnoscia numerem 1 na tej liscie.ta plyta nigdy nie byla plyta dekady i nigdy nia sie nie stanie. Radiohead nie jest i nigdy nie bedzie zespolem, ktory wyminic ktokolwiek w pierwszej 10tce jesli nawet nie 20tce zespolow lat 90tych. Trzeba miec fantazje zeby na pierwszym miejscu dac plyte jednego utworu :) niezly popis arogancji dla tworczosci tamtych lat....
Gość: graczyk
[11 sierpnia 2010]
Polly nie jest brzydka!
Gość: Samiec przewodni
[27 lipca 2010]
Śmieszne , że nie ma żadnej płyty hip-hopowej (Illmatic, Ready To Die, Low & Theory choćby). No sorry, ale hajpowanie alternatywy (szczególnie w liście na najlepsze albumy lat 80. , aż bije po oczach mocniej niż Joe Louis przeciwników w latach 30.)
Gość: Spooky
[20 lipca 2010]
Pojebana ta lista.Brakuje wieeelu świetnych albumów.Ok Computer na pierwszym ? Ten tak wysoko ? Śmiechu warte.
Gość: greg
[19 lipca 2010]
Brak Angel Dust jest karygodny.
Gość: Lama
[31 marca 2010]
A gdzie Dangerous albo HIStory Michaela Jacksona?! Nie doceniacie jego sukcesu! To, że jakaś płyta sprzedała się w kiepskim nakładzie, to już nie znaczy, że odazu jest zła!
Gość: tylko Rock
[21 lutego 2010]
Ta lista to jakiś gniot !! Gdzie jest np. Guns N Roses?? widać że jakiś zwolennik Angielskich kapel tu albo Stone Tample Pilots czy Rage Against The Machine !!!!!
Gość: Fantomas
[24 listopada 2009]
A gdzie "Angel Dust" Faith No More? Dla mnie to ona powinna być nr 1. Dziwi jej brak tym bardziej, że w zestawieniu jest 50 płyt... Moim zdaniem kilku artystów niezasłużenie znalazło się na tej liście, z Buckley'em na czele- najbardziej przereklamowana płyta lat 90-tych. I jakoś nie mogę oprzeć się wrażeniu, że gdyby nie tragiczny finał żywota tego pana to niewielu dziś znało by tę płytę.
Gość: Anselmo
[29 sierpnia 2009]
A gdzie Pantera gdzie Down?
Wybierz stronę: 1 2

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także