The Shondes, Hungry March Band, Art Of Shooting, My Teenage Stride, Royal Pink

Nowy Jork, Luna Lounge - 11 stycznia 2008

Zdjęcie The Shondes, Hungry March Band, Art Of Shooting, My Teenage Stride, Royal Pink - Nowy Jork, Luna Lounge

The Shondes to nowa nadzieja nowojorskiego rocka alternatywnego – choć zapewne bezkompromisowa postawa, polityczne teksty i nie do końca łatwa w odbiorze muzyka nie pozwolą tej grupie zrobić wielkiej kariery. Ale na nowojorskie indie-salony zespół wszedł z wielkim hukiem: tuż po zakończeniu swojej długiej trasy po całym kraju, członkowie grupy przygotowali specjalny koncert u siebie: czyli na Brooklynie. W programie była cała masa atrakcji o muzycznym i całkiem pozamuzycznym charakterze – jeśli chodzi o te ostatnie, w klubie na słuchaczy czekały stoły wprost uginające się od… wegańskich ciastek własnej roboty. Na szczęście nie trzeba było sobie za bardzo osładzać wieczoru w ten sposób, bo to co działo się na scenie broniło się bez żadnego problemu. Nie dość, że wieczór był bardzo urozmaicony pod względem stylistycznym, na dodatek – program był znakomicie ułożony, a napięcie rosło z minuty na minutę.

Zaczęło się od występu całkowicie dziewczęcej formacji Royal Pink. Cztery panie, w których strojach dominował oczywiście pojawiający się w nazwie zespołu róż, zaprezentowały niemal pół godziny prostej, zabawnej i zabawowej muzyki z pogranicza punk rocka i rockowego popu z żartobliwymi tekstami, głównie o miłości. Przede wszystkim o nieudanej miłości oczywiście. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie drobny szczegół: w składzie zespołu nie było gitary, znalazły się w nim za to… dwa basy, co spowodowało, że ta muzyka miała dość specyficzne brzmienie.

Po krótkiej przerwie na scenie pojawiło się pięciu panów tworzących dziś grupę My Teenage Stride (na zdjęciu). Ten projekt, przez długi czas prowadzony samodzielnie przez gitarzystę i wokalistę Jedediaha Smitha to obecnie pełnoprawny zespół, który sprawnie i z wielką energią wykonał kilkanaście piosenek – mniej więcej połowa pochodziła z ostatniej płyty, świetnie przyjętego albumu sprzed roku, zatytułowanego „Ears Like Golden Bats”, oprócz tego muzycy zagrali także spory zestaw kompozycji zupełnie nowych, które mają trafić na przygotowywaną właśnie płytę. Artyści bardzo mocno zadziwili publiczność swoją żywiołowością i rockowym brzmieniem – zamiast klawiszy, obecnych na płytach studyjnych, pojawiła się trzecia gitara. Ale mimo to grupa zabrzmiała bardzo lekko i miękko, co świetnie pasowało do melodyjnych kompozycji Smitha.

Dużo bardziej mrocznie zrobiło się, gdy na scenie pojawili się muzycy formacji Art Of Shooting. To kolejne zaskoczenie tego wieczoru – to, co zaprezentowali na scenie stawia ich bez żadnego problemu w pierwszej lidze dzisiejszego nowojorskiego indie rocka. Jest tylko jeden mały problem: tej muzyki nie można usłyszeć nigdzie poza koncertami. Po wydaniu debiutanckiej epki, zdecydowanie odbiegającej poziomem od tego, co grupa prezentuje dziś na żywo, zespół nie nagrał już nic więcej – wokalistka próbowała tłumaczyć się ze sceny lenistwem i brakiem czasu. Wielka szkoda, bo mroczny, gęsty, momentami bardzo ostry, zimnofalowy indie rock w wykonaniu tego damsko-męskiego zespołu zabrzmiał naprawdę znakomicie. Szczególną uwagę zwracał na siebie niemal demoniczny perkusista, który grał tak intensywnie, jakby nie był sam za swoim sporym zestawem bębnów. Jego gęsta gra wchodziła momentami w obszary jakichś magicznych rytuałów, w których bębny wyznaczały rytm i tempo. Obie wokalistki grupy: jedna grająca na gitarze, druga na instrumentach klawiszowych, znakomicie się uzupełniały, a ich mocne głosy zdecydowanie dodawały poszczególnym piosenkom wyrazu.

Po tym występie przyszedł czas na gwiazdy wieczoru – debiutujący właśnie kwartet The Shondes. To zespół niezwykły: tworzą go trzy panie i jeden pan, choć patrząc na muzyków na scenie, albo na zdjęciach, trudno to stwierdzić, gdyż prawie wszyscy są mocnymi zwolennikami cross dressingu i transgenderowości. Mało tego – mocno podkreślają swe żydowskie korzenie, a na dodatek śpiewają niezwykle mocne polityczne teksty, w tym także takie, które mają wyraźnie pro-palestyński wydźwięk. The Shondes nie jest więc z całą pewnością tuzinkową grupą, wzbudzając spore zainteresowanie swą innością.

Ale nawet i bez tego zdecydowanie warto byłoby zwrócić uwagę na tą formację, bo fascynować może choćby samą propozycją muzyczną. To połączenie klasycznego, opartego na punkowych korzeniach grania spod znaku riot grrrl i pełnych energii partii skrzypcowych, czerpiących wprost ze spuścizny klezmerskiej. W czasach kiedy inspiruje się nią połowa światowej sceny jazzowej, takie wykorzystanie opartych na niej motywów jest doprawdy odświeżające. Mocne riffy, przejmujące momenty – choćby refren jednego z utworów wykrzyczany a capella, wykonywanie partii wokalnych w poszczególnych kompozycjach przez każdą z trzech pań wchodzących w skład zespołu – to najciekawsze elementy muzycznej propozycji The Shondes. Do tego dodać trzeba jeszcze duży entuzjazm, żywiołowość i umiejętność błyskawicznego nawiązywania kontaktu z publicznością. W rezultacie otrzymuje się występ naprawdę obiecującego młodego zespołu, na który trzeba zwrócić uwagę.

Na sam koniec wystąpiła jeszcze jedna, zupełnie nietypowa grupa: Hungry March Band to big band z prawdziwego zdarzenia: na scenie pojawiło się prawie trzydzieści osób, podzielonych na dwie sekcje: dętą i rytmiczną, którymi dyrygowały trzy panie, przebrane za zwierzęta. Reszta muzyków też nie była ubrana pospolicie: to cygańska kamizelka z cekinami i świecidełkami, to marynarka z krowiej skóry, to z kolei błyszczące koszule w najlepszym, kiczowatym stylu. Ta istna muzyczna menażeria zaprezentowała kilkanaście minut grania, jakie przystało wykonywać ulicznym orkiestrom dętym. Ten dobrze wymyślony i jeszcze lepiej wykonany żart znakomicie się sprawdził na koniec tego niezwykle różnorodnego koncertu.

Przemek Gulda (29 stycznia 2008)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także