Miesiąc w singlach: kwiecień 2010

Miesiąc, w którym światło dzienne oglądają nowe single Blur (!!!) i M.I.A., nie może być miesiącem nudnym. Tak się jednak składa, że to zupełnie nie premierowe kawałki tych wykonawców poruszyły nas w ostatnich tygodniach najmocniej. A przynajmniej nie muzycznie. Zestawienie stoi pod znakiem powrotu ubiegłorocznych mikrozajawek (Gold Panda, O’Spada) oraz bojowego chrztu Młodego Wilka w postaci Onry, którego reklamowaliśmy już przed dwoma miesiącami. Czytajcie i podziwiajcie!

Blur - Fool’s Day (6/10)

Na papierze to najbardziej ekscytujący singiel roku nawet. Problem w tym, że muzyka na papierze w ogóle jest ostatnio dużo bardziej ekscytująca niż W REALU. „Fool’s Day” należą się słowa pochwały za to, że bez głośnych jęków zawodu spuszcza trochę powietrza z napompowanego do nieprawdopodobnych rozmiarów balonu oczekiwań wobec reaktywacji Blur w oryginalnym ustawieniu. Natomiast trudno wyzbyć się wrażenia niepotrzebności tego utworu, przy jednoczesnym zachowaniu sympatii wobec niego. To po prostu niezobowiązująca piosenka, która mogłaby być odrzutem z każdej praktycznie płyty zespołu w latach dziewięćdziesiątych: o wiele zbyt oczywista na „13”, za schludna na self-titled, za uboga na „The Great Escape” i kompletnie pozbawiona historii, co wykluczałoby ją z „Parklife”. Przez trzy minuty Albarn snuje melodię na motywach „I Just Died In Your Arms Tonight”, Coxon dodaje kilka nut w swoim stylu, utwór się kończy i JAKBY tyle. (Kuba Ambrożewski)

Gold Panda - You (8/10)

Tajemniczy misiaczek ze Zjednoczonego Królestwa uderza ponownie. Podobnie jak przy kapitalnej zeszłorocznej „Quitters Raga”, Panda znęca się tu nad samplem orientalnej (prawdopodobnie, choć kto wie skąd on to wygrzebał) proweniencji, tym razem w sposób skutecznie ukrywający źródło. Jąkający się motyw przewodni opakowuje w prościutki z początku beat, który mimo częstych załamań z czasem obrasta w kolejne warstwy przeszkadzajek i młócących niemiłosiernie bębnów. I chociaż dryblas nasz nie bawi się tu w wyrafinowane niuanse, udaje mu się przez niecałe cztery minuty utrzymać bujający groove zaskakująco zgrywający się z rozmarzoną, sentymentalną wymową partii melodycznych. Tytuł utworu mówi w końcu sam za siebie. Gdybyż tylko Gold Panda zechciał ograniczyć swoją działalność jako remiksera i częściej raczyć nas swoimi kompozycjami na poziomie podobnym do „You” i „Quitters Raga”! (Paweł Gajda)

Theophilus London - Life Of A Lover (feat. Jesse Boykins) (6/10)

Po genialnym, cholernie chwytliwym „Humdrum Town” nasz ulubiony wokalista i nowojorski MC powraca nie tylko z nowym utworem, ale zupełnie premierowym mixtapem. Pościelowe „Life Of A Lover” być może nie jest wymarzoną kontynuacją świetnej nośności poprzedniego hitu Theophilusa , ale kiedy przyjrzymy się bliżej tej piosence, dostrzeżemy w niej pewien potencjał. Tempo wolniejsze, zgoda, ale za to większy posmak retro. Klimat zadymionych klubów w Harlemie, „Shaft”, romantyczny saksofon i Jesse Boykins gościnnie, którego wokalna wrażliwość kojarzy się z najlepszymi momentami José Jamesa. Dalej trzymamy kciuki za tego chłopaka. (Kasia Wolanin)

M.I.A. - Born Free (3/10)

Na Musicspocie uciąłem sobie ciekawą pogawędkę z Martą Słomką o teledyskach Gagi. Mniejsza o szczegóły, moje stanowisko można by streścić jednym zdaniem: pojedyncza sugestywna sekwencja, w której skupia się twórcza siła artysty, znaczy więcej niż szereg wysmakowanych niuansów przy braku silnego kośćca. Tę „tezę” odnoszę w zasadzie do wszystkich dziedzin sztuki, ale w sztukach wizualnych sprawdza się najlepiej. Weźmy nowy teledysk M.I.A.: nie chodzi o banalną prawdę – bo przecież PRAWDY zawsze są banalne – ale o to, że się ją pokazuje w sposób na tyle dosadny, by nas dotknęła osobiście. „Born Free” ma kilka sekwencji, które mogą aspirować do miana poruszających, ale jedna – dość nieoczywista – zastępuje mi całą resztę teledysku. Myślę o tych rudzielcach na murze i napisie: „Our day will come”. Zastanawiające zatem, że dźwiękowa ilustracja tego bolesnego klipu, w zakresie esencji, stanowi jego niewybredne przeciwieństwo. (Paweł Sajewicz)

