Red House Painters

Red House Painters [Rollercoaster]

Okładka Red House Painters - Red House Painters [Rollercoaster]

[4AD; 24 maja 1993]

Nie potrafię zliczyć wszystkich wieczorów, które spędziłam siedząc w oknie mieszkania na dalekim Targówku i słuchając „Katy Song” na niekończącym się ripicie. Ta piosenka to rezygnacja w czystej postaci, ostateczne rozłożenie rąk – nie tylko tekstowo, ale przede wszystkim aranżacyjnie. Ani jeden dźwięk w tym utworze nie brzmi, jakby znalazł się na swoim miejscu z jakiegoś kompozycyjnego zamysłu. „Katy Song” raczej unosi się z prądem mijających sekund, daje się im swobodnie ponieść. To muzyka tych, którzy chętnie zmieniliby świat, ale wolą zacząć od siebie. Albo woleliby, gdyby nie bali się wykonać nawet tak prostego kroku.

Problemy z inicjatywą są domeną nieuleczalnych melancholików, a dla tych rok 1993 nie był szczególnie łaskawy. Emocjonalny autentyzm kojarzył się wówczas głównie z gniewem, a jeśli tu i ówdzie wkradał się smutek, to tylko w zawoalowanej formie. Rozrzewnienie oznaczało ostateczną kapitulację, a bojowe „disarm you with a smile” Billy’ego Corgana – wyznanie najgłębszej i najszczerszej tkliwości. Red House Painters przełamywali tę metaforykę rozbrajającą (nomen omen) szczerością, która – choć odrobinę naiwna – usprawiedliwiała rozpaczliwą rzewność samej formy muzycznej. I o ile już debiutanckie „Down Colorful Hill” niekiedy brzmiało dosyć łzawo, o tyle drugi album grupy przypomina niekończący się melodramat w odcinkach.

Wydana w 1993 „Rollercoaster” jest płytą pełną emocji, niekiedy trudnych do zniesienia, tym bardziej że formalnie nie ma z rollercoasterem nic wspólnego. Nie oferuje krótkiej przejażdżki, lecz długą i mozolną podróż w głąb siebie, nie obiecując jej końca. Trudno choćby przedrzeć się przez całość trzynastominutowego „Mother”, pozbawionego środka ciężkości w postaci wyrazistego rytmu czy namacalnej struktury. Tej ostatniej brakuje zresztą większości kawałków na drugiej płycie Red House Painters, a jednak trudno określić je słowem innym niż „piosenki”. W tych unoszących się z prądem upływającego czasu aranżacjach i lekkości partii wokalnych Marka Kozelka kryje się bowiem taka nośność i uczuciowość, że jedynie zapomniany język byłby w stanie wiernie je opisać.

Do podświadomości nawiązuję nie bez powodu: jeśli „Rollercoaster” rządzi się jakimkolwiek porządkiem, to nie formalnym, lecz czysto intuicyjnym. Ten klasyk slowcore’u jest w istocie wielogatunkowym zbiorem form, które łączy głównie wspólny repertuar melodii i motywów tekstowych. „Funhouse” na przykład brzmi jak schyłkowi Beatlesi albo „Abbey Road” w deszczowy dzień i gatunkowo nie ma nic wspólnego z shoegaze’ową czy klawiszową wersją „Mistress”; z kolei psychodelia „Dragonflies” z pozoru nijak ma się do opartej na harmoniach wokalnych lekkiej americany „New Jersey”. Mark Kozelek nagrał „Rollercoaster” nie po to, by wyrazić jakąś konkretną estetykę, ale po to, żeby wyrazić siebie – ta idea przyświeca jego karierze od samego początku i towarzyszy mu aż po dziś dzień.

Jeśli znacie te wieczory, których najjaśniejszym punktem zdają się oglądane z okna światła wielkiego miasta lub te poranki, gdy nie znosicie się (z łóżka), odpalcie papierosa i „Rollercoaster”. Aż usłyszycie „Katy Song” i dacie się unieść z prądem dźwięków, które nie zmierzają do żadnego określonego celu. Bo nie muszą. Ani one, ani Wy.

*Tekst jest częścią cyklu Cudowne lata.*

Ania Szudek (25 października 2014)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także