Bishop Allen, Page France, Mobius Band, Locksley

Nowy Jork, Bowery Ballroom - 18 sierpnia 2007

Zdjęcie Bishop Allen, Page France, Mobius Band, Locksley - Nowy Jork, Bowery Ballroom

Na kolejnym koncercie w klubie Bowery Ballroom, jednym z najważniejszych nowojorskich miejsc, jeśli chodzi o muzykę alternatywną, wystąpiła doborowa stawka lokalnych zespołów, które wciąż jeszcze czekają na przepustkę do wielkiej sławy.

Rozpoczęło czterech ubranych w eleganckie garnitury, kamizelki i krawaty młodzieńców z zespołu Locksley. Wyglądali trochę jak muzycy któregoś z rockowych zespołów z lat sześćdziesiątych – choćby The Who. I jak się miało już za chwilę okazać – nie był to bynajmniej przypadek. Bo ich muzyka brzmiała właśnie mniej więcej tak, jak to, co prezentowały rockowe formacje cztery dekady temu. To był skoczny, diabelsko wręcz dynamiczny rock’n’roll, pełen melodii i wpadających w ucho refrenów. Na dodatek młodzi artyści przedstawili go z niezwykłym zaangażowaniem i radością. Tryskali energią i rozdawali na prawo i lewo uśmiechy od ucha do ucha. Nawet jeśli ta muzyka nie była specjalnie oryginalna i tak miło było popatrzeć na ten pełen radości występ. Na zakończenie artyści zaproponowali jeszcze małą wisienkę w postaci dziarskiej wersji jednego z utworów z repertuaru The White Stripes i ustąpili miejsca na scenie kolejnym zespołom.

Po kilku minutach zabrzmiały z niej pierwsze piosenki tria Mobius Band. Pod względem muzycznym, zespół zaprezentował dość oryginalne połączenie muzyki gitarowej i elektronicznej, w której indie-rockowe brzmienie uzupełnione było generowanymi za pomocą instrumentów elektronicznych melodyjkami, niczym z dobranocek dla najmłodszych. Mógł to być więc bardzo ciekawy występ, gdyby nie to, że muzycy okazali się dokładnym przeciwieństwem swoich poprzedników – energicznych, dziarskich aż do granic swoistej bezczelności chłopaków z Locksley. Sprawiali wrażenie kompletnie zagubionych na scenie, niepewnych tego, co robią, na dodatek – nieco ospałych. Tym samym ich występ tracił swą całą potencjalną energię i był widowiskiem raczej wątpliwej jakości.

Potem na scenie zainstalowali się artyści z grupy Page Francis: dziewczyna grająca na cymbałkach i instrumentach klawiszowych, dziarska sekcja rytmiczna, lekko misiowaty lider, o wyglądzie zagubionego dziecka z lekką nadwagą i gitarzysta, tak ogromny, że normalnych rozmiarów gitara w jego rękach przypominała raczej ukulele. Ci artyści już od kilkunastu miesięcy są traktowani jako jedna z większych nadziei tego nurtu niezależnego rocka, który obficie czerpie z kanonu country i folka, a obdarzony głosem jako żywo przypominającym Boba Dylana wokalista zyskuje coraz większe uznanie. I rzeczywiście, tym występem grupa udowodniła, że te nadzieje i wysokie oceny nie są wcale bezpodstawne. To był znakomity koncert, wypełniony indie-rockowymi balladami: czasem bardzo dynamicznymi, czasem łagodnie wyciszonymi. Zespół ma znakomite brzmienie i wielką umiejętność jego pomysłowego wykorzystywania: potrafi zaatakować prawdziwą ścianą gitarowego zgiełku, albo wycofać się na pozycję delikatnego, niemal akustycznego akompaniamentu. Tym bardziej błyszczy na tym tle wokalista o wielkim potencjale – jego pozornie niedbały sposób śpiewania znakomicie pasuje do tego typu grania.

Na koniec pozostała jeszcze tylko prezentacja gwiazdy wieczoru – zespołu Bishop Allen, jeszcze jednej wielkiej nadziei nowojorskiej sceny alternatywnej. Doprawdy trudno powiedzieć, czemu ta grupa znacznie ustępuje popularnością wielu innym zespołom z tego miasta. Wydawało by się, że ma wszystko, co potrzeba: znakomity, przebojowy repertuar, charyzmatycznego wokalistę, który sprawdza się nie tylko na scenie, ale i na ekranie – rok temu wśród fanów amerykańskiego kina niezależnego sporo dobrych ocen zyskała jego główna rola w filmie „Mutual Appreciation”, w którym zagrał… muzyka z Williamsburga. Podczas tego koncertu zespół udowodnił na dodatek, że ma coś jeszcze – umiejętność grania znakomitych koncertów. Na dobry początek zespół zaproponował dwie bardzo przebojowe kompozycje: „Rain” i „Busted Heart”, które od razu wprowadziły publiczność w znakomity nastrój, który nie opuszczał jej już do końca koncertu. A dalszych powodów było co najmniej kilka: wyciągane przez muzyków jak asy z rękawa kolejne przebojowe kompozycje, z refrenami, które spokojnie można było śpiewać wraz z zespołem, radosne aranżacje, w które wkradały się czasem elementy latynoskie czy cygańskie, znakomicie ubarwiające poszczególne kompozycje, gościnne występy muzyka obsługującego instrumenty dęte, cyniczne żarciki nadzwyczaj gadatliwego basisty i wygłaszane przez wszystkich prawie członków zespołu peany na cześć rodzinnego miasta. To wszystko spowodowało, że ten ponad godzinny występ publiczność przyjęła z ogromnym entuzjazmem. Ale nie ma wątpliwości – muzykom z Bishop Allen zdecydowanie się on należał.

Przemek Gulda (15 grudnia 2007)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także