Screenagers Jukebox #6: Michael Jackson Special Edition

Michael Jackson nie żyje. Przejęliśmy się tym trochę i postanowiliśmy zatrzymać się na moment na wybranym momencie / aspekcie / kontekście kariery artystycznej tej legendarnej postaci. Oto każdy ochotnik z redakcji wybrał sobie utwór i opatrzył go komentarzem. Tak, wiemy, że jesteśmy spóźnieni o kilka dobrych dni, ale, panie, my tu się zastanowić musieliśmy, TVN24 jest na kanale obok. Zapraszamy do lektury!

Kuba Ambrożewski

Ach, wspominki. Był prawdopodobnie rok 1988 lub 1989, na listach szalały kolejne single z „Bad” (to jest jakiś rekord – dziewięć z dziesięciu kawałków zostało wydanych osobno), a ja maszerowałem dzielnie do zerówki, „po godzinach” relaksując się przy przebojach i klipach Jacksona. Zastanawiające, że choć pamiętam doskonale każdy utwór z tamtego krążka, to zupełnie nie umiem sobie przypomnieć, co wtedy sobie myślałem o nim – Michaelu oczywiście, nie albumie. Gość nagrywał kapitalne numery, tańczył w kosmiczny sposób, miał wyprzedzające epokę teledyski... That’s all. I może wstyd się przyznać, ale ta bezrefleksyjność w odbiorze Michaela Jacksona, tej odrealnionej postaci z innej planety, do której nie potrafiłem nijak odnieść swojego życia, towarzyszyła mi tak naprawdę przez te wszystkie lata. Koniec końców, ten gość był dobry dopóki śpiewał o laskach, co nie?

Bo wybaczcie, ale zaangażowany, polityczny Jackson mnie nie dotykał. Radio zagrało „Earth Song” w dniu jego śmierci i grzebiąc przez krótką chwilę w pamięci, nie mogłem sobie przypomnieć marniejszej, bardziej napuszonej i niepotrzebnej kompozycji w repertuarze MJ. To paradoksalne, bo dorosłem na rockowym Michaelu – głównie z „Bad” i „Dangerous” – a ulubione w dyskografii „Off The Wall” poznałem już w tej dekadzie. Z dwóch Jacksonów: kipiącego talentem, roześmianego, flirtującego z dziewczętami czarnego chłopca i otaczającego się top-modelkami i Slashem białego showmana w skórze, wybieram oczywiście tego pierwszego.

„Off The Wall” jest kompromisem dojrzewającego, świadomego artysty i zahukanego nastolatka, co „z zainteresowań, to dziewczyny, dyskoteki i ogólnie takie takie”. Jeśli gdzieś udało się ujarzmić energię i zmysłowość disco wybitnym songwriterom tamtych czasów, to właśnie tu (polecam znakomity tekst Marty w dalszej części, który rozwija ten wątek). Natomiast wśród dziesiątek tych i innych, wspaniałych pojedynczych strzałów w całej karierze, stawiam bez mrugnięcia okiem na „I Want You Back”. Spytacie: jakim prawem ten jedenastoletni smyk rościł sobie pretensje, żeby śpiewać o rzeczach typu dziewczyny, związki, rozstania z takim żarem w gardle? Zapewne podobnym, jak do protest songów o ekologii i biednych dzieciach. Odpowiedź na pytanie, czemu postać Michaela Jacksona jest dziś tak bardzo zajmująca dla wręcz miliardów ludzi, jest więc być może banalnie prosta: to dlatego, że jego piosenki nigdy nie powiedziały nawet cienia prawdy o tym, kim był ten człowiek.

The Jackson 5 – I Want You Back

Łukasz Błaszczyk

Lektura instrukcji obsługi pralki jest dla mnie równie pasjonująca co lektura recenzji czy jakiegokolwiek tekstu traktującego o muzyce, która sprowadza się do jałowych prób odtworzenia procesów, zachodzących w obrębie jakiejś tam kompozycji. Znacznie fajniej jest, jeśli środek ciężkości stanowi czynnik ludzki albo chociaż jakaś pokątnie opowiedziana historia, anegdotka, cokolwiek. Coś, co nie straci wartości poza dość wąskim kontekstem recenzji muzycznej i co potem będzie można opowiedzieć komuś przy herbacie, niezależnie od tego, z kim się tę herbatę pije. W przypadku Michaela Jacksona wolałbym jednak czytać o muzyce niż o jego życiu, w czyjejś kolejnej, odkrywczej wersji. Pisać zresztą też, ale nie przychodzi mi do głowy nic poza tym, że „Don’t Stop ‘Til You Get Enough”, jak zresztą cała reszta, jest ponadczasowe.

