Fugazi

Zdjęcie Fugazi

Na początek kilka słów wprowadzenia i wyjaśnień, dlaczego Fugazi wielkim zespołem był. Otóż, po pierwsze, dlatego, że wywodząc się ze stylistyki hardcore punk (Minor Threat czy Rites Of Spring) potrafili stworzyć bardziej zróżnicowaną i wysublimowaną harmonicznie formę przekazu. Zachowując charakterystyczny i łatwo rozpoznawalny styl, nie ograniczali się do eksplorowania ciągle tych samych obszarów, konsekwentnie szli do przodu, byli i co warto podkreślić, nadal są kreatywni (przykład: The Evens). Przez wszystkie lata działania trzymali naprawdę bardzo wysoki poziom, nie pozwalając sobie na wycieczki na muzyczne mielizny. Co także bardzo istotne, zainspirowali całe rzesze gitarowych kapel wszelkiej maści, zarówno tych punkowych jak i indie rockowych (od Quicksand do At The Drive-In i wiele innych). Do fascynacji dokonaniami Fugazi przyznawali się także Michael Stipe z R.E.M., Eddie Vedder z Pearl Jam czy Flea z Red Hot Chilli Peppers, co wydaje się ważne przede wszystkim dlatego, że dodatkowo unaocznia ogromny wpływ waszyngtońskiej ekipy na innych twórców. A jakby jeszcze tego było mało, panowie stworzyli obraz szczerej niezależności, byli i są dobrym przykładem muzyków, którzy chadzają własnymi drogami, wyznając zasadę konstruktywnego i inteligentnego w swojej formie buntu, co zresztą zapoczątkowali we wcześniejszych zespołach, w których grali w latach 80. Pierwszy przykład z brzegu? Nie godzili się na wywiady dla magazynów, które zamieszczały reklamy papierosów czy alkoholu. Koniec i kropka. Jeżeli ten warunek nie mógł być spełniony – po prostu nie było gadania. W tej sytuacji, żeby już nie przedłużać, nie pozostaje nam nic innego jak zaprosić do lektury. Ale zanim to jeszcze nastąpi winni jesteśmy podstawową informacje o zespole. Grupa Fugazi w całej okazałości prezentuje się tak: Brendan Canty (perkusja), Joe Lally (gitara basowa), Ian MacKaye (wokal, gitara) oraz Guy Picciotto (gitara, wokal). W zestawieniu celowo pominęliśmy „Instrument Soundtrack”, gdyż rozpatrywanie go w oderwaniu od filmu nie miałoby większego sensu.