O’Spada - Pay Off (8/10)

Wypłynęli ponad sieciową przeciętność świetnie bujającym „Time” (plus za naiwnie anarchistyczne przesłanie), relatywnie szybko poprawiając równie wciągającym „Ten Strikes” (plus za przewrotnie feministyczną fabułę). W przededniu wydania długogrającego debiutu przesympatyczni Szwedzi przypominają o’sobie (Do you see what I’ve done here?) singlem, który wprost rozpala – jako jakościowe (będzie się działo!!!) preview albumu i samodzielna kompozycja, co do której wprost brak mi słów (a jestem gadatliwy i milknę niechętnie). Nieskazitelna produkcja, piekielnie zaraźliwy groove (szaleńca praca hi-hatów!), taneczny MEGApotencjał (klubowe remiksy „Ten Strikes” mogą się schować!), przyjemnie ejstisowe klawisze (myślę Alphabeat z drugiego albumu, myślę roztańczony Max Tundra), a przede wszystkim mleczny wokal – zarówno barwa, ale i niezwykłe flow (przy takim tempie kompozycji jest ryzyko „żyłowania”), delikatnie kanciasty (vide twardy, zdradzający pochodzenie wokalistki akcent na 0:24). Jest chyba „Pay Off” ironiczną, autobiograficzną próbą zaczarowania niepewnej z perspektywy zespołu rzeczywistości – jestem jednak pewien, że trud się o’płaci (I did it again). (Maciej Lisiecki)

Onra feat. Reggie B - High Hopes (9/10)

Przynaję, że rozczarowali mnie w tym roku przedstawiciele gilmourowskiej frakcji fanów Pink Floyd. Division Bell musiał bić dla nich wyjątkowo cicho, skoro dopuścili do drastycznego spadku podniosłego „High Hopes” (budującego przecież paralelę z sesją terapeutyczną prowadzoną z wykorzystaniem techniki regresingu!) w tegorocznym notowaniu legendarnego Topu Wszech Czasów. Ok, stop, koniec czerstwych żartów, nikt się nie śmieje. Chociaż, z drugiej strony, w wypadku kolejnego już – po kolaboracji z Olivierem Daysoulem – bezbłędnego singla Onry szukanie punktu zaczepienia w tytule jest czymś nad wyraz oczywistym. Spotykamy się w przededniu premiery „Long Distance”, albumu, z którym wiążę oczekiwania zgoła niebotyczne. „Jaram się”, operując młodzieżowym slangiem.

Przy okazji poprzedniego przeglądu singli Paweł Sajewicz napisał już sporo o nowym, funkującym i jawnie odwołującym się do ejtisowej, syntezatorowej estetyki obliczu Onry. Czas na odsłonę drugą „sprawy, która się toczy”. „High Hopes” jest ostatnią przystawką przed wyśmienitym daniem głównym, jakim – I’ve got hiiiiigh hooopes – będzie „Long Distance”. Za oknem maj ledwie zaczął się maić, a ja nie mogę odpędzić od siebie przeświadczenia, że z „High Hopes” spotkam się na singlowym podium końcoworocznego podsumowania. Im częściej słucham (prawdopodobnie trzycyfrowa wartość już w tym momencie) tego kawałka, tym większej nabieram pewności, że wszystko jest tutaj perfekcyjne. Rozerotyzowany, ale jednocześnie zdradzający desperację wokal Reggiego B (swoją drogą, gość o aparycji skupionego Xzibita) płynie po tłustych, bizantyjskich bitach francuskiego producenta z gracją godną największych bossów neo-soulu. Mój ulubiony motyw „High Hopes”, czyli rozcinający całość, powracający co jakiś czas skrzący się orientalny pochodzik jest dowodem, że Onrę po „Chinoiseries” wciąż – choć może z mniejszą śmiałością – ciągnie do dalekowschodnich klimatów. Czyli o co w tym wszystkim chodzi? Murzyństwo spotyka kung-fu? Muzyczny Black Dynamite 2010 roku? Panie Riddick, ktoś właśnie spuścił panu solidne manto. (Bartosz Iwański)