Michael Jackson – Don’t Stop ‘Til You Get Enough

Dariusz Hanusiak

No tak, widzicie tytuł utworu - będzie banał i elementarz. Postaram się chociaż nie być sentymentalnym: niestety nie za bardzo mogę pisać o uwielbieniu Jacko od czasów żłobka, bo pierwszą „jego kasetą” w której posiadanie wszedłem było, uwaga, „Blood On The Dancefloor”. Lata 90., dyskoteki w podstawówce, to oczywiście wszystko było i wszystko minęło. Prawdziwie doceniłem Jacksona będąc, hehe, ukształtowanym słuchaczem. Najwyżej, wbrew ogółowi melomanów, mimo wszystko cenię sobie „Bad”, a znajdujący się na nim „Smooth Criminal” to chyba mój ulubiony utwór MJ. Wszystko jest tu doskonałe - od otwierającej, legendarnej, brzmiącej jak seria z kałasznikowa, linii basu po końcową, melodramatyczną niemal interpretację refrenu. Teledysk to też, jak na Jacksona przystało, arcydzieło - z gatunku innego niż „Thriller”, ale... a z resztą co ja tu będę pisał, kliknijcie już link i puśćcie sobie najkrótszą z czterech oficjalnych jego wersji (dygresja - najdłuższa miała chyba trochę ponad 10 minut, MTV to puszczało; sam utwór był 7. - tak, SIÓDMYM singlem z dziesięciotrackowego „Bad”. Ale to nie wszystko, bo jeszcze były dwa - toteż zapraszamy do sklepów. Piękne czasy.) Klasyka absolutna.

Michael Jackson - Smooth Criminal

Mateusz Krawczyk

Jako ucieleśnienie popkultury był szczególną inspiracją dla tych, którzy jej szczerze nienawidzili, i jego odejście jest w pewnym sensie symbolicznym końcem tego typu kontr-odniesień. W 1989 roku nieznany wówczas jeszcze szerzej John Oswald opublikował album zatytułowany „Plunderphonics”, na którym znalazł się m.in. kawałek stworzony w całości z próbek pochodzących z utworu „Bad” Jacksona. To oczywiście nie spodobało się białym kołnierzykom organizacji zarządzających prawami autorskimi, uruchomiono prawniczą machinę i koniec końców oryginalne taśmy oraz nie rozprowadzone kopie CD zostały zniszczone. Co ciekawe, bezpośrednim powodem podjęcia akcji przeciw płycie nie był zarzut naruszenia praw autorskich do nagrania Króla Popu, ale zamieszczone na dysku przetworzone zdjęcie z okładki „Bad” (możecie je zobaczyć w klipie na wysokości 00:16). Oczywiście działania te odniosły skutek odwrotny od zamierzonego. Tym sposobem Michael niechcący przyczynił się również do rozsławienia plądrofonii. Dzięki, Jacko.

Alien Chasm Jock - Dab

Maciej Lisiecki

„Zmarł papież pokolenia MTV” rzekł mój dobry kumpel formułując przy okazji chyba najlepszy napis na pośmiertny nagrobek Jacko. Nie płakałem po Papieżu, nie zapłaczę i teraz. Nie odczuwam też żadnej potrzeby dorzucenia się do wzbierającej wciąż na sile, zalewającej nas ze wszystkich stron rzeki ckliwości, a pośmiertne zainteresowanie mas jego osobą uważam za prawdziwie niesmaczne. MJ to dla mnie Michael Jordan, Królem zawsze był Elvis, a o Jamesie Brownie dowiedziałem się z reklamy samochodu. Nigdy nie próbowałem księżycowego kroku, bo na szkolnych potańcówkach próbowałem imitować co najwyżej komiczne ruchy MC Hammera. Michael Jackson to dla mnie dość kreskówkowa postać, szurnięty, acz niegroźny, pstrokato ubrany *kosmita* w masce tlenowej, który chciał zmieniać świat na lepsze, budując parki rozrywki. Zresztą do dziś mam mu za złe, że wycofał się z inwestycji w „polski Disneyland”. Nie wiem co o nim myśleć i po prawdzie nie czuję potrzeby posiadania na ten temat opinii. Ale za każdym razem, gdy w miniony weekend telewizja muzyczna prezentowała to nagranie, przechodziły mnie ciarki prawdziwego zachwytu dla scenicznej prezencji Jacksona, sposobu, w jaki przeżywa muzykę… On jest muzyką! Jakkolwiek banalnie to brzmi. I choć dobrze znam ten klip, za każdy razem daje się zaskoczyć. No po prostu, WOW!

