Moby

Warszawa, Tor Stegny - 21 Czerwca 2003

Zastanawiałem się czy mogę napisać relację z tego koncertu. Czy będzie to zgodne z naszym postanowieniem opisywania tego, co w muzyce nowe i nieznane szerokiej publiczności. Moby zdecydowanie nie mieści się w tej definicji. Sprzedaje miliony płyt, jest obrzydliwie bogaty i wszędzie go pełno ("Chcesz posluchac Play? Nie kupuj płyty, obejrzyj reklamówki!" - powiedział mi niedawno Emu nawiązujac do częstego odsprzedawania swoich utworów do filmów reklamowych przez Mobyego). A mimo tego jakimś cudem udaje mu się chodzić w nimbie artysty niezależnego. Jak on to robi? Bóg jeden raczy wiedzieć...

Jednak wszelkie wątpliwości co do zasadności relacjonowania tego wydarzenia na naszych łamach zniknęły u mnie juz po w pierwszych minutach koncertu.

Nigdy nie byłem wielkim fanem Mobyego. Był taki okres w moim życiu, że niemal na każdej imprezie królowała płyta Play. Nic dziwnego, bo był to naprawdę świetny materiał. Konia z rzędem temu, kto nie słyszał o takich hiciorów jak Natural blues, Bodyrock czy Find my baby. Resztę jego płyt znam o tyle, o ile udało mi się je od kogoś pożyczyć lub wykombinować z innych źródeł.

Chylę jednak czoła przed tym, co zrobił 21 czerwca w chłodny wieczór na warszawskich Stegnach...... Zanim jednak to zrobił na scenie pojawił sie Smolik. Poskreczował sobie troche do muzyki puszczanej z taśmy i tyle. Trochę mnie to zdenerwowało. Nie po to człowiek bóli 95 zeta za bilet, zeby posłuchać sobie jak koleś puszcza z taśmy np. Who told you. Płyty mam w domu i tam mogę sobie ich posłuchac. Po koncercie oczekuję trochę więcej niż paru improwizacji.

Powoli zbliżała sie jednak wydrukowana na bilecie godzina rozpoczęcia występu Mobyego (21:00). Pomyślałem sobie, że jeszcze poczekamy minimum godzinę, zanim zacznie się koncert. A tu niespodzianka. Moby wyszedł na scenę z zaledwie dziesięciominutowym opóźnieniem!!! Nie pamietam, bym był świadkiem podobnego zdarzenia będac na koncercie w Polsce.

Można powiedzieć, że zaczęło się jak u Hitchcocka: od trzęsienia ziemi. Na pierwszy ogień poszedł Natural blues, jeden z największych hitów 2000 roku. Zaraz potem usłyszeliśmy Go, wielki przebój 1991 roku. I już wiedziałem, że nie będę żałowal ani jednej z 95 złotówek wydanych na bilet.

Moby okazał sie wspaniałym artysta, doskonale nawiązujacym kontakt z publicznościa. W pewnym momencie, podczas strojenia gitary, powiedział do mikrofonu: "A teraz bedzie 20 sekundowy hołd dla Metallic'i". I zagrał pierwsze 20 sekund "Enter sandman". Po czym zapytał publiczność: "Wiecie, jak to jest fajnie stać na scenie i grać sobie głośno na gitarze? Myślę, że powinien powstać zespół grający po 20 sekund najsłynniejszych gitarowych kawałków". I w tym momencie zaczał grać cover "Smells like teen spirit"!

Repertuar zdominował oczywiście materiał z dwóch ostatnich płyt, ale nie zabrakło przebojów choćby z Everything is wrong. Jak dla mnie setlista byla niemal wymarzona: usłyszałem nawet James Bond theme, a tego naprawdę się nie spodziewałem.

Świetnie wypadło zagrane w bardzo spokojnej i akustycznej wersji, jedynie na skrzypcach, In this world. Podczas tego utworu wśród publiczności pojawiły się wielkie transparenty z napisami "Hello" i "Hola", bliźniaczo podobne do tych z teledysku (tyle tylko, że tu naprawdę były zauważone, hehehe).

Świetnie zabrzmiało Bodyrock (o wiele bardziej gitarowo niż na płycie), przy którym można się było nieźle wyskakać. Zresztą nie tylko Bodyrock i In this world brzmiały tego wieczoru świetnie. KAŻDY kawałek był wykonany lepiej niż na płycie, a doskonały kontakt artystów z publicznoscia dodatkowo stworzył naprawdę magiczny klimat.

Nawet przeciętniutki singiel z 18stki, We are all made of stars (skutecznie zniechęcił mnie on, przynajmniej początkowo, do zapoznania się z nowym dokonaniem Richarda Melville Halla) brzmiał rewelacyjnie. Moby zapowiedział go tak: "Gdy bylem mały uwielbiałem filmy science-fiction, takie jak >>Star Trek<<. Jednak byłem zbyt głupi by zostać naukowcem. Więc zostałem muzykiem (...)".

Na bis Moby zaserwował swoją wersję (rewelacyjną, zaznaczmy!) zeppelinowskiego standartu Whole lotta love i Feeling so real ("Najwaspanialszy utwór w historii muzyki dance"). Kiedy Moby oznajmił, że będzie to ostatni utwór tego wieczoru, publiczność zareagowała jekiem zawodu, na co Moby spuścił głowę i przepraszającym głosem powiedział "I know, I know".....

Jeżeli miałem jakiekolwiek wątpliwości co do słuszności kupna biletu, to teraz boję się pomyśleć, co by się stało, gdyby te wątpliwości zwyciężyły.... Na szczęście tak się jednak nie stało, przez co miałem okazję być na jednym z najlepszych koncertów w moim życiu.

Hubert (1 lipca 2003)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: hej
[3 lipca 2009]
super

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także