Prefab Sprout

Steve McQueen

Okładka Prefab Sprout - Steve McQueen

[Kitchenware; czerwiec 1985]

„Wiem, że jestem prawdopodobnie najlepszym autorem na Ziemi. Serio. Serio – po prostu to wiem!”. Tym razem nie chodzi o cytat z Noela Gallaghera, a innego, dużo bardziej niepozornego mieszkańca angielskiej północy (konkretnie Newcastle). Niejaki Paddy McAloon powiedział w ten sposób o sobie w 1985 roku i najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że... miał sporo racji. W tamtym, znakomitym przecież roczniku z trudem znajdziemy album równie trafiony i zrealizowany z podobnym wyczuciem, co drugie dzieło dowodzonego przez niego kwartetu Prefab Sprout.

Droga przebyta przez zespół do najłatwiejszych jednak nie należała: była nie tyle serią przysłowiowych wzlotów i upadków, co po prostu upierdliwie żmudnym procesem. McAloon pisał piosenki od dzieciństwa, a nazwę Prefab Sprout wymyślił jeszcze w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych. Grupa zaistniała dopiero dekadę później, debiutując w 1982 roku singlem „Lions In My Own Garden (Exit Someone)”, sytuującym ją stylistycznie obok najnowszej szkockiej sensacji Aztec Camera. Zarówno Roddy Frame (lider Aztec), jak i Paddy McAloon, zwracali się do koneserów precyzyjnie wykoncypowanych, inteligentnych sekwencji akordowych, estetów czystego brzmienia i klasycznego songwritingu Bacharacha czy McCartneya. Zresztą w tym samym czasie – znudzony wyraźnie estetyką rdzennego new wave – w te same rejony przemieszczał się Elvis Costello.

Piosenki McAloona należały do najtrudniejszych wśród nich. Nawet optymistyczne, rozśpiewane melodie w rodzaju „Don’t Sing” lub „Cue Fanfare” (z debiutanckiego „Swoon”, rocznik 1984) konsternowały brakiem wyraźnych podziałów struktur, wyjaśniając dobitnie czemu zespół klasyfikowano przy użyciu terminu sophisti-pop (gdzie notabene wyrafinowaniem daleko dystansował o wiele przystępniejsze piosenki Style Council czy nawet Simply Red).

Przyszedł rok 1985 i współpraca z Thomasem Dolbym – syntezatorowym ekspertem, który cztery lata wcześniej otarł się o sukces singlem „She Blinded Me With Science”, gdzie brzmiał trochę jak kreskówkowy Gary Numan. Dolby zyskał uznanie jako luminarz nowoczesnych brzmień elektronicznych w równym stopniu dzięki swoim solowym pracom, co gościnnym występom (chociażby „Pyromania” Def Leppard) oraz zasługom producenckim. Jak głosi legenda, McAloon oddał mu swoje archiwum z piosenkami i pozwolił spośród nich opracować koncepcję albumu (podobną rzecz uczynili rok później Andy Partridge i Colin Moulding z XTC przy okazji „Skylarking” i współpracy z Toddem Rundgrenem – z równie wyśmienitym skutkiem). Efektem był wydany w czerwcu 1985 roku longplay „Steve McQueen” (w Stanach zatytułowany ze względów prawnych „Two Wheels Good”), opus magnum grupy. Znacie? To posłuchajcie.

Opener „Faron Young” zdziwi znających jakiekolwiek inne dokonania Prefab Sprout. Datowany na złote czasy post-punkowej zawieruchy utwór przemieszcza się z country-rockowym drive’em godnym The Smiths. Tutejsza wersja okaże się wygładzoną, gdy porównamy ją choćby z bootlegowym zapisem z 1980 roku, gdzie Paddy zmienia akordy niemal z pasją The Clash. Sam tekst – pełen tego samego niespełnienia i desperacji, jakie przepełni dalsze ścieżki albumu – należy do najlepszych liryków w katalogu McAloona. Bunt i rozczarowanie przekreślają sentymenty, pretensje nie pozwalają naprawić urażonej dumy. Całość kwituje obskurna aluzja do tytułowego muzyka country i jego podobnie rozgoryczonej piosenki „Four In The Morning”.

