Nada Surf / Frances

Nowy Jork, Music Hall Of Williamsburg - 7 lutego 2008

Zdjęcie Nada Surf /  Frances - Nowy Jork, Music Hall Of Williamsburg

Historia formacji Nada Surf, która bez najmniejszych trudności wyprzedała wszystkie bilety na dwa występy, odbywające się dzień po dniu w niemałych przecież nowojorskich klubach: brooklyńskiej Music Hall Of Williamsburg i Bowery Ballroom na Manhattanie, jest zadziwiająca i zdarza się niezwykle rzadko. Zespół zadebiutował niezwykle mocnym akcentem: kilka lat temu piosenka tej formacji zatytułowana „Popular” (niezwykle melodyjny, wpadający w ucho utwór z „gadanym” tekstem o szkolnej miłości) z miejsca stała się ogromnym, alternatywnym przebojem na całym świecie. Start obiecujący, ale jednocześnie pakujący zespół w bardzo groźną pułapkę dorośnięcia do oczekiwań, które obudził wśród publiczności tak mocny debiut. I rzeczywiście, wszystko wskazywało na to, że Nada Surf stanie się typowym zespołem jednego przeboju, o którym wszelki słuch zaginie błyskawicznie: na kolejnych płytach próżno było się doszukiwać utworu, który choć w części mógłby dorównywać sile i przebojowości piosenki „Popular”.

Kiedy wydawało się, że grupa zdryfuje na dobre w jakieś rzadko odwiedzane rejony sceny indie, okazało się, że przez kilka ostatnich lat formacja zdoła stworzyć sobie grono wiernych i oddanych fanów. To byli ci, którzy nie oczekiwali od grupy dostarczania tanich przebojów, ale po prostu ciekawych i rzetelnie zagranych indie rockowych utworów z niegłupimi, życiowymi tekstami.

Szybko okazało się, że z takimi oczekiwaniami trójka muzyków radzi sobie znakomicie, a kolejne przygotowywane przez nich płyty wypełnione były przede wszystkim takimi właśnie, może mało efektownymi, ale znajdującymi spore uznanie fanów, utworami. Nie można się więc dziwić, że każdy z nich wywoływał ogromny aplauz, wśród szczelnie wypełniającego salę tłumu. Publiczność ożywiała się już po pierwszych taktach, a potem śpiewała wraz z wokalistą dokładnie każde słowo. Muzycy znakomicie operowali nastrojem, płynnie przechodząc od utworów niemal punkowych do spokojnych, na poły akustycznych ballad. W budowaniu nastroju znakomicie pomagali trójce artystów z podstawowego składu liczni zaproszeni na scenę goście, którzy wspierali ich w poszczególnych utworach dźwiękami instrumentów klawiszowych, wiolonczeli czy własnego głosu. Trudno było spodziewać się, zważywszy na muzykę zespołu, jakiegoś specjalnie emocjonującego widowiska. I rzeczywiście – muzycy zachowywali się raczej statecznie, bawiąc widzów między utworami opowieściami z przeszłości, gdy sami mieszkali na Williamsburgu, a najbardziej widowiskowym elementem koncertu okazała się pokaźna czapa z dredów, którą dumnie obnosił basista zespołu.

Ten festiwal bardzo sprawnego i rzetelnego rockowego rzemiosła trwał, ku uciesze widzów, grubo ponad półtorej godziny. Zespół w tym czasie przedstawił repertuar złożony z utworów ze wszystkich swoich płyt. I wcale nie było tak, że zdominowały go piosenki z najnowszej, wydanej oficjalnie dokładnie w przeddzień williamsburskiego koncertu, płyty, zatytułowanej „Lucky” – choć oczywiście nie mogło w programie zabraknąć kilku z nich. Ale największym zaskoczeniem mogło być to, że w nie znalazł się w nim – nawet pomimo tego, że zespół aż dwa razy wychodził na bisy – utwór, od którego się wszystko zaczęło: „Popular”. Publiczność zdawała się z dużym zrozumieniem i wyrozumiałością przyjmować taką decyzję muzyków grupy.

Przed gwiazdą wieczoru zaprezentował się tym razem, co raczej rzadko się zdarza podczas nowojorskich koncertów, tylko jeden supportujący zespół. Była to lokalna, brooklyńska formacja Frances. Trudno powiedzieć, czy jej członkowie wzięli sobie jakoś szczególnie do serca zadanie zagrania występu na miarę kilku zwyczajowych supportów razem wziętych, ale jedno trzeba im przyznać: dwoili się i troili na scenie, aż miło było popatrzeć. Przede wszystkim, już sama ich liczba mogła budzić zdziwienie, kto dziś bowiem - poza zespołami z Kanady oczywiście - występuje dziś na scenie w... ośmioosobowym składzie? Obok podstawowego zestawu rockowych instrumentów: gitary, basu i perkusji, muzycy formacji Frances wykorzystują do aranżowania swoich kompozycji także: dwa instrumenty klawiszowe i całkiem sporą sekcję dętą. Najważniejsze, że efekt jest warty zaprzęgnięcia do pracy aż tylu muzyków: Frances brzmi jak mało który inny zespół na alternatywno rockowej scenie, a połączenie elementów gitarowego indie i... muzyki klasycznej w tak niezwykłych aranżacjach zabrzmiało nie tylko przekonująco, ale i nadzwyczaj przebojowo. Ta początkująca dopiero formacja, mająca w dorobku ledwie kilka nagranych utworów, pokazała podczas tego występu, że zdecydowanie warto zwrócić na nią baczniejszą uwagę i pilnie śledzić jej przyszłe poczynania.

Przemek Gulda (15 czerwca 2008)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: to jeszcze raz ja
[11 stycznia 2009]
Szanowny Panie Doktorze, to co pan raczyl tu napisać, wskazuje raczej na to, że zaczyna pan "odwalać robotę'. Uważa się pan za znawcę alternative rock ?, ja mam to tego wątpliwości. Nada Surf to jedna z ciekawszych kapel NY. A teraz praca domowa, proszę posluchać Via Audio i Bayside.
Gość: do laryngologa !
[11 stycznia 2009]
Szanowny Panie, Doda byla pana nauczycielką muzyki

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także