The Shout Out Louds, Saturday Looks Good To Me

Nowy Jork, Luna Lounge - 17 lipca 2007

Zdjęcie The Shout Out Louds, Saturday Looks Good To Me - Nowy Jork, Luna Lounge

Szwedzkie zespoły grające indie rock są w Nowym Jorku iście hołubione, a grupa The Shout Out Louds (na zdjęciu) należy do tych, które cieszą się wśród alternatywnej publiczności w tym mieście szczególnymi względami. Muzycy tej formacji zdają sobie z tego sprawę, więc grają tu często i zawsze dają z siebie wszystko. Nic dziwnego, że zdobycie biletów na ich występy – niezależnie od wielkości sali graniczy niemal z cudem. Nie inaczej było tym razem – Szwedzi wystąpili w Nowym Jorku dwukrotnie, noc po nocy, bez trudu zapełniając oba, było nie było, dość spore, miejsca, w których grali. Pierwszy z ich koncertów odbył się w zainstalowanym na całe lato na brzegu East River namiocie, drugi – obszernym klubie Luna Lounge, mieszczącym się w nowojorskiej mekce alternatywnej kultury – dzielnicy Williamsburg.

Podczas tego drugiego występu Szwedom towarzyszyła amerykańska formacja o uroczej nazwie Saturday Looks Good To Me. Jej kolejne, wydawane dość regularnie, płyty pokazują obraz grupy jako formacji na równi czerpiącej z dorobku alternatywnego folku, jak i – doświadczeń zespołów ocierających się o psychodelię. Na koncercie jednak tej ostatniej zabrakło prawie w ogóle. Zespół przedstawił zestaw bardzo ładnych, choć jednak mało oryginalnych, łagodnych piosenek, w których brzmienie nieprzesterowanej gitary łączyło się harmonijnie z delikatnymi dźwiękami organów hammonda. Dopiero na samym końcu, w ostatnim utworze, członkowie zespołu nieco popuścili wodze swej muzycznej wyobraźni i przez kilkanaście sekund mocno odjechali, gdzieś w kierunku łagodnej, miękkiej, niemal ambientowej psychodelii.

Szwedzi wyjątkowo długo kazali na siebie czekać, ale kiedy pojawili się na scenie, wywołali prawdziwy aplauz rozgorączkowanej publiczności. I tak było już do końca koncertu – każda z piosenek, zapowiedzi, żartów, kwitowane były gorącymi brawami. Tak gorącego przyjęcia mógłby szwedzkim muzykom pozazdrościć każdy inny zespół. Wiedząc, jak duży jest kredyt zaufania, którym obdarza ich publiczność, postanowili wyraźnie z niego skorzystać. Bo jak inaczej wytłumaczyć można fakt, że podczas koncertu zaprezentowali przede wszystkim materiał z najnowszej, nie wydanej jeszcze oficjalnie, a więc – teoretycznie przynajmniej: nie znanej fanom, płyty. Co gorsza, nowe utwory, z nielicznymi może tylko wyjątkami nie dorastają niestety do pięt największym przebojom z debiutanckiego albumu The Shout Out Louds, a kontrast był wyraźnie widoczny, gdy po kilku nowych utworach pojawiały się takie przeboje jak „The Comeback” czy „100°”.

Tak czy owak, występ Szwedów mógł się podobać – był bardzo solidny, a zarazem żywiołowy. Muzycy spontanicznie klaskali w rytm utworów, prowokując publiczność do tego, żeby się dołączała, używali nietypowych instrumentów perkusyjnych, żeby podkreślić dynamikę poszczególnych utworów. Na pierwszy plan zdecydowanie wysunęło się tamburyn – instrument, którym posługiwali się od czasu do czasu chyba wszyscy muzycy zespołu, znacznie ubarwiając koncertowe brzmienie grupy. Największą zasługę przypisać należy oczywiście w tym względzie Bebban Stenborg, która w zespole zajmuje się właśnie wszelkimi tzw. „przeszkadzajkami”: od rzeczonego tamburyna, przez harmonijkę ustną, aż do akordeonu. To właśnie jej, z reguły bardzo prościutkie, ale jednocześnie charakterystyczne i niepodrabialne „solówki” na tego typu instrumentach decydowały o brzmieniu czy melodii poszczególnych piosenek.

Na dodatek Stenborg, dziewczyna o zjawiskowej urodzie, będącej dokładną realizacją popkulturowego stereotypu wyniosłej i chłodnej skandynawskiej femme fatale, była tą osobą na scenie, która skupiała na sobie najwięcej uwagi. Jej wystudiowane ruchy i niemal obojętna, nie wyrażająca żadnych emocji mina, mogły z jednej strony nieco dziwić, ale z drugiej – prawdziwie fascynowały. Sami członkowie zespołu zdają sobie sprawę z ewidentnego uroku swej koleżanki – wyraźnie oddawali jej pole do popisu, w kilku momentach kierując – całkiem dosłownie - wszystkie reflektory właśnie na nią.

Zespół pożegnał się z publicznością w znakomitym stylu – na koniec zabrzmiał jeden z większych przebojów grupy, piosenka „Very Loud”, w którą muzycy, w bardzo zmyślny sposób, wpletli niezwykły dodatek – coś, co z początku wydawało się tylko żartobliwym cytatem z klasycznego „Train In Vain (Stand By Me)” The Clash, nagle okazało się niemal pełnym coverem tego utworu, po którego wykonaniu muzycy płynnie wrócili do – jakby zawieszonej w połowie – własnej piosenki. Ten erudycyjny i bardzo stylowy drobiazg kazał jeszcze wyżej ocenić świetny nowojorski występ The Shout Out Louds.

Przemek Gulda (28 sierpnia 2007)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także