Jednak „Steve McQueen” na dobre rozpoczyna się dopiero wraz z tryptykiem „Bonny” – „Appetite” – „When Love Breaks Down”, gdzie McAloon spełnia się jako autor skrajnie wyrafinowanego niebieskookiego soulu. I choć tęskne wersy w rodzaju All my silence and my strained respect/ Missed chances and the same regrets czy When love breaks down/ The things you do/ To stop the truth from hurting you na dobre inaugurują break-upową narrację albumu, to właśnie te trzy tracki z delikatnymi pocałunkami kosztownych keyboardów, czułymi szepnięciami wokali Paddy’ego i Wendy oraz subtelnymi liźnięciami gitar, prezentują Prefab Sprout w ich najbardziej rozerotyzowanym, zmysłowym obliczu. Rzadko zdarza się, by tak intuicyjnie przenieść pościelowy klimat przygaszonych świateł do studia nagraniowego. Jest to poziom niewypowiedzianej namiętności, który osiągali najlepsi soulmani i do jakiego aspirować będą lata później takie załogi, jak chociażby Junior Boys czy Tigercity.

Indeks drugi, „Bonny”, to być może w ogóle całościowy highlight wszystkich jedenastu utworów, skonstruowany według przedziwnej formuły jednej zwrotki i trzech refrenów. Moment, w którym ciche, kameralne wyznanie McAloona przeradza się – wraz z paradą cudownych zmian akordów – w rozżalone I count the hours since you slipped away, jawi się jednym z najbardziej dramatycznych fragmentów płyty. I to oszczędne, krótkie solo Paddy’ego, z tak doskonale wyważoną każdą nutą, że odstępy między nimi zdają się dopowiadać historię Bonny’ego – wstrząsające, jak przemyślany jest każdy szczegół tej fantastycznej kompozycji.

Lepsze, że „Appetite” w niczym nie odstaje. Uderzając na bardziej optymistyczne tory, McAloon eksploruje – nieco naiwnie – metaforę głodu i apetytu w bodaj najbardziej przebojowym utworze płyty. Otwarty znakomitym, wyrazistym hookiem syntezatora Wendy, „Appetite” po niedopowiedzianej zwrotce rozkwita bujnym refrenem z charakterystycznym dla Prefab Sprout, przesuniętym akordem. W głowie zostają linijki w stylu Wishing she could call him heartache/ But it’s not a boy’s name.

Ceremonię koronacji pieczętuje „When Love Breaks Down”, uparcie lansowany przez zespół w roli singla, ich sztandarowa break-up-ballada. When love breaks down/ You join the wrecks/ Who leave their hearts for easy sex, prawi McAloon, dorównując mistrzostwu rozstaniowych piosenek Lindseya Buckinghama z „Rumours”. Och, gdyby tylko miał w zespole swoją Stevie Nicks.

Rozdzierające emocjonalnie „Goodbye Lucille #1” o dopiero co nastoletnim, niezrealizowanym uczuciu uderza wokalnymi eksplozjami McAloona – po raz kolejny Paddy objawia się jako autor genialnie dawkujący dynamikę kompozycji, potrafiący doskonale budować jej dramaturgię. Mini-zabiegi – à la przesunięty beat na wysokości ostatniego słowa sentencji Life’s not complete till your heart’s missed a beat czy wers You’re still in love with Hayley Mills jako jednozdaniowe zamknięcie tematu niedojrzałości – pozostawmy koneserom; wydają się zbyt dobre, żeby się nad nimi rozprawiać. Z ciekawostek zaś – wierni naśladowcy Prefab Sprout, debiutująca dwa lata po „Steve McQueen” formacja Johnny Hates Jazz, z tej właśnie piosenki zaczerpnęła tytułową frazę swojego pierwszego longplaya, „Turn Back The Clock”. Koniec końców, pechem „Lucille” jest umieszczenie jej za serią samych dziesiątek, po której zwyczajnie brakuje tchu, by przełknąć kolejną.

