Siekiera

Nowa Aleksandria

Okładka Siekiera - Nowa Aleksandria

[Tonpress/MTJ; 1986/2012]

W momencie wydania niezbyt zrozumiała i zbyt odważna, dziś postrzegana jako jeden z kluczowych albumów na mapie polskiej muzyki lat osiemdziesiątych. To także jeden z najbardziej jaskrawych przykładów na to, że indywidualna i bezkompromisowa twórczość, przy jasnej i klarownej wizji tego, co chce się robić, może zaowocować muzyką wybiegającą daleko poza to, co stanowi kanon danych czasów. Zespół Siekiera to tak naprawdę dwa zespoły (a po ostatniej płycie można nawet powiedzieć, że trzy). Spróbujmy jednakże zapomnieć o tym trzecim wcieleniu i przyjrzeć się temu, co stanowiło o fenomenie zarówno pierwszej, jak i drugiej Siekiery.

Cofnijmy się więc do lat osiemdziesiątych, do pierwszych koncertów zespołu, które to zapewniły mu status niemalże mityczny. Występy na Jarocinie i Róbrege utrwaliły u polskiej publiczności punkowej wizerunek zespołu, jako nieokrzesanych piewców zniszczenia. Ten słynny powiew Apokalipsy, który towarzyszył ich występom, sprawił, że postrzegano ich jako najbardziej radykalną inkarnację polskiego punku. Nic więc dziwnego, że oczekiwania związane z pełnoprawnym debiutem były ogromne. Jak się później okazało, trzeba było trochę na ten moment poczekać, a i ostateczny rezultat nie był wcale tak łatwy do przełknięcia dla oczekujących go fanów. Pierwszą oznaką problemów był moment, gdy szeregi zespołu opuścił Tomasz Budzyński – wokalista stanowiący o sile ekspresji tego punkowego potwora. W tym właśnie momencie kończy się Siekiera #1 i zaczyna się jedna z najciekawszych i paradoksalnie najbardziej logicznych metamorfoz w historii polskiej muzyki alternatywnej.

Po odejściu Budzyńskiego skład nie ucierpiał tak bardzo, jak mogło się wydawać, bowiem Siekierę tworzył głównie Tomasz Adamski. To w jego głowie powstał niedługo potem pomysł na przeformatowanie dawnej Siekiery i przepisanie jej gwałtownej energii na zupełnie nowe pola wyrazu, tak żeby nie zgubiła się po drodze ani jedna iskierka z charakterystycznej dla nich niszczycielskiej mocy. Adamski był perfekcjonistą, a jego pomysły z czasem okazały się dryfować w zgoła innych kierunkach, niż wcześniej, co zaowocowało późniejszym chłodnym przyjęciem albumu przez punkową publiczność. Główna rewolucja to wprowadzenie chłodnego minimalizmu w miejsce surowej desperacji. Ewolucji z „pierwszej Siekiery” do „Nowej Aleksandrii” można doświadczyć słuchając utworów zamieszczonych na bonusowym dysku omawianej reedycji. Głuchy stukot i industrialna atmosfera „Misiów puszystych” to oczywiste przesunięcie akcentów z brudnego na metaliczne. Zaś „Ja stoję, ja tańczę, ja walczę” to moc gitarowych repetycji, wpisanych w odhumanizowany krajobraz, który stanie się domeną „Nowej Aleksandrii”.