Ocena: 8

13 Songs

1989

Zdjęcie 13 Songs

Na początek kilka faktów obiektywnych, być może nawet oczywistych. „13 Songs” to wydane na jednym krążku dwie pierwsze EPki zespołu Fugazi – „Fugazi” i „Margin Walker”. Razem stanową jedną z najważniejszych płyt amerykańskiej sceny alternatywnej. Od niej zaczyna się większość opracowań dotyczących muzyki niezależnej, każde opracowanie jej nieuwzględniające jest po prostu niekompletne. Ian MacKaye porzucił co prawda hard-core’ową estetykę, której hołdował w Minor Threat, ale nie zrezygnował z charakterystycznej postawy inteligentnego buntownika i tym samym zapoczątkował wraz z kilkoma innymi zespołami ze wschodu USA nurt post hard-core’owy. Być może górę wzięły jego aspiracje artystyczne, które ze względu na dość ograniczającą formułę w poprzedniej formacji Minor Threat mógł realizować w znacznie mniejszym zakresie. Kompozycje stały się bardziej złożone, dłuższe i mniej agresywne. Lepiej wykorzystano potencjał sekcji rytmicznej, pozwolono gitarze wyłamać się z punkowego zadania konstruowania struktury utworu za pomocą kilku akordów. Wydaje się, że tak samo surowa i bezpretensjonalna, ale jednak dużo spokojniejsza estetyka, okazała się jeszcze mocniejszym katalizatorem dla przekazu, który nie uległ jakiejś znaczącej ewolucji czy modyfikacji. Praktycznie każda z trzynastu piosenek naświetla jakiś problem, stając się kolejnym sztandarem na polu bitwy Iana ze wszelkiej maści patologiami, obłudą i cynizmem współczesnego świata. Jest to coś więcej niż pusty krzyk furiata albo skalkulowana na potrzeby rynku, ugrzeczniona forma popkulturowego protestu – Fugazi wydali wszystkie swoje płyty we własnej wytwórni Dischord, nie musieli zatem iść na żadne ustępstwa i kompromisy. Tutaj każda słowna szarża z doskonałą precyzją trafia w sedno, każde zadane pytanie skłania do refleksji, pozostawia w głowie szereg wątpliwości, nie popadając jednocześnie w przesadny patos. O ponadczasowości tych utworów może świadczyć fakt, że pomimo upływu już dwóch dekad od debiutu wcześniejsze z dwóch EPek, większość spostrzeżeń pozostaje aktualna w nowej rzeczywistości. „Bad Mouth” nawołuje do pozostawania sobą i robienia tego, na co ma się ochotę bez oglądania się w przeszłość. Uwypuklone zostały także między innymi problemy narkotykowe („Glue Man”), uprzedmiotowienia kobiet („Suggestion”) i zaufania w związkach („Promises”). Choć recenzenci zazwyczaj zwracają uwagę na przewagę części „Fugazi” nad „Margin Walker” w kontekście jakości kompozycji, przyznać trzeba, że ciężko na całym „13 Songs” wskazać jakiekolwiek uchybienia. Od tego albumu powinni swoją edukację zaczynać wszyscy rockowi wykonawcy, którzy chcą zostawić po sobie coś więcej niż tylko garść narzekań i oskarżeń pod nieokreślonym adresem, albo którym wydaje się, że stoją okoniem wobec rynku muzycznego. (pn)

Ocena: 9

Repeater

1990

Zdjęcie Repeater

Tak naprawdę „Repeater” to pierwszy długogrający album w dorobku Fugazi. Wcześniejsze „13 Songs” to nic innego jak efekt połączenie dwóch kultowych EPek: „Fugazi” oraz „Margin Walker”. Stylistycznie można odczytać jednak pewne nawiązania, co wydaje się zrozumiałe, gdyż mamy do czynienia z kontynuacją pomysłów zawartych na obu wydawnictwach. Pojawia się nawet utwór, który jest tylko nieco zmodyfikowaną wersją „Provisional” (na tej płycie jako „Reprovisional”), wzbogacony o partię gitary Guya Picciotto. Całość nie jest jednak wierną kalką wspomnianej kompilacji, nie ma też mowy o zjadaniu własnego ogona. Pierwsza różnica to pojawiające się kompozycje stricte instrumentalne („Brendan#1”, a także „Joe#1” – pod warunkiem, że weźmiemy pod uwagę rozszerzoną wersje albumu o EPkę „3 Songs”). Poza tym nie stwierdza się obniżki formy, a wręcz przeciwnie, muzycy rozkręcają wzmacniacze i promieniują nieosiągalną dla większości punk rockową energią oraz mogą się pochwalić sporym nagromadzeniem niebanalnych melodii. Tekstowo dominuje społeczna i antykapitalistyczna tematyka utworów, czego najlepszym przykładem jest „Merchandise”, a cytat z „Blueprint”: never mind what’s been selling, it’s what you’re buying to nic innego jak potwierdzenie statusu Fugazi, jako grupy opowiadającej się za konstruktywną i inteligentną formą buntu, która z nihilizmem innych formacji undergroundowych nie ma nic wspólnego. Już otwierające „Turnover”, które dla niżej podpisanego jawi się jako jedna z najlepszych kompozycji w dorobku i kwintesencja stylu Fugazi, nie pozostawia złudzeń, co do wyjątkowości i ponadczasowości materiału, z jakim obcuje słuchacz. Potwierdzają to kolejne „Sieve-Fisted Find” czy „Shut The Door”, które w wersji koncertowej jeszcze bardziej wymiata, a można się o tym przekonać na własne uszy klikając TUTAJ. Trudno rozstrzygnąć, która płyta waszyngtońskiej grupy jest tą najlepszą; a wybór, zapewniam, jest arcytrudny, ale „Repeater” może być tą najważniejszą. Na pewno warto rozpocząć przygodę z bohaterami niniejszego artykułu właśnie od tego wydawnictwa, które ukazuje Fugazi jako grupę ambitnych muzyków, którzy konsekwentnie rozwijają swój styl i nie stoją w miejscu. (pw)