Michael Jackson – Man In The Mirror

Paweł Sajewicz

Dziś wspominałem z rodzicami: w ‘97 roku i Jacko, i Stonesi przyjechali do Polski. Z obu koncertów były transmisje (retransmisje?), które konkurujące stacje („jedynka” i Polsat?) wyemitowały w ten sam wieczór. Miałem 10 lat, byłem bardzo rockowy i śmiałem się z mojego najlepszego przyjaciela, że ma zeszyt z Jacksonem, bo ja wtedy słuchałem Queen. Kiedy przyszło wybierać między (re)transmisjami, oczywiście bez mrugnięcia wybrałem Stonesów. Ale moi rodzice zawyrokowali: „Pawełku, albo Jacko, albo spać”. Dziś rodzice twierdzą, że zmyśliłem tę historię, że oni sami wybraliby Stonesów, i może faktycznie, nie wiem; w każdym razie – piliśmy wermut, w tv Hołdys mówił, że Michaela zabiły media, mój najlepszy przyjaciel, wciąż jest najlepszym przyjacielem, a mama pytała tatę, czy pamięta klipy Jackson 5 i „jakie ten chłopaczek miał afro”. Zbyszek, ty naprawdę sądzisz, że Jacko nie żyje?

Michael Jackson – Get On The Floor

Marta Słomka

Czy przychodzi Wam do głowy druga osoba, która byłaby w stanie zatrzymać na chwilę Google? Może księżna Diana, gdyby w latach 90. internet używany był na podobną skalę; może Lennon, Presley, Freddie Mercury. Format absolutny. I jeśli naszą dekadę cechuje pewien wstyd w szafowaniu pojęciami skończonymi: geniusz, arcydzieło, fenomen, to m.in. prawdopodobnie dlatego, że jeszcze świeżo w pamięci mamy czasy, kiedy niepodzielnie rządzili bohaterowie masowej wyobraźni i co ważniejsze byli także szczególnymi bohaterami naszej własnej naiwnej fantazji. W przypadku Michaela Jacksona życie przerosło jednak wyobraźnię – cholera, nawet Tim Burton by czegoś takiego nie wymyślił, choć ten okaleczony wewnętrznie wieczny dwunastolatek uwięziony w swojej mentalnej nibylandii to zdecydowanie bohater w jego stylu.

Nie jestem entuzjastką pisania – czy to amatorskiego, czy profesjonalnego – nurzanego w afektacji, której źródło stanowi nieznośny egocentryzm autora; wszak nie autor jest tu najważniejszy. Jednakże w przypadku Jacksona trudno mi się uwolnić od tego sentymentalnego tonu: od razu cofam się pamięcią do spiraconych kaset Taktu: „Dangerous” z okrutnie zniekształconą okładką lub egzemplarza „Live In Bucharest” z 1992 r., który nigdy przecież nie był oficjalnym wydawnictwem; niemal fizycznie odczuwam zazdrość, jaka mi towarzyszyła przy każdym spojrzeniu na przepiękny oryginalny egzemplarz taśmy „Bad”, przysłany koleżance; jako żywo staje mi przed oczami transmitowany przez telewizję publiczną wywiad Opry Winfrey z Michaelem i seria niezapomnianych teledysków, które miałam szansę oglądać na MTV tylko od święta. To symboliczne i zarazem wstrząsająco smutne, że dopiero śmierć Michaela Jacksona zdołała przypomnieć telewizjom muzycznym, że są telewizjami muzycznymi, a w ludziach na tę jedną chwilę obudzić tęsknotę za staroświecką magią nośnika – to, co się dzieje na Amazonie, jest naprawdę zdumiewające. Ten globalny bezdech, którego byliśmy świadkiem, ukazał tak wymownie i wyraźnie pierwszy raz od dawna nieodwracalne pęknięcia i monstrualne kratery w wiekowej skorupie kultury – i szerzej cywilizacji – którą w XXI-wiecznym wymiarze definiuje heterogeniczność, system specjalizacji i kontraktów czasowych; schizofreniczna woltyżerka, która jednocześnie potrafi prokurować kulturę skromną i pokorną, jak i niewyobrażalnie tanią i groteskowo instant.