Płyta zawdzięcza swój złowieszczy klimat dwóm czynnikom: wściekłej kanonadzie suchych, niemal mechanicznych gitar i futurystycznej aurze, generowanej przez instrumenty klawiszowe. Krótsze piosenki, takie jak utwór tytułowy czy „Bez końca”, ukazują więc Siekierę na etapie typowego punkowego młócenia, tyle że utwory te przybrane zostały w ascetyczne przestrzenie, gdzie praca gitar musi równoważyć się z pejzażem klawiszowych plam i odprysków. Najlepiej te elektroniczne akcenty wychodzą w iście schizofrenicznej końcówce „Już blisko”, a także w napiętym impasie „Tak dużo, tak mocno”. Ma się wrażenie, że każda cząstka w powietrzu dosłownie wibruje od gęstości tej dusznej ściany dźwięku. Wokal ogranicza się jedynie do mantrycznego, beznamiętnego powtarzania dadaistycznych w duchu tekstów, którymi Adamski odrywa Siekierę od typowego dla punku i okolic kontestacyjnego przekazu, uderzając przez to w tony mocno nihilistyczne. O tym, że Adamski nie miał wtedy najlepszego zdania o ludzkości, słyszymy w każdej linijce, co znakomicie koresponduje z hipnotycznym charakterem samych utworów, spod których przedziera lęk i niepewność.

Przestrzeni i wytchnienia dodają dwa utwory instrumentalne: „Czerwony pejzaż” i „Na zewnątrz”. Ogromne wrażenie robi ten drugi, pełniący niejako rolę centralnego punktu albumu, mieni się w swej minimalistycznej powłoce różnymi odcieniami: epileptyczną perkusją w stylu „Atrocity Exhibition” Joy Division, pochodem syntezatorowych widm (charakterystycznym dla berlińskiej trylogii Bowiego) i wreszcie gitarową pętlą w stylu bardziej gotyckiej odnogi post-punku. Wszystko to zagrane jest tak naturalnie i organicznie, że wydaje nam się, iż komponenty tego kotła od zawsze należały do Siekiery, zamiast stanowić jedynie amalgamat pokrewnych Adamskiemu filozofii myślenia o muzyce. „Nowa Aleksandria” była bowiem konsekwentnym strumieniem, była przeniesieniem 1:1 tego, co brytyjska grupa Wire rozwijała na przestrzeni swoich trzech pierwszych płyt – naturalną ewolucją punkowej wściekłości – w szaty nowofalowej, chłodnej ascezy.

Michał Weicher (8 marca 2013)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: Art
[29 kwietnia 2014]
Pierwsze utwory z płyty usłyszałem chyba w rozgłośni harcerskiej albo w trójce, nie pamiętam jak zdobyłem tą płytę - pamiętam za to emocje jakie mi towarzyszyły przy odsłuchach!!!!!!
Gość: stan ban
[16 maja 2013]
ja obu słuchałem parę tygodni temu i dużo lepsze jest Ziyo.
Gość: kuba a nzlg
[7 maja 2013]
Z tego co pamiętam - a słuchałem debiutu Ziyo ładnych kilka lat temu - to *NIECO* lepsza jest jednak "Nowa Aleksandria".
Gość: stan ban
[6 maja 2013]
dużo lepsze to jest Ziyo - Ziyo.
Gość: uuu
[15 kwietnia 2013]
ta siekiera nan owej Aleksandrii jest duzo lepsza niz killing joke!!!! Czyli mozna zmiesc brytyjska scene muzyczna jedna płytka i to z polski...
Gość: kuba a nzlg
[15 marca 2013]
Szykuje nam się ciekawa polemika, ja bym dodał, że wg mnie nawet nie tyle melodyka/kompozycja różni te zespoły - tzn. oczywiście też, ale przede wszystkim ekspresja artystyczna: zarówno wokalistów, jak i instrumentalistów. No i specyficzna chemia, która tworzyła się między nierzadko bardzo dużymi osobowościami.
Gość: Motyka
[15 marca 2013]
To o czym piszesz nazywa się melodyką i ewentualnie kompozycją. Brzmienie wypracowane w studio - niestety dla tych kapel - jest identyczne. Wynika to z możliwości technicznych i profesjonalizmu producentów (u nas raczej realizatorów). Jeśli przeanalizowałbyś efekty wykorzystywane przy produkcji utworów wymienionych przez Ciebie kapel, doszedłbyś do tego, że pogłosy na wokalu, specyficzna przestrzeń w perkusji - są bardzo podobne.
Zrób sobie eksperyment - puść płytę Republiki, a potem Drums And Wires XTC (to rok 1979), albo rzeczoną Siekierę i debiut Killing Joke (1980). Dźwięki za 1000 słów.
Żeby była jasność - Nowa Aleksandria to jeden z nielicznych polskich albumów którego nie trzeba się wstydzić na świecie.
Bo Polska funkcjonuje w przestrzeni świata. Bez względu na czas w którym coś tworzysz. Nie można stosować taryfy ulgowej "bo Polska w latach 80 to sam wiesz...". Te wykręty nie mają żadnego znaczenia w historii rocka. Spójrz na casus Laibacha. Zespół zza żelaznej kurtyny, który eksplorował nowe tematy, bez względu na czas. (Oczywiście zaraz powiesz, że Jugosławia a Polska w tym czasie to jak konkwistadorzy i plemiona indiańskie, ale to zwykły wykręt).
PS To kwestia gustu ale Brighter Than a Thousand Suns nie jest najgorszą płytą KJ, wręcz przeciwnie. Co do Outside The Gate - pełna zgoda.
Gość: Leland Palmer
[12 marca 2013]
Nawet pierwszy lepszy muzyczny żółtodziób nie powinien mieć problemów z odróżnieniem brzmienia, Republiki, 1984, Bielizny, Brygadę Kryzys czy Variete. Tym, którzy nie są w stanie tego dokonać serdecznie współczuję.