Zdjęcie Steady Diet Of Nothing

Ciężko krytykować Fugazi za ich dokonania, bo jak już zapewne wiecie z innych tekstów: nie nagrali żadnej słabej czy nawet przeciętnej płyty. „Steady Diet Of Nothing” również nie odstaje przesadnie na tym tle. Jeśli jednak koniecznie chcemy bawić się w malkontentów i na siłę stawiać jakieś zarzuty to jest to odpowiedni, a może raczej jedyny moment by to uczynić. Po pierwsze album może i chyba nawet powinien być postrzegany jako wypadkowa surowego brzmienia „Repeater” oraz gitarowej mocy i nowych pomysłów z „In On The Kill Taker”. I trzeba przyznać, że nie ma w tym nic złego, a wręcz przeciwnie, taka taktyka wydaje się zupełnie zrozumiała. Przy okazji jest to także bardzo udane połączenie od strony kompozycyjnej, głównie za sprawą hałaśliwego „Dear Justice Letter” oraz dającego chwile wytchnienia, nieco wyciszonego „Long Division”. Problem polega tylko na tym, o ile w ogóle można mówić, że takowy istnieje, że materiał nieco ustępuje pod względem nieskrępowanego emanowania energią i witalnością. Bo „Steady Diet Of Nothing” to w pewnym sensie udokumentowane Fugazi na rozstaju dróg, gdzie od czasu do czasu dyskretnie wkrada się niezdecydowanie. Panowie podejmują się zadania, które ma polegać na wydostaniu się z szuflady stylistycznej, do której wrzucali ich krytycy, a co za tym idzie, mamy także do czynienia z kilkoma próbami zapowiedzi stylu, który zdominuje kolejną płytę. W tej materii zdecydowanie bryluje instrumentalne, rozkręcające się z każdą chwilą „Steady Diet”, a także potężne, zalewające słuchacza potężnymi falami gitarowego hałasu „Reclamation”. Niedopowiedzenia to cecha charakterystyczna niniejszego wydawnictwa, ale należy je rozpatrywać w sensie pozytywnym, bo dają zapowiedź tego, co będzie działo się później. Tak czy inaczej to także pozycja warta uwagi, która raczej pozostanie w cieniu „Repeater” oraz „In On The Kill Taker”. Pytanie tylko czy rzeczywiście słusznie? (pw)

Zdjęcie In On The Kill Taker

Straszną głupota byłoby stwierdzenie, że na tym albumie Fugazi brzmi „już” jak zespół, który wie, czego chce, bo sugerowałoby to, że wcześniej nagrywali płyty nie do końca przemyślane, a jest to ostatnia rzecz, którą można powiedzieć o takim albumie jak „Repeater”. Ale faktem (subiektywnym, rzecz jasna) jest, że „In on the Kill Taker” jest lepszą i bardziej spójną niż poprzednia, „Steady Diet of Nothing”. Co, znów, nie znaczy żeby „Steady...” była w jakiś sposób nieudana. Ale tutaj mamy wszystkiego, co fajne (właściwie, co jest nie fajne w Fugazi?) więcej i w lepszym wydaniu. Płyta jest zarazem bardziej dająca po uszach jak i w te same uszy wpadająca. Nie ma ani jednego momentu, w którym można by pomyśleć „e, tutaj to chyba sami nie byli do końca pewni, o co im chodzi”. Mamy tutaj przegląd naprawdę świetnych, szybkich, porywających piosenek z bardzo ostrymi partiami gitary (które swoją drogą mogłyby zabrzmieć ciut bardziej potężnie), ale też numery świadczące o tym, że w tamtym czasie panowie już kombinowali jakby tu nie zamknąć się w czadowo-gitarowym getcie. Mówiąc inaczej: co by tu zrobić, żeby uciec od tego, dzięki czemu są najbardziej rozpoznawani. Co w przypadku tego zespołu nie może dziwić, nie ma chyba innej kapeli, która robiłaby wszystko do tego stopnia po swojemu, co Fugazi. Tak, więc „Sweet and Low”, zgodnie z tytułem, pokazuje zespół od najbardziej (przynajmniej jak na rok 1993) lirycznej strony. Bas spokojnie „buja się” w tle, gitary zaczynają od grania jednego akordu zestawianego z momentem trademarkowej ciszy, aby po chwili, przejść do części po prostu nieprzyzwoicie melodyjnej, z również trademarkowym współgraniem dwóch gitar. Z tymże, owo współgranie nie ma na celu wywiercenie dziury w głowie słuchacza, jak to z reguły u Fugazi bywało. Numer wcześniejszy, „23 Beats Off” to powoli narastająca dźwiękowa epopeja, kończąca się kilku minutowym sprzężeniem, mająca też zaraźliwą linię wokalu. Właśnie, żaden z panów w Fugazi nie jestem typem naturalnie urodzonego wokalisty, ale na tym albumie wokale subtelnie, ale efektywnie przesuwają się w stronę bycia bardziej piosenkowymi, gdzie zwyczajowe krzyczenie schodzi na dalszy plan. „Subtelnie” znaczy tu tyle, że spokojnie, krzyczenia jest też w bród. Generalnie: dla wielu najlepsza płyta Fugazi, i na pewno ostatnia w „klasycznym” stylu. Klasycznym w cudzysłowie, bo zespół i tak jest tutaj dość daleko od stylu prezentowanego na dwóch pierwszych epkach (wydanych razem jako „13 Songs”). A duża zmiana była już tuż za rogiem... (jw)