Tak, to truizm, czas wielkich osobowości władających milionami dusz się skończył; w optymistycznym wariancie czegoś się nauczyliśmy, w cynicznym – po prostu zmienił się biznes. Gdy patrzę na Michaela Jacksona z okładki albumu „Off The Wall”, paradoksalnie wydaje mi się bardziej mityczny niż Jackson z okresu „more than music”, makiawelicznej machiny, którą stworzył i której padł ofiarą. Ten uśmiechnięty chłopak u progu kariery, jakiej dotąd nie widział świat, to obrazek, który szczególnie zachowam w pamięci. Bohater czarnej społeczności, której uchylił kolejną furtkę na drodze do emancypacji, a z której to społeczności sam za wszelką cenę próbował się wyemancypować, okupując swój kompleks i ambiwalencję tragedią transmitowaną na żywo przez następne 30 lat. Rok 1979 to też symboliczny koniec dziewiczej ery disco w Stanach Zjednoczonych, pożeranej przez popkulturę za sprawą „Gorączki sobotniej nocy”, uśmierconej w zamieszkach towarzyszących Disco Demolition Night w Chicago; to ostatnie wielkie single Chic, Kool & The Gang ukoronowane łabędzim śpiewem disco – płytą „Off The Wall”.

Właściwie każda siedmiocalówka promująca pierwsze solowe wydawnictwo Michaela w wytwórni Epic jest niepodważalnym majstersztykiem, ale w tytułowym numerze – moim ulubionym w całej twórczości Michaela Jacksona – tkwi coś szczególnego, co nie daje mi spokoju. Lubię myśleć o „Off The Wall” jako romantycznej metaforze wybranego przez Jacksona sposobu życia, który jak każda sytuacja ekstremalna musiał spektakularnie i nieodwracalnie wymknąć się spod kontroli. Ta niewinna apoteoza egzystencji na granicy szaleństwa, poza wszelkimi konwenansami, ograniczenia i normami, oddalenia od rzeczywistości tak dalece, jak to tylko możliwe, stała się równocześnie pożywką dla niewyczerpanej kreatywności piosenkarza i jego fatum. Niesamowite, jak w tym w singlu wszystko harmonizuje, ten Jacksonowski naiwny sen o wolności wznoszony jest na subtelnych detalach: ciepłe wokale i olśniewający falset, ta nieostra granica pomiędzy prechorusem a refrenem i jego post scriptum, kapitalny mostek bez wytchnienia zakorzeniony w płynnym groovie – nienachalne i nieoczywiste piękno, do którego trzeba się cierpliwie dokopać. Lekkość „Off The Wall” wydaje się tak odległa od późniejszych przebojów, czy z to „Thrillera”, czy z „Bad”, utkanych z misternej sieci drobiazgów, ale jednak prowadzonych pewnym błyskawicznie odczytywanym konkretem.

Od wielu lat muzyka Jacksona zarówno w mediach jak i społecznej świadomości funkcjonowała w sposób pokrzywdzony, przesłaniana przez niewygodne i uwierające wydarzenia i spekulacje. Gdy ucichnie wrzawa, a pewne sprawy zostaną naturalnie przewartościowane, muzyka Michaela Jacksona dostanie kolejną szansę – być może tak naprawdę pierwszą prawdziwą – na zaistnienie w swoim pełnym, olśniewającym wymiarze.

