Fucked Up / Vivian Girls / Pissed Jeans / The 80's Hard Core

The Market Hotel, Nowy Jork - 20 stycznia 2009

Zdjęcie Fucked Up / Vivian Girls / Pissed Jeans / The 80's Hard Core - The Market Hotel, Nowy Jork

To był szczególny dzień: dzień, w którym całe miasto zwariowało, w którym cały kraj, cały naród oddał się niewidzianemu od lat wybuchowi radości i entuzjazmu. I nawet dramatyczne doniesienia o kryzysie ekonomicznym nie były w stanie zagrozić tej eksplozji optymizmu i nadziei, widocznej na każdym kroku: ulice, wystawy sklepowe, stacje metra przystrojone były narodowymi barwami i portretami najsłynniejszych prezydentów. Powód był dość oczywisty: to właśnie tego dnia w Waszyngtonie odbywało się uroczyste zaprzysiężenie czterdziestego czwartego w ogóle, a pierwszego czarnoskórego, prezydenta Stanów Zjednoczonych, Baracka Obamy. Nowy Jork przygotował się na ten moment wyjątkowo: w całym mieście odbywały się różnego rodzaju okolicznościowe imprezy: wykłady, bale, koncerty. W barach serwowano specjalne drinki i stosowano specjalne, obniżone ceny.

Jednak najbardziej nietypowa impreza z okazji inauguracji kolejnej prezydentury odbyła się w mocno obskurnym, ale zarazem - niezwykle uroczym miejscu, zwanym The Market Hotel, który nieco wbrew swej dumnej nazwie okazał się pozbawionym choćby najmniejszego szyldu, nie do końca chyba legalnym klubem w Bushwick, nie najlepszej, choć powoli zdobywającej coraz większą popularność, części Brooklynu.

Pierwszego wieczoru tej, jak chcieli rozentuzjazmowani optymiści, nowej ery w historii USA odbył się tam koncert wypełniony w dużej mierze muzyką, która od samych swych początków miała antysystemowy i antypolityczny charakter.

Pomysł był mocno przewrotny, a gest jednego z muzyków, który tuż przed koncertem wywiesił za sceną narodową flagę (i to bynajmniej nie - jak to miało w zwyczaju co najmniej kilka punkowych czy hard core'owych zespołów - do góry nogami) - co najmniej zastanawiający.

Wieczór z ostrym graniem rozpoczął kwartet o wszystko mówiącej nazwie The 80's Hard Core, będący oczywiście rasowym tribute bandem co najmniej kilku klasycznych grup ze złotych lat amerykańskiej muzyki hard core'owej. Trzej spokojnie wyglądający hipsterzy i dość malowniczo ucharakteryzowany na punkowca wokalista wyrzucali z siebie kolejne covery klasycznych utworów takich grup jak: Black Flag, Minor Threat czy Agnostic Front. Żeby podkreślić iście edukacyjny wymiar swojego występu, muzycy prezentowali teksty wszystkich wykonywanych utworów i cierpliwie informowali między kolejnymi piosenkami, kto je wykonywał w oryginale już prawie trzy dekady temu. Publiczność zareagowała jak przystało na lata osiemdziesiąte i bawiła się zgodnie z ówczesnymi hard core'owymi kanonami, wskakując na siebie wściekle, choć wcale nie agresywnie i wykrzykując wszystkie teksty wraz z wokalistą do jego mikrofonu. Rzeczywiście można się było poczuć jak w czasach gdy nie Obama, ale Reagan obejmował prezydencki fotel w Białym Domu.

Po tej krótkiej, ale bardzo intensywnej lekcji historii ostrej muzyki, zrobiło się dużo bardziej współcześnie: na scenie pojawiły się trzy dziewczęta z grupy Vivian Girls. Zaczęły od zabawnego żartu: przedstawiły się jako The 90's Hard Core i zaczęły grać iście hard core'ową młóckę. Ale już za moment wróciły do tego, co wychodzi im najlepiej: punkowo-shoegazingowego (niezależnie od tego jak sprzecznie to brzmi) indie rocka. Tym razem ta najczęściej chyba w ostatnim czasie kobcertująca spośród młodych nowojorskich zespołów formacja wypadła wyjątkowo zaczepnie i drapieżnie. W nowych piosenkach, które zdominowały program koncertu, dziewczęca delikatność zdecydowanie przegrywa z równie dziewczęcą zajadłością, co przynosi nader interesujące efekty. Nie zabrakło oczywiście okolicznościowych wtrętów, jak choćby zadedykowanie - z oczywistych względów - utworu zatytułowanego „The End” George'owi W. Bushowi. Najważniejszy wniosek, który płynął z tego występu jest taki, że mimo wszelkich powodów ku temu (gigantyczny hype we wszystkich hipsterskich mediach, koncerty z największymi gwiazdami, dopieszczanie na każdym kroku), dziewczęta nie zmanierowały się ani trochę i nie straciły nic ze swojej szczerej niemal do bólu autentyczności.