Zdjęcie Red Medicine

Wydany dwa lata po „In On The Kill Taker” album „Red Medicine” odkrywa zupełnie nowe oblicze grupy Fugazi. Wszyscy, którzy na początku lat dziewięćdziesiątych zdążyli już sklasyfikować zespół jako typowych (choć na pewno nie przeciętnych) przedstawicieli sceny post-hardcore’owej, aby pozostać w zgodzie z własnym sumieniem musieli zweryfikować swój pogląd. Bo chociaż żadna nowa kompozycja nie pozostawiała cienia wątpliwości, co do jej autorstwa, to od razu rzucały się w uszy subtelne różnice stylistyczne i aranżacyjne. Przede wszystkim Ian MacKaye i spółka uciekają od surowego, gitarowego brzmienia, będącego niejako kontynuacją drogi zapoczątkowanej w macierzystych formacjach. Ich rozwój muzyczny podąża w stronę eksperymentalnego, nieco artystycznego rocka, opartego na bardziej złożonych niż dotychczas strukturach i interesujących rozwiązaniach harmonicznych. Świadczą o tym już pierwsze dźwięki na płycie w postaci pokręconego intro do „Do You Like Me?”. Fugazi sięgają po nietypowe dla siebie instrumenty i środki wyrazu, wśród których piorunujące wrażenie robią różnego rodzaju klawisze. Decydują się także wykorzystać w pełni możliwości produkcyjne, jakie daje profesjonalne studio. Obok szybszych i bardziej agresywnych utworów, stanowiących ostoję dla konserwatywnych fanów grupy, takich jak „Bed For The Scraping”, surowe „By You”, zakończony świdrującym przez ponad minutę dźwiękiem gitary „Downed City” czy krótki i agresywny „Back To Base”, znalazło się także miejsce dla kompozycji spokojniejszych, zahaczających wręcz o psychodelię. Do takich można zaliczyć „Forensic Scene” i „Fell, Destroyed” w bardzo interesujący sposób wykorzystujący brzmienie flażoletów. Swego rodzaju novum w twórczości grupy jest także stosunkowo duże nagromadzenie kompozycji stricte instrumentalnych, jak choćby znakomity „Combination Lock” napędzany delikatnie funkową linią basu. Zmiany w warstwie muzycznej to zresztą nie jedyne rewolucje w waszyngtońskiej ekipie (a o rewolucji można chyba mówić, skoro w takim „Version”… nie słychać w ogóle gitar!). Ian MacKaye zdał sobie sprawę, że w walce z systemem i popkulturą orężem równie skutecznym, co bezpośredni atak może być cięta satyra i poczucie humoru. O dziwo ta eklektyczna mieszanka pomysłów i styli złożyła się na bardzo spójny koncepcyjnie album, silny od początku do końca i równie energetyczny, co dotychczasowe dokonania. Fugazi nie utracili zatem żadnego ze swoich atutów, jednocześnie rozszerzając wachlarz możliwości i zwiększając pole muzycznego rażenia. Bez wątpienia „Red Medicine” było dużym krokiem naprzód dla formacji. Krokiem otwierającym przed grupą nowe możliwości, ale i stawiającym wiele znaków zapytania odnośnie jej dalszego muzycznego rozwoju.(pn)

