Under Byen, Benzos

Nowy Jork, Knitting Factory - 9 lipca 2009

Zdjęcie Under Byen, Benzos - Nowy Jork, Knitting Factory

To chyba nie był najlepszy wieczór na taki koncert. Nieznośny, lepki upał skłaniał do wkładania nóg do fontanny, polewania się wodą i leżenia na plaży, a nie do słuchania mrocznej, smutnej muzyki. Ale to właśnie w takim dniu do legendarnego nowojorskiego klubu Knitting Factory zawitali muzycy z dalekiej Danii – członkowie grupy Under Byen.

Zanim pojawili się na scenie zajęli ją muzycy lokalnej formacji Benzos. Zważywszy na muzykę prezentowaną przez gwiazdę wieczoru, można się było spodziewać czegoś w podobnym nastroju – melancholijnego, smutnego i mrocznego. Zaskoczeniem mógł być więc już pierwszy riff – Amerykanie zaczęli od dynamicznego, przebojowego utworu, który stylistycznie umieścić można gdzieś między emo z lat 90. a jeszcze starszą tradycją shoegazingową. I tak było przez kolejnych kilkanaście minut ich występu – punktem wyjścia muzyki grupy było dynamiczne, choć naznaczone sporą dawką melancholii granie gitarowe. Ale to nie wszystkie elementy, które muzycy Benzos włączyli do swoich piosenek. Najbardziej charakterystycznym dodatkiem były niezwykłe w przypadku takiej muzyki rytmy – perkusista wydawał się z pozoru grać zupełnie co innego niż reszta zespołu. W jego nietypowych, połamanych rytmach było słychać sporo jazzu i klubowego grania tanecznego. Zaskakujące było to, jak bardzo pasowały one do nieco rozmazanych gitarowych riffów i miękkiego głosu wokalisty, tworząc wspólnie mieszankę nieco ryzykowną, ale jednocześnie bardzo oryginalną i udaną. Ale już wkrótce miało się okazać, że to nie nowojorczycy – którzy koniec końców wypadli bardzo przyzwoicie i obiecująco – będą dziś mistrzami zaskakujących, karkołomnych muzycznych połączeń. Prawdziwym zaskoczeniem był występ gości znad Bałtyku.

Już samo wyjście zespołu na scenę mogło robić wrażenie – ośmioro muzyków, ubranych według dość jasnego klucza kolorystycznego (czerwień, biel i czerń) i stylistycznego (dyskretna, mocno niedzisiejsza elegancja) zasiadło za swoimi instrumentami, nie zwracając najmniejszej uwagi na publiczność. Tak zresztą było aż do końca tego występu – jego konwencja absolutnie nie pozwalała na żaden kontakt z widzami. Muzycy byli jakby zupełnie nieobecni, skupieni całkowicie na sobie i swoich instrumentach. Dopiero na koniec występu podeszli do krawędzi sceny i ukłonili się nieco teatralnie.

Nie było więc żadnych żartów, kokietowania, historyjek między piosenkami – była tylko muzyka. Muzyka, która na żywo wypadła znakomicie. Członkowie Under Byen – czego nie słychać aż tak dobrze na studyjnych wydawnictwach zespołu – stosują taktykę łączenia skrajnych przeciwieństw: gdy sekcja rytmiczna, składająca się z dwojga perkusistów robiła potężny, niemal industrialny hałas przy pomocy potężnego zestawu bębnów i innych instrumentów z wielką metalową beczką po oleju włącznie, z przodu sceny wiolonczelista i skrzypek grali łagodne, niemal natchnione partie melodyczne. Kiedy muzycy wygrywali porywające, dynamiczne solówki, wokalistka grupy swym niemal anielskim głosem, budzącym jednoznaczne skojarzenia z takimi artystkami jak Bjork czy Beth Gibbons z Portishead, śpiewała swoje delikatne, eteryczne partie. Te elementy znakomicie się uzupełniały: drapieżność łagodzona subtelnością, dynamika – natchnionymi partiami miękko brzmiących instrumentów. Ten koncert mógł oczarować, wciągnąć i zauroczyć. Momentami porywał – głównie za sprawą stojącego najbliżej publiczności, niezwykle dynamicznego skrzypka, grającego też w niektórych utworach na instrumentach elektronicznych, albo porzucającego kilkakrotnie wszelkie techniczne nowinki, by wziąć do ręki najzwyklejszą piłę. Momentami zabierał w oniryczną podróż po krainie łagodnych, niemal ledwie słyszalnych dźwięków.

Znakomitą przewodniczką okazywała się w takich momentach wokalistka zespołu, która wyglądała jakby wyrwana z zupełnie innej rzeczywistości – naprzeciw hipsterów z rozmemłanymi włosami i w za ciasnych kolorowych koszulkach, stanęła postać niczym z ekskluzywnego i nieco perwersyjnego dansingu albo – nie szukając daleko – z któregoś z wczesnych filmów Dawida Lyncha. Patrząc na nią, stojącą niemal nieruchomo, wspartą o mikrofon, chowającą twarz pod długimi jasnymi włosami, można było odnieść wrażenie, że za chwilę zacznie śpiewać „Blue Velvet”. Nie zaśpiewała, bo nie musiała – własny repertuar Under Byen, hipnotyzujący i intrygujący, sprawdził się znakomicie tego upalnego wieczoru.

Przemek Gulda (31 lipca 2007)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także