Michael Jackson – Off The Wall

Piotr Szwed

„Została po nim legenda”, zgodnie powtarzają wszystkie media. No właśnie, ale jaka legenda? „Największy wpływ na muzykę obok Elvisa i The Beatles” – tego stwierdzenia zdecydowanie nie da się obronić. „Wspaniały bojownik szlachetnych spraw, takich jak ekologia, walka z biedą, głodem, wykluczeniem” – ok, ale trzeba przyznać, że w tej walce Jackson ustalił absolutny rekord pretensjonalności występami z lat dziewięćdziesiątych, czego świetnym przykładem jest jego „chrystusowy” show z Brit Awards 1996 (chyba każdy rozsądny człowiek był wtedy po stronie Jarvisa Cockera). Wydaje mi się, że najważniejsze elementy tej legendy to zasłużony przydomek „króla popu” (z liczbami się nie dyskutuje, ten facet zawładnął masową wyobraźnią jak nikt inny) i opinia kapitalnego wykonawcy – nikt już tak nie zatańczy, a jak nawet zatańczy lepiej, to będzie jedynie kolejnym post-Jacksonem. Nigdy nie byłem fanem jego dojrzałej twórczości, oczywiście „Thriller” czy „Bad” to popowe majstersztyki, ale zawsze podchodziłem do nich jakoś tak „na zimno” i to się raczej nie zmieni. Autentycznie uwielbiam za to Jackson 5. Takie piosenki jak „I Want You Back”, „My Girl”, „ABC” to dla mnie kwintesencja muzycznej, uroczo naiwnej, ale bezpretensjonalnej radości, spontaniczności i zabawy. Trzeba chyba zaciskać z całych sił mięśnie policzkowe, by słuchając ich się nie uśmiechnąć (serdecznie, a nie jakoś ironicznie), a na imprezie przyspawać się do krzesła, by nie ruszyć do tańca. No i właśnie tutaj jest największy paradoks, że taka muzyka powstawała w okolicznościach absolutnie nieradosnych, niespontanicznych i niezabawowych, że tworzenie jej było źródłem dziecięcej traumy, która spowodowała, że Michaela Jacksona trzeba nazywać królem, ale i ofiarą popu.

The Jackson 5 – ABC

Witek Wierzchowski

Pamiętam premierę tego klipu na MTV. Michael Jackson był wtedy dla mnie wspomnieniem starego radia, z którego we wczesnym dzieciństwie leciały dźwięki „Bad” (a ja ze strasznym skutkiem usiłowałem śpiewać tekst piosenki). Nie mogę powiedzieć, że czekałem na album „HIStory”, ale wiem, że ten utwór do dziś kojarzę jako ważne wydarzenie. Oto ekscentryk, oskarżany o pedofilię rozprawia się z otaczzjącym go ludzkim kurestwem. Robi to przy pomocy najdroższego wideoklipu, zrealizowanego za niepobitą do tej pory kwotę 7 milionów dolarów. Wtedy ten obraz fascynował, nie tylko „sikającą” Janet, ale przede wszystkim sceną kiedy Jackson rozpieprza wazy grając w galaktycznego squasha. To było coś. Dziś większe wrażenie robi tekst wywrzaskiwany z nie do końca udawaną wściekłością. Przed wydaniem tej piosenki dla odbiorcy nie było najważniejsze jakiej jakości będzie nowy album Króla Popu, ale to czy on „lubi dzieci” i czy naprawdę odwiedza sypialnię swojej żony, córki innego Króla. Prawdopodobnie to wydarzenia po wydaniu „Dangerous” sprawiły, że artysta zaczął radzić sobie z presją za pomocą chemii. 25 czerwca 2009 roku ta droga okazała się zgubna. Jakże inaczej brzmią dziś słowa : Somebody please have mercy ‘cause I just can’t take it...

Michael Jackson - Scream

Kasia Wolanin

Album „Bad” był chyba pierwszym wydawnictwem muzycznym, które nabyłam w pełni świadomie. Słyszałam parę singlowych kompozycji z tego longplaya i po prostu musiałam mieć całość. Oczywiście „Bad” wtedy kupili mi rodzice, oczywiście płyta nie była krążkiem CD, ale magnetofonową kasetą. Epoka kamienia łupanego, chciałoby się rzec. Przyznam się, że już dawno nie słuchałam żadnego albumu Jacko. Dopiero przy okazji śmierci Króla Popu postanowiłam sobie odświeżyć moje ukochane jego wydawnictwo. Wiem, że „Thiller” jest najlepszy, ale kurcze, „Bad” też jest wielkie. Kultowe „Smooth Criminal” i „Man In The Mirror”, epicka „Dirty Diana”, tytułowe „Bad” ze swoim rewelacyjnym wideoklipem i można tak sobie w sumie przelecieć przez całą listę 10 piosenek. Tym bardziej może was zdziwić fakt, że moją ulubioną kompozycją z tego krążka jest trochę drugoplanowe „Liberian Girl” dedykowane swego czasu przez Michaela Elizabeth Taylor. Piękny utwór. Intrygująca i świetna melodia. Niepowtarzalny klimat wakacyjnego, egzotycznego romansu. Dzisiaj takich piosenek właściwie już się nie pisze. Wielka szkoda.