Ocena: 7

End Hits

1998

Zdjęcie End Hits

Nawet po pobieżnym przesłuchaniu, nie może być wątpliwości: tę płytę nagrało już Fugazi w wersji post-Red-Medicine. Zatem mamy tutaj kombinowania ciąg dalszy. Utwory często są znacznie „gęstsze”, nierzadko kończą się w miejscach bardzo odległych od tych, w których się zaczynały, mamy tutaj całą masę rozmaitych nastrojów, Ian MacKaye całkowicie porzucił gitarę na rzecz syntetyzatora, a w połowie numerów zespół wspomaga chór gospel. Wracajcie, żartowałem. Tzn. z syntetyzatorem i chórem, ale wcale ich nie trzeba, aby fragmenty tej płyty brzmiały naprawdę dziwnie, i nie tylko „dziwnie, jak na album Fugazi”. Niektóre piosenki sprawiają wrażenie niedokończonych, tudzież z rozmysłem impresjonistycznych. Miejscami jest to urzekające, ale w paru (na szczęście, zdecydowanie rzadszych niż częstszych) chwilach ma się ochotę krzyknąć „panowie, chyba wpłynęliście na mieliznę”. Na co zespół niechybnie odkrzyknąłby „Ah, tak? A kto ciebie pytał o zdanie?”. Tak czy inaczej, nuda słuchaczowi nie grozi. Szczególnie, że poza wspomnianym kombinowaniem, mamy tutaj solidny kawałek grania. Panowie gitarzyści wciąż wymiatają na całej linii, moment w „No Surprise”, gdzie przesterowana gitara pojawia się po fragmencie wokalno-bębnowym, sprawi, że cała zgraja domorosłych gitarzystów rozpłacze się myśląc „co muszę zrobić, żeby TAK brzmieć?”. Innymi słowy, jej brzmienie po prostu powala. Całej płyty zresztą też. Pod względem muzycznym mamy więcej grania na strunach, mniej akordów niż to kiedyś bywało, co czyni całość nieco delikatniejszą, jednak nie jest to specjalnie odczuwalne, jako że charakterystyczna dla Fugazi nerwowość (w znacznej części będąca efektem „rwanej” perkusji) nadal da się czerpać garściami. Zmiany dotyczą także wokali, gdyż bardzo dużo jest tutaj „normalnego” śpiewu. W „Recap Modotti” słyszymy łagodny głos basisty, Joe Lally’iego, i pasuje on do piosenki świetnie. „Arpeggiator” to zgodnie z nazwą właściwie zabawa ze ślizganiem się po skali, ale co z tego, skoro słucha się tego znakomicie? Podobnie jak pierwszego na płycie „Break”. A kończący płytę „F/D” zaczyna się jak typowe Fugazi, po to, żeby na moment przejść w coś, co brzmi jak piosenka, którą można by usłyszeć w komercyjnym radio, by znów wrócić do Fugazi. Generalnie trochę chaotyczna, ale udana i wielce interesująca płyta. Tym bardziej szkoda, że przedostatnia. (jw)