Stronę A oryginalnego, winylowego wydania „Steve’a” zamyka niespodziewanie upbeatowe „Hallelujah”. Chórki Wendy w intro – jednocześnie najlepsza melodia, jakiej nigdy nie wymyśliła Basia Trzetrzelewska – to ten moment albumu, w którym Prefab Sprout uśmiechają się do słuchacza bezpretensjonalnie i słonecznie. Chociaż nawet tu McAloon musi ujawnić się jako specjalista od radosnego smutku i melancholijnej pogodności. I sing to express my belief/ That sweet talk like candy rots teeth. Hm.

Ale jest druga strona medalu, niewiele mniej angażująca. Zaczyna się od soft-rockowego „Moving The River” – frustracja w głosie McAloona zaczyna zbliżać się do wzmiankowanego już Buckinghama, a klawisze w końcowej sekwencji pobrzmiewają Steely Dan. Tym razem lider Prefab Sprout sygnalizuje potrzebę życiowej zmiany, zdaje się odnosić do swoich relacji z rodzicami. Jednak międzypokoleniowy dialog nie kończy się porozumieniem, oczekiwania nie zostają spełnione.

Emerycką ścieżką Steely Dan podąża też swingujące „Horsin’ Around”. Obsesja wyrafinowania sięga szczytu, McAloon ogrywa Costello na jego własnym boisku i staje w szranki z Gershwinem. Z kolei „Desire As” powraca do wątków zawodu sercowego z pierwszej połowy płyty – powtarzana niczym mantra fraza I’ve got six things on my mind/ You’re no longer one of them jawi się dalszym ciągiem „When Love Breaks Down”. McAloon brzmi w niej oczywiście skrajnie niewiarygodnie. Przez ponad pięć minut kontempluje rozstanie, wzmacniając swój żal przy pomocy skrajnie wygładzonych akordów syntezatora, eterycznych chórków i okazjonalnych dźwięków saksofonu. Stawia przy okazji bezpośredni drogowskaz dla utworów typu „Let Her Go” Tigercity. Jazzujące „Blueberry Pies” logicznie zamyka tę triadę. McAloon i Dolby decydują się zakończyć album na pozytywnej nucie – „When The Angels” ma bit charakterystyczny dla czarnej muzyki lat sześćdziesiątych, teoretycznie taneczny, lecz zbyt dużo tu drobnych zmyłek, przesunięć i wybiegów, zbyt łatwo zgubić krok. „Take On Me” dla słuchaczy jazzu, powiedzmy.

Dwa najlepsze popowe albumy 1985 roku – ten właśnie oraz „Cupid & Psyche 85” Scritti Politti zdają się wzajemnie dopełniać tematycznie (samotne break-upowe rozterki vs. śmiałe zachęty seksualne) i brzmieniowo (miękki, humanistyczny, balladowy, biały pop vs. mechaniczny, repetycyjny, taneczny, czarny funk), ale dla obu grup stały się prawdziwym przełomem, po latach tkwienia w relatywnej obskurności. Jeszcze bardziej powiodło się ich naśladowcom – w przypadku Scritti chociażby Janet Jackson czy Pauli Abdul. Prefab Sprout znaleźli swoich następców we wspominanych wyżej Johnny Hates Jazz (topowy album 1987 roku), ale przede wszystkim zainspirowali mało chlubną tradycję tzw. Mondeo popu – tacy giganci spokojnych brzmień dla dorosłych, jak Deacon Blue czy Beautiful South, zawdzięczają im ogromnie dużo. A jednak warto zapamiętać Prefab Sprout przede wszystkim jako platformę poczynań jednego z najbardziej eleganckich i utalentowanych kompozytorów piosenek swojej generacji, zaś „Steve McQueen” jako koronny dowód na to, że dla wybitnego songwritingu kontekst nie stanowi żadnej bariery.

Kuba Ambrożewski (29 listopada 2008)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: mania
[23 maja 2014]
tak! <3

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także