Zupełnie inny rodzaj energii zapanował na i pod sceną, gdy stanęło tam czterech muzyków grupy Pissed Jeans. Już od pierwszych dźwięków było jasne, że żaden z nich nie przyszedł tu brać jeńców albo okazywać choć cień litości. Trzech instrumentalistów generowało ostre jak brzytwa dźwięki z pogranicza hard core'a i metalu, ale i tak całą uwagę skupiał na sobie wokalista. Nie trudno było odnieść wrażenia, że wpadł on w jakiś mocny amok: rwał na sobie ubrania, miotał się, tłukł w piersi niczym Tarzan w rytm grany przez perkusistę, wykrzywiał twarz we wściekłych grymasach, polewał się wodą i tłukł szkło. A na dodatek nie przestawał wykrzykiwać kolejnych wersów piosenek, nie gubiąc się ani na moment. Pod sceną zapanował równie potężny amok: biorąc przykład z hiperaktywnego wokalisty, publiczność zaczęła chaotyczne i energetyczne pogo, przetaczając się nieco bezładnie z miejsca na miejsce i kotłując niemiłosiernie. To nie mogło trwać za długo: ani wokalista grupy ani jego fani nie wytrzymaliby tego, więc po pół godzinie zespół zszedł ze sceny, by zrobić na niej miejsce Kanadyjczykom.

Właśnie wybijała północ i był już najwyższy czas, żeby punkowe obchody inauguracji prezydentury Obamy osiągnęły apogeum. Było jasne, że występ tego najbardziej ostatnio cenionego w świecie muzyki indie zespołu hard core'owego, na apogeum nadaje się znakomicie. Zaczęło się oczywiście od stosownego przywitania: „wiecie, co zrobiliśmy na drodze z Montrealu? Zatrzymaliśmy się w McDonaldzie i obejrzeliśmy tam w telewizji przemówienie Obamy. Czy może być coś bardziej amerykańskiego? Chyba tylko najechanie na Irak”. A potem się zaczęło. Ze znanej z ostatniej płyty grupy wielowarstwowości, fletów, dzwonków i całego aranżacyjnego bogactwa niewiele oczywiście zostało. Ale zostało to, co najważniejsze: energia, szaleństwo i precyzja. Tą ostatnią, mimo totalnego szaleństwa, które od samego początku ogarnęło całą salę, zapewniało trzech skupionych na swoich instrumentach gitarzystów, całkowicie panujących nad swoimi skomplikowanymi, przeplatającymi się zagrywkami. Dzięki temu muzyka Fucked Up, nawet w tej uproszczonej, zwulgaryzowanej formie, zachowała swą niezwykłą oryginalność. Ale jest jeszcze jeden element, za sprawą którego ten zespół jest tym, czym jest: jego absolutnie niezrównany wokalista. Pink Eyes wdzięcznie miotał po scenie swoimi 120 kilogramami żywej wagi, wciągał do zabawy publiczność (w szczytowym momencie chwycił jednego z widzów, zarzucił sobie na ramię i cisnął w tłum jak lekką, pluszową zabawkę) i sam bawił się jak dziecko (rzucał mikrofonem, owinął się kablem, ściągał z siebie wszystkie ciuchy). Kiedy na koniec koncertu publiczność domagała się kolejnego bisu, patrząc ze zrozumieniem na kompletnie wyczerpanych ponad godzinnym występem kolegów i koleżankę z zespołu, postanowił wykonać jeszcze jeden utwór... a capella. I zakończył cały wieczór iście punkowym akcentem: „dziś widzieliśmy jak w metrze policja zakuwa kogoś w kajdanki. Inauguracja inauguracją, ale pewne rzeczy nigdy się nie zmieniają”.

Przemek Gulda (27 czerwca 2009)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: 42
[29 czerwca 2009]
"Już od pierwszych dźwięków było jasne, że żaden z nich nie przyszedł tu brać jeńców albo okazywać choć cień litości. Trzech instrumentalistów generowało ostre jak brzytwa dźwięki z pogranicza hard core'a i metalu"

nienajlepszy tekst.
Gość: adam b
[28 czerwca 2009]
pissed jeans metalowe?

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także