Sandra

Into A Secret Land

Okładka Sandra - Into A Secret Land

[Virgin; październik 1988]

Wyobraźmy sobie, że Madonna po „True Blue” nie czeka trzech lat na wydanie kolejnego albumu. Nie ma żadnego „Like A Prayer”. Zamiast tego podejmuje współpracę z pochodzącym z Rumunii producentem Michaelem Cretu. Współpraca układa się pomyślnie, Madonna Ciccone coraz bardziej zagłębia się w temat euro disco. Wreszcie w 1988 pojawia się „Into A Secret Land”. Świat po raz kolejny pada na kolana, płyta sprzedaje się w ekspresowym tempie, popularność sięga zenitu. Nadchodzące lata dziewięćdziesiąte wydają się być kolejnym pasmem sukcesów.

Sandra Ann Lauer (Sandra Cretu) już od debiutu dawała wyraźne sygnały, że nie mamy do czynienia z gwiazdą jednego sezonu. W przypadku dwóch wcześniejszych płyt pojawiało zawsze jednak jakieś „ale”. Wydane rok po sobie „The Long Play” i „Mirrors” wzbudzały ciekawość, lecz zainteresowanie szybko gasło. We znaki dawał się zbytni kompozycyjny rozgardiasz. Przyciągające uwagę single nie potrafiły w pełni pociągnąć reszty materiału, który oscylował wokół przeciętnie błyskotliwego euro popu. Trening czyni mistrza. Widocznie ten duet potrzebował przebieżki, zaznaczenia swojej obecności, wyczucia oczekiwań słuchaczy, aby następnie zaproponować „Into A Secret Land”. Płytę będącą ucieleśnieniem marzeń każdego, kto oczekuje materiału wypełnionego po brzegi doskonałymi przebojami. Radiowymi hitami, zachwycającymi swoim składem najwybredniejszych.

Sukces determinowała wysublimowana produkcja. Cretu perfidnie sypnął synth popowymi hookami, które przylepiały się i za żadne skarby nie chciały zniknąć. Parkiet był rozgrzewany do czerwoności, mimo że nie jest to w pełni taneczny longplay. Słabostki wokalne Sandry w tym wypadku idealnie pasowały. Jej uroczy quasi-nastoletni tembr głosu razem z karkołomnym angielskim akcentem współgrał ze stanowiącym tło new age’owym sznytem, co wyraźnie naprowadzało skojarzenia w strefę Enigmy, uduchowionym projektem męża Sandry. Próby uspokojenia ekspresyjnych melodii spowolnionymi tempami zdawały się być kluczowe.

Najlepsze momenty? Ofensywny opener „Secret Land”, ustalający reguły gry i będący jakby manifestem całego wydawnictwa: „Nobody knows who I am/maybe you would understand/anybody knows what I am/down in a secret land". Rozpaczliwy refren w „We’’ll Be Together”; zawadiackie skandowanie Sandry w „Heaven Can Wait” z funkowym ornamentem; „La Vista De Luna” mogące kojarzyć się z „La Isla Bonita”, choć dla mnie bardziej kręcące się po osi „La Luna” skandalicznie niedocenianej Belindy Carlisle; wreszcie energiczne i bez żadnych przystanków dance’owe „Celebrate Your Life”. Reszta utworów niczym za specjalnie nie odstaje, mówimy przecież o dziele dopieszczonym do perfekcji. I nawet niedawne sukcesy Sally Shapiro nie spowodowały odkurzenia „Into A Secret Land”. To niedociągnięcie chyba czas wreszcie naprawić.

Madonna utrzymuje się na szczycie. Nie zważając na upływający czas dalej angażuje się w płyty może już nie tak rewolucyjne, ale nadal będące na czasie. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych postanawia zatrzymać swoją karierę. Zdaje sobie sprawę, że upływającego czasu nie oszuka. Jednocześnie sztuczne próby nadążania za trendami uważa za bezsensowne. Zaczyna swój nowy, udany rozdział.

*Tekst jest częścią cyklu Cudowne lata.*

Krzysiek Kwiatkowski (23 października 2014)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: brt
[9 listopada 2014]
ja tam wole 2 unlimited i dr alban
Gość: luxeq
[7 listopada 2014]
hahaha! sandra doczekała się nobilitacji. tylko czekać na modern talking i ich troje
Gość: Anka
[2 listopada 2014]
Dla mnie to zawsze była kaszana. To elektroniczne umpa umpa nieee to nie był nigdy mój klimat.
Gość: janina
[30 października 2014]
wspaniała płyta, cudownie, że ją przypominacie!
Gość: poeci życia
[29 października 2014]
propsy za Belindę Carlisle. a płyty Sandry nie znamy, ale poznamy.

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także