Teenage Fanclub, The Rosebuds + Man In Grey

Nowy Jork, The Bowery Ballroom + Mercury Lounge - 22 lipca 2005

Zdjęcie Teenage Fanclub, The Rosebuds + Man In Grey - Nowy Jork, The Bowery Ballroom + Mercury Lounge

To był sentymentalny wieczór, pełen sentymentalnych, nostalgicznych piosenek dla sentymentalnych trzydziestolatków, a wręcz dla tych, którzy trzydziestolatkami być już niedługo przestaną. Zanim jednak na scenie pojawiły się gwiazdy wieczoru, półgodzinny set zaprezentował zespół o bardzo różowo-infantylnej nazwie. I choć początek nie obiecywał zbyt wiele ciekawego, z każdym kolejnym kawałkiem okazywało się coraz bardziej, że to bardzo dobry sposób otwarcia tego wieczoru.

The Rosebuds to kwartet o niewielkim dorobku artystycznym – dwa lata temu ukazała się debiutancka płyta, niedawno – epka z kilkoma utworami. I gdyby był to zespół ze Szwecji, z pewnością byłby już gwiazdą w Stanach, bo maja ku temu wszystkie warunki: ładne melodie, ładną wokalistkę i ładne teksty. Ale jako, że to grupa amerykańska, jakoś nie może zostać prorokiem we własnym kraju. Ten koncert z pewnością ma szanse się do tego przyczynić. Nietypowe instrumentarium: dwie gitary, klawisze, perkusja, a w jednym czy dwóch utworach – trąbka oraz miękkie, delikatne piosenki – to znaki rozpoznawcze tej grupy. Co prawda niektóre z utworów są wyraźnie doprawione cierpkimi ziarnami starego bluesa czy nawet country, ale inne – te wolniejsze i spokojniejsze – nasączone są przejmującym smutkiem. A to bardzo pomaga tej muzyce.

Po dłuższej przerwie na scenie pojawili się – nie bójmy się tego słowa – weterani ze Szkocji, Teenage Fanclub (na zdjęciu). Pewnie dziś nikt już nie pamięta tego zespołu, który w czasach, kiedy na brytyjskiej scenie gitarowej niepodzielnie królowała grupa Ride i gwiazdy nurtu shoegazing, zajmował poczesne miejsce gdzieś na czele drugiej ligi alternatywnego rocka. Dorobili się w tamtych czasach kilku przebojów i sporej publiczności, po czym zniknęli na długie lata. Kilka miesięcy temu powrócili z nową płytą. I był to chyba niestety – podobnie jak w przypadku The Wedding Present – powrót którego nikt nie oczekiwał i niewielu go zauważyło.

Nie przejmując się żartami amerykańskiej prasy – które swoją drogą rzeczywiście same się nasuwały – że zespół powinien zmienić nazwę na Thirtysomething Fanclub, grupa wyruszyła na amerykańskie tournee. Spotkała się tu z ciepłym przyjęciem – w Nowym Jorku oba koncerty, odbywające się dzień po dniu w dość dużych salach, zostały wyprzedane do ostatniego biletu. A średnia wieku wśród publiczności była zdecydowanie wyższa niż zwykle – widać, że stare sentymenty przyciągnęły dawnych fanów zespołu.

W programie koncertu znalazły się zarówno kawałki z nowej płyty, jak i dawne przeboje. I trudno powiedzieć, które były cieplej przyjmowane. Szkoci zagrali długi koncert, pod koniec którego poszczególne kawałki zlewały się już ze sobą, w jeden długi miękkogitarowy utwór, który najwyraźniej bardzo podobał się nowojorskiej publiczności. Nowojorski kontekst postawił tą muzykę w trochę innym świetle niż dotąd – nie wydawała się aż tak bardzo brytyjska jak kiedyś, zwłaszcza kiedy wzięło się pod uwagę miękką piosenkową odmianę amerykańskiego gitarowego alt-rocka, wywodzącą się od R.E.M., a dziś kontynuowaną najwdzięczniej przez The Shins. Tak czy owak, choć ten występ był bardzo sprawny i poprawny, robił jednak wrażenie lekko wymęczonego.

Zaraz po tej wycieczce w zamierzchłą przeszłość, można było przenieść się do przyszłości. W Mercury Lounge, znajdującej się kilkaset metrów od Bowery Ballroom sali, należącej do tego samego klubu, właśnie zaczynał się tzw. midnight show nowej nadziei nowojorskiego rocka, zespołu Man In Grey. Tutejsza prasa nie bawi się w półśrodki i doszukuje się w ich muzyce wpływów Sonic Youth i Pixies. Coś w tym jest, choć chyba nie do końca. Są beztroscy, są bezpretensjonalni, są chyba o połowę młodsi od członków Teenage Fanklub, a być może sami są jeszcze nastolatkami. Zagrali niewiele ponad półgodzinny set, wypełniony surowymi, ale pomysłowymi kawałkami. To dziarska, zadziorna muzyka i krzycząca dziewczyna w roli wokalistki. To przyjemna odmiana art-punka, rześki oddech po lekko zalatującym naftaliną występie Teenage Fanclub.

Przemek Gulda (15 sierpnia 2005)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także