Handsome Furs, The Boggs, Phosphorescent

Nowy Jork, Mercury Lounge - 7 sierpnia 2007

Zdjęcie Handsome Furs, The Boggs, Phosphorescent - Nowy Jork, Mercury Lounge

Tego wieczoru duża część niezależnego nowojorskiego światka muzycznego żyła zupełnie innym koncertem – Yeah Yeah Yeahs po raz pierwszy po długiej przerwie występowali w swoim rodzinnym mieście. Ale nie wszyscy chcieli po raz kolejny przekonywać się jakąż to niezwykłą kreację zaprezentuje Karen O. Wbrew pozorom pomysł zorganizowania tego samego wieczoru koncertu kanadyjskiej formacji Hansome Furs nie okazał się wcale skazany na totalną porażkę – wręcz przeciwnie bilety były całkowicie wykupione już na wiele dni przed planowaną datą występu.

Zanim kanadyjski duet wyszedł na niewielką scenę klubu Mercury Lounge publiczność miała okazję zapoznać się z występami dwojga miejscowych wykonawców. Najpierw przed mikrofonem stanął artysta posługujący się szyldem Phosphorescent. I już od samego początku zaskoczył wszystkich – do tej pory występował bowiem zwykle samotnie, a akustyczną gitarą i całą stertą elektronicznych urządzeń do generowania przetwarzania dźwięku. Tym razem było zupełnie inaczej – wraz z nim na scenie pojawiło się trzech innych muzyków, regularny skład żywych instrumentalistów i żadnych elektronicznych wspomagaczy.

Stosownie zmieniła się też propozycja muzyczna tego ciekawego, choć zupełnie niedocenionego artysty – o ile zwykle przypominała traperskie ognisko gdzieś na prerii, w które ktoś od czasu do czasu wrzucał granat (to wtedy, kiedy artysta uruchamiał całą wspomagającą go elektronikę i zamieniał delikatne brzmienia akustycznej gitary w piekielne trąby ogłaszające natychmiastowe nadejście apokalipsy), tym razem artysta skupił się o wiele bardziej na „traperskiej” części swej twórczości.

Zabrzmiało więc kilka przenikliwie smutnych piosenek, utrzymanych w stylu bardzo tradycyjnego, surowego country, z poruszającymi tekstami o traconych jedno po drugim złudzeniach. Ten artysta ma na dodatek głos idealnie pasujący do tego typu grania – jednym słowem to prawdziwa, wciąż jeszcze nie odkryta perełka alternatywnego country.

Kolejnym zespołem, który pojawił się na scenie była formacja The Boggs. Jej debiutancka, wydana niedawno płyta „Forts” zebrała dość przychylne recenzje, a na koncercie zespół wypadł lepiej niż w nagraniach studyjnych – taka muzyka zdecydowanie potrzebuje energii i żywiołowości. A muzycy zespołu wiedzą, jak je generować. Dwóch perkusistów – jeden ponad dwumetrowy, drugi, całkiem dla odmiany, wzrostu raczej hobbiciego – robiło wszystko, żeby porwać wszystkich lekko połamanymi rytmami, które generowali, gitarzyści natomiast i nieco skromna z pozoru dziewczyna obsługująca instrumenty klawiszowe, zdawali się wpadać w prawdziwy amok, wydzierając się donośnie, nawet jeśli byli daleko od swoich mikrofonów. Niby więc wszystko było jak należy, ale jednak występ The Boggs jakoś nie przekonywał do końca. Wynikało to chyba przede wszystkim z dziwnych, chaotycznych i zupełnie niepoukładanych kompozycji, które zespół ma w swoim repertuarze. Raz, że same w sobie nie są one zbyt ciekawe, to na dodatek zupełnie nie pasowały muzycznie do reszty tego wieczoru – spokojnej, stonowanej propozycji Phosphorescenta i równie smutnej muzyki Handsome Furs.

Kanadyjczycy weszli na scenę, przedstawili się i nie omieszkali już na samym początku zwierzyć się z kłopotów, które mieli – jak wszyscy artyści z Kraju Klonowego Liścia, którzy w ciągu ostatnich kilku lat chcą występować w Stanach Zjednoczonych – z przekroczeniem granicy. „Dedykujemy ten koncert faktowi, że udało nam się nie wylądować w areszcie” – gorzko zażartował Boeckner. Ale na tym żarty się skończyły – gitarzysta i jego, obsługująca instrumenty klawiszowe narzeczona, Alexei Perry, zaczęli koncert tak jak zaczyna się płyta – od niepokojącej, ponurej kompozycji „What We Had”. I tak już było do końca: nieco nieludzkie, chłodne rytmy i surowo brzmiąca gitara, pełen niewytłumaczalnego do końca wewnętrznego smutku głos i utrzymane raczej w melancholijnym tonie teksty piosenek. Artyści przedstawili większość repertuaru ze swej debiutanckiej płyty, uzupełniając go kilkoma niepublikowanymi dotąd kompozycjami. Więc, jeśli chodzi o atmosferę, nie mogło być inaczej.

Z tym wyjątkowo ponurym nastrojem poszczególnych utworów dość sympatycznie i nieco zaskakująco kontrastowało zachowanie się pary artystów na scenie – od pierwszego wejrzenia było widać, że są w sobie zakochani i nie mieli żadnych zahamowań, żeby sobie to z dużą dozą czułości okazywać na scenie. Całowali się więc, komplementowali nawzajem, spoglądali na siebie z mieszaniną uwielbienia i pożądania. To było zupełnie co innego niż perwersyjna gra, którą wykonują na scenie muzycy duetu The Kills, to była raczej hipsterska wersja hipisowskiego lata miłości, ocierająca się cały czas o granice nieznośnego podstawówkowiczostwa i afektacji, a jednak nie przekraczająca ich ani na chwilę. I tak już było do końca – artyści ukłonili się publiczności i zeszli ze sceny, przytuleni jak para nastolatków na trzeciej randce.

Przemek Gulda (15 grudnia 2007)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
held
[25 kwietnia 2009]
w Warszawie tak samo zajebiście było

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także