Pomysł z porównywaniem kwestii realizacyjnych w Polsce lat 80-tych i Anglią jest mniej więcej tak trafiony, jak próba porównania broni używanej przez armię etiopską do tej używanej przez Włochów w wojnie włosko-abisyńskiej w 1935-36.

Nie ulega wątpliwości, że Siekiera najwięcej zawdzięcza Killing Joke ( najlepszy przykład to kawałek "Nowa Aleksandria podejrzanie przypominający "The Wait"). Biorąc jednak pod uwagę kontekst czasowy, w którym wyszła "Nowa Aleksandria", czyli 1986 rok, to wydana w tym samym czasie przez Killing Joke płyta "Brighter Than a Thousand Suns" (obok "Outside the Gate" najgorszy z albumów KJ), brzmi zdecydowanie gorzej i nie wytrzymuje próby czasu. Jest przeprodukowana (jak to się po angielsku mówi "overporduced") i rozmemłana. Za to transowy minimalizm i chłód Siekiery broni się po latach jak najbardziej.
Gość: Motyka
[11 marca 2013]
Płyta świetna, choć nawet dla średniego erudyty muzycznego, wskazanie inspiracji, z których garściami czerpał Adamski, nie będzie stanowiło kłopotu. Wspomniano o JD nie wspomniano o Killing Joke czy Wire. Szczególnie KJ Siekiera zawdzięcza większość. Warto porównać polską muzykę lat 80 z tą tworzona po drugiej stronie kanału. Zwłaszcza w kwestii realizacyjnej - podczas gdy u nas różnice w brzmieniu między Republiką, 1984, Bielizną itd. są w zasadzie niezauważalne, każda z wiodących kapel brytyjskich ma swój odrębny, niepowtarzalne brzmienie - Smiths, Gang Of Four, Wedding Presents, Killing Joke, New Order itp. itd.

Z tej smutnej konstatacji wyłania się obraz polskiej muzyki - nieco wtórnej, zaniedbanej, choć z pewnym niewykorzystanym potencjałem.

W tym wszystkim Siekiera jakoś się broni - nie dopieszczoną realizacją, wypracowanym w studio oryginalnym brzmieniem (u zachodnich artystów szukanym niczym kamień filozoficzny, przez zatrudnianych przez nich producentów), ale samą koncepcją. To ona pozwoliła przykryć monotonność i powtarzalność polskiego brzmienia studyjnego tamtych lat.

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także