The Pains Of Being Pure At Heart - Say No To Love (4/10)

The Pains Of Being Pure At Heart nie są zespołem, od którego oczekiwalibyśmy wymyślania czegokolwiek, ale ich płyta wniosła jakiś tam powiew świeżości, natomiast łatwo przewidzieć, że cokolwiek zrobiliby po niej, będzie to coraz nudniejsze, powtarzalne i przewidywalne. I takie też jest „Say No To Love” – fani grupy usłyszą tu mniej chwytliwą, lepiej wyprodukowaną wariację na temat „This Love Is Fucking Right”, zwolennicy The Cure uśmiechną się i zanucą „In Between Days”, wszyscy poza szalikowcami brooklyńczyków umrą z przesłodzenia. Na dłuższą metę nie ma bowiem niczego bardziej irytującego niż sympatyczność, za którą nie stoi żadna treść. (Kuba Ambrożewski)

Poka - Believe (7/10)

Grek, ukrywający się pod pseudonimem Poka, wcale nie udaje Greka. O francuskim dotyku ten gość zdaje się wiedzieć sporo i to nie tylko dlatego, że zaznajomił się wzdłuż i wszerz z twórczością Daft Punk. Poka z zazdrością czasem spostrzega na swoich znanych, bardziej jeszcze cenionych kolegów – Alana Braxe’a, Freda Falke czy Lifelike, choć naprawdę nie brakuje mu dużo, by znaleźć się w pierwszej lidze. Ale wracając do frenchtouchowych ciągot Greka, „Believe” nieźle wymiata w tym temacie. Poka w tym jednym numerze pokazuje, co fajnego i wciągającego mają w sobie te dość ograne przecież już brzmienia, powielane i eksploatowane dość mocno na parkietach całego świata. „Believe” stanowi żywy dowód na to, że dobrych kompozycji z tego nurtu nigdy za wiele. (Kasia Wolanin)

The Royal Palms - High Class Lady (7/10)

Kuba Ambrożewski opatrzył utwór komentarzem Dla fanów Hall & Oates, Tigercity, Phoenix etc. dopisując chwilę później na redakcyjnym forum: Kurde, jak jedzie ten początek. Siedzę i się śmieję. Może i nieco czerstwy (Enola Gay”-style prowadzenie klawiszy) ten początek, ale kawałek ratuje refren – co za humorystyczna trawestacja „Uptown Girl”! – oraz chyba nie do końca świadome rozegranie czołówki z serialu „Doogie Hauser, lekarz medycyny” w erotycznie rozpalonym finale. Kto skrywa się wśród palm doczytajcie proszę sami – antycypując letnie upały warszawiakom polecam Komiks przy ul. Żurawiej oraz tiszerty z nadrukiem „Jedno modżajto dla mojej świni!”. (Maciej Lisiecki)

Thieves Like Us - Forget Me Not (5/10)

Wypada pokajać się na łamach Screenagers za dwie lub trzy złośliwostki wygłoszone pod adresem chłopców z Kamp!. Fantastyczny koncert dali w ten weekend w warszawskiej Hydrozagadce. Trio absolutnie potwierdza wszystkie komplementy, jakimi są obdzielani – jest to już w tej chwili zespół na światowym poziomie, być może najlepiej adaptujący muzyczną filozofię Cut Copy na swój własny język (choć łatwo wychwycicie u nich ślady Daft Punk, New Order, The Cure (gdy wokalista wchodzi w wysokie rejestry, brzmi totalnie jak Robert Smith) czy dance-punku spod znaku Rapture). Nowe kompozycje zwiastują dalszy progres w pisaniu piosenek i myśleniu o harmoniach (ballada w stylu new romantic a la Spandau Ballet!), a ubiegłoroczny numer „Breaking A Ghost’s Heart” brzmi na żywo jak epicki klasyk i jeden z najlepszych polskich singli 00s. Wypatrujcie ich płyty. A Thieves Like Us? No cóż, są znacznie słabsi, „Drugs In My Body” było ok-ale-przereklamowane, ich koncert w Jadło cienki, a nowy singiel co najwyżej poprawny. (Kuba Ambrożewski)

Redakcja Screenagers.pl (9 maja 2010)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: Atomowy Korzeń
[21 maja 2010]
A gdzie Beat the Devil`s Tattoo? I gdzie wogóle recka płyty całej?
Gość: wkozuch
[13 maja 2010]
onra mistrz!
Bartek już prawie doganiam twoje 300 przesłuchań :)
Gość: abc
[12 maja 2010]
gold panda najlepszy! a onra zdecydowanie za wysoko jak na cover:/

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także