Michael Jackson - Liberian Girl

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: UK
[10 sierpnia 2009]
Dlaczeego do licha ciezkiego wszyscy po kolei uzywaja tego obrazliwego "Jacko"!!!! Michael nienawidzil tego przezwiska.
Gość: pocketcalculator
[4 lipca 2009]
http://www.olis.onyx.pl/listy/index.asp?lang=

jest średniawo (pod względem ilości pozycji). ale co specyficzne - u nas nie 'number ones' a reedycja 'thrillera' przede wszystkim. pewnie akurat to było w magazynach. taki rynek.
Gość: lifeiswhatyoumakeit
[3 lipca 2009]
słowem: najlepsze teksty o Majkelu jakie czytalem w necie, gazetach czy gdziekolwiek indziej. "Smooth Criminal" do dzis przyprawia mnie o gesia skorke
Gość: quid
[2 lipca 2009]
Ja też, jak redaktor Sajewicz, pamiętam ten wieczór przed telewizorem w 97 roku. Z tym, że ja wtedy wybrałem koncert Majkela. Na drugi dzień pytam kumpla czy oglądał, a ten mówi, że przecież Stonesi... i zrobiło mnie sie głupio... A dziś chyba znów wybrałbym Jacko, bo na scenie rusza(ł) się jednak lepiej niż Mick Jagger;)
Gość: gf
[2 lipca 2009]
liberian girl to też moja ulubiona piosenka :)
marta s
[1 lipca 2009]
@pocketcalculator -> w Empikach etc. też wszystkie (lub prawie wszystkie) płyty wyprzedane. Czekają na dostawy.
Gość: macio
[1 lipca 2009]
przekroj tez dal rade w kilku tekstach ich stronie. jerkowiec opisuje jacko jako naszego kane'a. mocne.
Gość: pocketcalculator
[1 lipca 2009]
ciekaw jestem jak nasz OLIS zareaguje na tę śmierć. bo na Wyspach np. obie listy zalane Jacksonami.
kuba a
[1 lipca 2009]
krisss:

HEH. Bo widzisz, ja "Bad" poznałem z kasety mojego ojca, który miał ją z tzw. PRZEGRYWALNI. "Młodsi czytelnicy tego nie pamiętają", ale to były popularne instytucje w drugiej połowie lat osiemdziesiątych. Szło się z czystą kasetą, wybierało tytuł i pan kopiował. Tyle, że często dostawało się tam wersje nieco odbiegające od prawdy (podobnie zresztą było z pirackimi MC chwilę po zmianie ustroju).

Ale akurat powód tego jest inny. Otóż wersja kompaktowa "Bad" liczy sobie nieco ponad 48 minut. Toteż przy przegrywaniu tata zapewne poprosił o pominięcie jednego z utworów ("Just Good Friends") - w efekcie "Bad" dla mnie miało dziesięć tracków. Nigdy nie słuchałem tego albumu w całości później z innego nośnika, więc nawet nie miałem szansy naprawić błędu.
Gość: innuendo
[1 lipca 2009]
dzięki za ten tekst. Przyznaje się bez bicia, że na wieść o smierci Jacksona łezkę uroniłam - nie dało rady inaczej, bo Michaela słucham właściwe regularnie już tak od ok 18 lat. Mam nadzieję, że po opadnięciu emocji rzeczywiście będzie mozna spokojnie i bez uprzedzeń oceniać jego muzykę, aczkolwiek patrząc na rzeź, którą mamy teraz w mediach...
marta s
[1 lipca 2009]
Dotarłam do tego tekstu dzisiaj, znakomity, bodaj najlepszy, na jaki trafiłam podczas ostatnich dni: http://k-punk.abstractdynamics.org/archives/011204.html.
Widzę, że Mark Fisher z K-Punk rozwija tu kilka wątków, które i mnie szczególnie zainteresowały. Polecam.
Gość: pszemcio
[1 lipca 2009]
fajnie, po całym tym medialnym szale ostatnich dni, rewelacji głoszonych przez gwiazdy polskiego dziennikarstwa muzycznego (które niestety wróciły do życia, w końcu przeczytałem kilka rozsądnych opinii.

Marta Słomka w tej chwili jest dla mnie nadludziem:)

pzdrv
Gość: krisss
[1 lipca 2009]
@Kuba - single z Bad - 9 z 11 piosenek ("Leave me alone" - 11 piosenka na wersji CD); ale wynik i tak imponujący
Gość: nie pamiętam
[30 czerwca 2009]
fajni jesteście, Screenagers. dziękuję.
iammacio
[30 czerwca 2009]
Marta nailed it jak to mawiają Angole. piona!

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także