Klimek, Fennesz, David Toop, William Basinski

Poznań, Stary Browar - 15-16 maja 2008

Zdjęcie Klimek, Fennesz, David Toop, William Basinski - Poznań, Stary Browar

Festiwal "Focus: One" jawił się jako idealne podsumowanie dotychczasowej działalności Kulczyk Foundation oraz muzycznych wydarzeń w poznańskim Starym Browarze. Bogaty w nazwiska znane i uznane na scenie elektronicznej lineup rozbudzał wyobraźnie już od pierwszych chwil po ukazaniu się informacji o festiwalu. Apetyty polskich miłośników eksperymentalnych dźwięków wyostrzone tegorocznymi występami Fennesza i Pattona, KTL, Autechre, Oval i Current 93 nie zostały jednak w pełni zaspokojone, w czym spora zasługa największych gwiazd oraz formuły imprezy.

Rozpoczęło się obiecująco: pełna sala i bardzo dobry występ Klimka do psychodelicznych wizualizacji, na które składały się abstrakcyjne obrazy powolutku się przenikające. Ciekawy set, o nieco niepokojącej atmosferze, wkraczający momentami na terytoria dark ambientu i industrialu byłby idealną przystawką, gdyby nie fakt, że danie główne było tego dnia wyjątkowo nieświeże. Christian Fennesz już od czasu “Venice” zdaje się sprawiać wrażenie, że brakuje mu pomysłów i niestety występ w Poznaniu w pełni potwierdził taką smutną diagnozę. Statyczne basowe drony i duże ilości szumu stanowiły tło dla wyeksploatowanego do bólu brzmienia gitary przepuszczonej przez posadzony na laptopie efekt. Efekt? Mizerny. Aranżacje najczęściej sprowadzały się do tego, że po kilku brzdęknięciach, a czasami nawet wyprowadzeniu jakiejś melodii Fennesz zaczynał walić w struny tak długo, że nie było słychać już nic oprócz rezonansu (używał mnóstwo pogłosu). Hałaśliwy, ale zupełnie beznamiętny występ przed totalną kompromitacją uratowała końcówka, podczas której gitara poszła w odstawkę, a w ruch gałki miksera. Bisów jednak nikt się nie domagał.

Gdyby na poważnie wziąć stwierdzenie konferansjera, który w zapowiedzi określił festiwal jako próbę przedstawienia kierunku, w którym zmierza muzyka elektroniczna, to odpowiedź musiałaby chyba brzmieć: do łóżka. Nikt przy zdrowych zmysłach tak daleko idących wniosków z tego koncertu raczej nie wyniósł, a i wydarzenia dnia drugiego pomogły nieco zaspokoić niedosyt powstały tego wieczora.

Występ Davida Toopa należy chyba uznać za najlepszy w ciągu obu dni. Toop majestatycznie poruszając się za stolikiem łączył basowe i sinusoidalne drony, dźwięki konkretne oraz preparowanej gitary z grą na flecie poprzecznym w niezwykle minimalistyczną ale poruszającą całość. Wyjątkowo nieśmiało wykorzystane zostały możliwości sprzętu nagłaśniającego choć mogło być to działanie zamierzone, bo trzeba przyznać, że przez cały czas trwania seta Anglikowi udało się utrzymać publiczność w skupieniu. Choć to dopiero po gwieździe wieczoru spodziewano się wykreowania kontemplacyjnego nastroju, emocje nieco opadły gdy William Basinski uruchomił laptopa. Zrobił dokładnie, to czego oczekiwano, czyli zagrał utwory oparte o pojedyncze loopy. Kompozycje były dużo krótsze, ale nieco bardziej złożone niż te, które zawarte są na płytach. Dwie pierwsze z trzech zaprezentowanych pętli ufundowały ciekawe podróże po krainie wyobraźni, ale trzecia - bisowa już nie utrzymała poziomu poprzedniczek, tym bardziej, że poprzedzona została pseudoekstrawaganckim pokazem satysfakcji z udanego (?) występu. Po zejściu Basinskiego ze sceny łaskawie uraczono nas jeszcze króciutkim filmikiem do fragmentu „Melancholii” i blisko 40-minutowy występ (tak, tak – to nie pomyłka) dobiegł końca. Biorąc pod uwagę, że pozostałe nie były wiele dłuższe pojawia się zasadnicze pytanie: po jaką cholerę rozbito imprezę na dwa dni? Nawet biorąc pod uwagę słabą formę najważniejszych zawodników jeden, za to słusznej długości wieczór zapewniłby odpowiednią ilość i przede wszystkim stężenie pozytywnych wrażeń. A tak - rozeszło się po kościach, co prawdopodobnie najbardziej odczują kolejne gwiazdy wizytujące Polskę.

Mateusz Krawczyk (26 maja 2008)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także