Zdjęcie The Argument

Dyskografię waszyngtońskiej formacji można umownie podzielić na dwa zbiory. Do pierwszego będą należały płyty surowe w swojej post hardcore’owej stylistyce, bez zbędnych, dźwiękowych ornamentów, ale za to porażające ogromną energią i pasją. Można tu szczególnie wymienić nieokiełzane, choć zdecydowanie przemyślane „Repeater” oraz najbardziej mocarne w całym dorobku „In On The Kill Taker”. Fugazi nie należeli jednak do grona wykonawców, którzy kurczowo trzymają się obranych schematów. Poszukiwali nowych środków wyrazu, mieli ten swój niedefiniowalny błysk inteligencji, czego finalnym efektem jest zawartość późniejszych albumów, w szczególności „Red Medicine” i „End Hits”. Także ostatnie w dorobku Amerykanów „The Argument” wyróżnia się różnorodnością, artystyczną śmiałością, a także przede wszystkim pomysłowością. Nie silą się na awangardowe rozwiązania, bo zdają sobie sprawę z tego, co jest ich najsilniejszą stroną. A jest nią prostota. I tak się doskonale składa, że jednocześnie nagrywają płytę, która wydaje się bardzo udaną i klarowną próbą całościowego podsumowania dotychczasowych dokonań. Nie wierzycie? W takim razie kilka przykładów. „Full Disclosure”, „Epic Problem” czy „Ex-Spectator” (zagrany na dwie perkusje) to nabuzowane i kopiące po tyłku wymiatacze, jakich u Fugazi nigdy nie brakowało i również tym razem nic w tej materii się nie zmienia. Na drugim biegunie leżą subtelnie psychodeliczne „The Bill”, odznaczające się podskórną melancholią „Argument” oraz zwiewne, choć nieco niepokojące „Life And Limb”. Rozstrzał stylistyczny osiągają m.in. dzięki urozmaiconemu instrumentarium, bo oprócz tradycyjnego rockowego zestawu mamy tutaj i pianino i smyczki i żeńskie chórki. I pewnie jeszcze kilka innych elementów, które tworzą tę zachwycającą układankę. Zatem znowu wlepiamy wysoką notę i nikt nie jest w stanie nic na to poradzić, bo grupa chronicznie nie zapomina o kluczowej sprawie, jaką jest jakość kompozycji. A nie jest to żadną niespodzianką, bo tak naprawdę do głowy przychodzi tylko jedna rzecz, jakiej nie potrafili zrobić - spieprzyć płyty sygnowanej nazwą Fugazi. Ta sztuka im się zdecydowanie nie udała. (pw)

Przemysław Nowak (pn), Jakub Wierzbicki (jw), Piotr Wojdat (pw) (22 czerwca 2008)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: Sillesian
[20 marca 2013]
Fugazi wzrosło z Rites of Spring i Embrace.Patrzę na Dag Nasty
Kerosene 454,Lungfish i wiele innych bandów W ameryce ne rodzi się coś z niczego.Ludzie dalej w Polsce nie znają Quicksand,Falling Forward,Medications.Fenomenu tych zespołów.Dalej podniecają się Nirwaną,Metaliką istrachami Lachami.U nas ludzie nie wyrastają z harcerstwa palenia fajek.Spluwania na chodnik.I picia coli.Mam wrażenie że polka galopka i eurogalopka wryła się w myślenie.1gościu na 50 słyszałLiving colour.@-na 50 zna Sonic Youtjh.U Nas się można podniecać .zamiast tworzyć wolna scenę.straight edgowe kapelę śpiewja że kutas odpadł komuś.Żeby przypodobać się 5 punkom.U Nas nie ma sceny niezależnej.
Są jakieś małe getta.Dostajesz w wieku 30 lat bólu brzucha.
Kto zna Ahimsę.Ilu HXC słyszało Nową Drogę.U nich hxc się zaczęło od cymoeona x.Gdyż wydali na fali kasetkę.Wymień 20 kapel co naprawdę potrafią grać.U nas jest umpa umpa umpa...albo metal...albo metal rock...nawet 20 bandów metalcore nie ma.Przez rok powstało więcej zespołów reggae czy pseudo reggae.Niż ta cała scena niezależna.
Gość: ?
[9 czerwca 2011]
ok dokladnie to mialem na mysli, dzieki. instrument chetnie obejrze
Gość: ale
[9 czerwca 2011]
the ołtaŻyki :D
Gość: ale [aka justine]
[9 czerwca 2011]
że to zdanie jest niepoprawne? że trzeba rozwinąć, że fugazi to wyjątkowy zespół? może ułomnie się wyraziłam, ale nie będę tego tłumaczyć bo wystarczy posłuchać płyt czy wywiadów, obejrzeć instrument i prześledzić losy zespołu i iana, posłuchać tych chciażby pogadanek z koncertów i skumać tę postawę, i że ten *kultowy* zespół mógłby zarobić kupę kasy, ale o dziwo tego nie chce...
Gość: sillesian
[8 czerwca 2011]
wzdrygam się jak słyszę że Fugazi było post-hardcorowe moim zdaniem bez post...to ze wytaczali szlaki i nie chcieli odcinać kuponów...to ktoś to musiał zrobić...gdyż do czasów Rites of Spring,Fugazi i Bad Brains nikt nic sensownego nie wniósł...od strony muzycznej...hard core odróżnił się tym że próbował znależć własną ścieżkę...różne tempa a nie umpa umpa umpa...muzyka stawała się artyzmem a nie było łatwo i nikt tej muzyki nie promował...do tej pory 70%h-c nie zna Fugazi..bo nie wyglądali punkowo....moim zdaniem pierwsze 3 płyty rozwaliły scenę muzyczną świerzoscią...W latach 88-91
nikt tak nie grał...Na scenie HxC właśnie chodzi o szczerość
a nie o ołtarzyki i idole.Posłuchaj tekstów a chodzi o postawę
I to nawet nie jest sam bunt...To poszukiwanie drogi którą napotkalismy w takim czasie i miejscu-refleksje.Prawdziwy,szczery artyzm.Wydaje sie ze takie kapele jak Fugazi,Bad Brains,Sonic Youth zawsze płyną pod prąd...I trzeba by o nich książki napisać a nie artykuł...Samo oddanie Fugazi aby pomoc wypromowac inne kapele Dischord -records.Niemodne- Justine gdyż nie dało się ich umieścic w szufladce jak Nirvanę...co do przedostatniej płyty moim zdaniem to albo trochę spieprzona albo się zagmatwali...End Hits uznano za najlepszą płytę w jakimś czasopiśmie.Zgadzam się surowa emo-wo-męka Słychać niesamowite możliwości zrypane jakąś nostalgią,zapętleniem.Ani dominujące echo ani nastrojenia gitary...4utwory mnie zaciekawiły i tyle.Sam Break robi bardzo ciekawe wrażenie.Pewnie takie granie będzie lubiane za 20-30 lat...Przyznam Ci rację jeśli chodzi o Argument-Coś niebywałego choć wiadomo że po tak dobrej płycie Grupa zaczynała kończyć karierę.Mam nadzieję że chociaż raz fajnego sklecą.W Polsce prawdziwego hard cora nie było.w przewadze punkcore-Apatia,Second Age,CymeonX...no chyba że wspomnę Ahimsę...albo Armię...punk mi sam nie przeszkadza ale jego kajdanki myślowo-obyczajowe.I nawet nie lewicowość a lewackość.Dlatego gdy skończyły się lata80te...Z nastaniem kapel Czerwone Brygady,Piekło Kobiet,Homomilitia,Włochaty,Guernica...dostałem niesamowitego obrzydzenia...gdyż stworzyli jakieś własne getto-które zeszło na margines podobnie h-c punk-gdzie srednio na koncert przychodzi 32 osoby.Nie chcę nie mam ochoty aby jakiś Chuggawara dyktował jak mam myśleć...a w
h-c punku...nie będzie mnie punk z Second Age uczyl co znaczy być HxC...I 90%gra jak by się trzymali za portki biegnąc do ubikacji bo się im zachciało kupę...żadnych zmian temp,przemyśleń,wyciszenia...I oni będą słuchać Fugazi.?
Gość: ?
[27 stycznia 2011]
"a postawa chłopaków [...] dzisiaj wydaje się jeszcze bardziej imponująca i tak zajebiście nieprzeciętna i niemodna!" moge prosic o rozwiniecie?
Gość: justine
[11 grudnia 2009]
a oto zespół lat '90!!! dla innych powienien być chociaż JEDNYM Z bandów tamtej dekady(tak żart trochę..)! te płyty z upływem lat tylko zyskują! a postawa chłopaków wobec przemysłu muzycznego i innego, koncertów i okołomuzycznych rzeczy dzisiaj wydaje się jeszcze bardziej imponująca i tak zajebiście nieprzeciętna i niemodna! szacunek, ale bez ołtażyków i jakiś kultowości..to taki zespół z sąsiedztwa, który po prostu nagrał pare genialnych płyt. się podnieciłam ale wróciłam do tych płyt i fugazi znów huknęli mnie w twarz!
http://www.chunklet.com/index.cfm?section=blogs&ID=574 jak ktoś jeszcze nie słuchał.

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także